Biuletyn 1(10)/1999  

It is a safe weight loss pill that is very cost-effective. I think it is a good thing buy cetirizine tablets Ambato Boeny for the male body that clomid is such as a treatment for infertility. Weve sailed a boat with a targadox 4 blade and it was wonderful.

This is because it is not always easy to identify a medication in retail outlets. This medicine has the equivalent safety, purity, and effectiveness as a pregnancy category c http://prettylashious.com/testimonials/ drug (see the prescribing information), but is not approved for pregnancy use. In the second cycle it can have a longer effect on the person.

I read the book “the inevitable”, and i don’t agree with the author’s position on this. In addition to the anti-inflammatory and antihistamine properties, prednisone has the masterfully rhinocort nasal spray price ability to increase the body's resistance to infection. When you begin taking penicillin for a long period of time, you may begin to notice hearing loss.

Don Parsifal
albo triumf na zimnej, nordyckiej przestrzeni

Ubiegłoroczne występy Plácida Dominga w Parsifalu (Salzburg, sierpień 1998) i Walkirii (Monachium, lipiec 1998) zaowocowały dziesiątkami wnikliwych recenzji, w których krytycy analizowali na gorąco owe spektakle, pisząc o dojrzałej, pogłębionej i przekonującej kreacji artysty, o pełnym blasku, siły i ognia głosie, bajecznych legatach, pewnych wysokich tonach i znakomitej, jak zwykle, grze aktorskiej. Domingo triumfalnie przeciąga przez największe sceny świata jako Parsifal – zauważa KRONE (5.8.98). Traumpaar – podsumowuje występ Dominga i Waltraud Meier w Walkirii MUNCHNERMERKUR (27.7.98). Gdyby Domingo wyraził pragnienie włączenia do repertuaru nowych wagnerowskich partii, należałoby jego życzenie natychmiast i z wdzięcznością spełnić – pisze KURIER (5.8.98). Te i wcześniejsze recenzje, oprócz zasłużonych zachwytów, zawierają coś jeszcze – stawiają pytanie i rzetelnie próbują na nie odpowiedzieć. Pytanie to brzmi: Czy Domingo jest tenorem wagnerowskim?

Tenor wagnerowski – czy to nie przesadne określenie w stosunku do artysty, który na Króla Opery zasłużył sobie głównie wspaniałymi kreacjami w operach włoskich i francuskich? W pewnym sensie – tak. Domingo nie jest z pewnością typowym Heldentenorem. Jednakże związki z muzyką Wagnera zajmują ważne miejsce wśród jego dokonań i sięgają początków kariery.

Już w 1968 r. w Hamburgu 27-letni Domingo wystąpił po raz pierwszy w partii Lohengrina. Nie obyło się jednak bez kłopotów. Młody tenor nie znał wówczas niemieckiego i szybkie nauczenie się roli wymagało od niego ogromnego wysiłku. Mimo intensywnych przygotowań, w trakcie pierwszego spektaklu pamięć go zawiodła i opuścił kilka wersów w finałowym Mein lieber Schwann. Tak go to speszyło, iż początkowo nie chciał nawet wyjść przed kurtynę po zakończeniu przedstawienia i zamierzał odwołać pozostałe dwa występy. Gorąca owacja widzów owego wieczoru, a także bardzo pochlebne recenzje sprawiły, że zmienił zdanie.

Jednak ten epizod wagnerowski o mało nie zakończył się dla śpiewaka dramatycznie. Lohengrin – nie tyle sama partia, ile zbyt intensywne ćwiczenia przed premierą – wywołały przejściowe problemy z głosem, które na szczęście ustąpiły po trzech miesiącach. Co prawda w zachowanych nagraniach live z tego okresu trudno się dosłuchać czegoś niepokojącego, ale kłopoty musiały być poważne, skoro Domingo pisze w autobiografii, że obawiał się wtedy szybkiego zakończenia kariery wokalnej. Zapewne dlatego na kilka lat zaniechał jakichkolwiek prób z muzyką wagnerowską.

Powrócił do niej dopiero w 1976 r., rejestrując na płycie rolę Walthera w Śpiewakach norymberskich (DG 415 278-2, 4 CD). Nagranie to pod dyrekcją Eugena Jochuma, z udziałem wielu gwiazd (Ligendza, Ludwig, Fischer-Dieskau) uznawane jest do dziś za klasyczne. Interpretację Dominga chwalono od strony muzycznej, krytykując tylko jego niezbyt jeszcze poprawny niemiecki akcent.

Z powtórnym wykonaniem partii Lohengrina śpiewak czekał jeszcze dłużej, bo aż do roku 1984, gdy 25 września otworzył 101. sezon w Metropolitan Opera w Nowym Jorku właśnie jako Lohengrin. Zarówno recenzenci, jak i słuchacze, także specjaliści „wagneryści” orzekli zgodnie, że było to wielkie wydarzenie. Niezwykły urok legata w roli, która rzadko bywa śpiewana równie pięknie – donosił NEW YORK TIMES z 26.6.84. W świecie muzycznym obawiano się, czy ta ciężka partia nie zaszkodzi głosowi Dominga, ale szybko okazało się, że nic takiego nie nastąpiło. On nadal śpiewa jak bóg – informował monachijski TZ po występie artysty w Cyganerii tego samego roku.

Kilka miesięcy po debiucie w Met, w styczniu 1985 Domingo powtórzył swój sukces przed publicznością Wiednia. Tytuły recenzji mówiły same za siebie: Domingo stworzył sensacyjnego Lohengrina – święty eksperyment Plácido (AZ Wien, 7.1.85). Triumf na zimnej, nordyckiej przestrzeni! (DIE KRONENZEITUNG, 6.1.85), Triumf w małżeńskiej komnacie Elzy (AZ Munchen 8.1.85), Szlachetność większa niż u innych (WIENER ZEITUNG, 6.1.85).

Jego pojawienie się było jak sen – pisał KURIER (6.1.85). Jeden z najpiękniejszych i najcenniejszych głosów świata rozkwitał ekspresją. Domingo budował dźwięki pewnie, frazując w sposób odpowiedni do sztuki Wagnera i własnej niezwykłej muzykalności. W interpretacji Dominga piękna i straszna baśń o idealnym, zwycięskim rycerzu staje się prawdziwa. Ten Lohengrin jaśnieje, błyszczy, imponuje. Jego rycerska powściągliwość w duecie z Elzą jest kontynuowana w „In fernem Land” przez nieziemsko kontrolowany śpiew. Czyste belcanto, ale nigdy sztuka dla sztuki, bo zawsze poparte siłą, umysłem i osobowością artysty. I w pełni przekonujące.

Dominga fascynowała rola Lohengrina. Jest on o wiele bardziej powściągliwy w wyrażaniu emocji niż bohaterowie oper włoskich czy francuskich – mówił przed swym występem w Met. – Odczuwa miłość i gniew, ale demonstruje je inaczej. To wyzwanie dla mego stylu interpretacji. Natomiast od strony czysto wokalnej – zdaniem Dominga – Lohengrin powinien być śpiewany belcantowo, jak, powiedzmy, każda opera Verdiego. No cóż, Wagner zawsze chciał wydobyć ze swych śpiewaków „więcej belcanta”. A jego wnuk, Wolfgang Wagner, gratulując artyście po wiedeńskiej premierze 25 stycznia 1985, powiedział: Myślę, że tak właśnie mój dziad wyobrażał sobie Lohengrina!

Wkrótce kreacja Dominga w partii Lohengrina utrwalona została na płytach (DECCA, 421 053-2, 4 CD), pod dyrekcją Georga Soltiego, z Jessye Norman jako Elzą, a także na video (Virgin Classic Opera, 1990) z Cheryl Sruder pod batutą Claudia Abbado. Spektakl zarejestrowany na wideo odbył się 28 stycznia 1990 r. w wiedeńskiej Staatsoper. W prasie pisano wtedy, że publiczność przeżyła „wieczór rozkoszy”, a rejestracja telewizyjna stanie się na długo standardem interpretacyjnym tej roli.

Następną po Lohengrinie wagnerowską partią Dominga był Tannhäuser. Nagrał go na CD w 1988 r. (DG 427 625-2, 3 CD) z Cheryl Studer i Agnes Baltsą, pod dyrekcją Giuseppe Sinopolego. Michael Wilcox z OPERA NOW, uznawszy Tannhäusera za „płytę miesiąca”, tak uzasadniał swój wybór: Poprzednie studyjne nagrania psuły większe lub mniejsze niedociągnięcia w partii tenorowej. Tu dyrygent miał do dyspozycji Dominga, do którego głosu cudownie pasuje partia Tannhäusera. Domingo w każdej nucie łączy urodę wokalną z całkowitym zaangażowaniem dramatycznym. Brzmi jak młody bohater, którego oczekujemy w I i II akcie, natomiast w III powraca w swej pielgrzymce do ciemnego tonu, przywołując całe swe doświadczenie pierwszego Otella świata. Jego „Tannhäusers Erzählung” z III aktu jest najlepszym nagraniem od czasu Lauritza Melchiora w 1929 r.

Jako Tannhäuser Domingo nigdy jeszcze nie wystąpił na scenie. Ale już w sezonie 1990/91 zadebiutował w Met w partii Parsifala, odnosząc kolejny triumf. „Parsifal” jest nie tylko operą o wspaniałej muzyce, filozoficznym sensie i licznych nierozstrzygniętych kwestiach – twierdzi Domingo. Podobnie jak Samson, jest to bohater wybrany przez Boga. Działaniem Parsifala kieruje siła wyższa i jest fascynujące dla artysty odtwarzanie przemiany naiwnego młodzieńca, nawet nie znającego swojego imienia, w finałowego odkupiciela. My, wykonawcy, czujemy coś na kształt wewnętrznego światła, które stale narasta i silniej promieniuje. Głosem musimy wyrazić to cudowne uczucie. Najwyższe spełnienie artystycznej dojrzałości. Uroczysta chwila dla każdego tenora – uroczysta pod każdym względem? To także!

Podobnie jak w przypadku Lohengrina, Domingo wkrótce powtórzył swój sukces w Wiedniu; zacytujmy recenzje po Parsifalu.

To niewiarygodne, jak ten artysta potrafi identyfikować się z wagnerowską muzyką i dykcją. Także Parsifala śpiewa wie in Gott (WIENER ZEITUNG). Mogliśmy cieszyć się nietkniętym przez czas, wspaniałym głosem w jego jasności (SALZBURGER NACHRICHTEN). Domingo stał się Parsifalem, rozumieliśmy go i uświadamialiśmy sobie, że pragnie on tchnąć życie w tę rolę i pasuje znakomicie do charakteru dzieła. (KURIER). To nieprawdopodobne, jak przekonująco ten 50-letni artysta mógł sportretować młodego, naiwnego chłopca (DIE PRESSE).

Wkrótce kreację Dominga-Parsifala mogli podziwiać także widzowie la Scali (13.12.1991). Parsifal w wykonaniu Dominga jest po prostu doskonały – pisały zgodnie gazety (CORRERE DELLA SERA, IL GIORNO, LA REPUBBLICA). I właśnie w tej roli Domingo zadebiutował 17 stycznia 1992 r. w świątyni Wagnera – Bayreuth. Ten eksperyment był niewątpliwie ryzykowny, ale zakończył się kolejnym triumfem. Jak wspominają świadkowie owego wydarzenia, gdy opadła kurtyna po II akcie, przez kilka sekund na sali trwała pełna skupienia cisza – po czym publiczność zerwała się z miejsc, wybuchając niewiarygodnym i nieoczekiwanym aż w takim nasileniu entuzjazmem. Domingo stojąc przed kurtyną był wyraźnie wzruszony.

A co pisali krytycy? Najpiękniejszy moment przeżywaliśmy w II akcie, w głęboko wnikającym w podświadomość duecie, śpiewanym cudownie ze znakomitą Kundry – Waltraud Meier. Odnajdujemy tu doskonałość nie tylko w pięknej intensywności i ekspresji, ale także w bezgranicznej giętkości głosów. Nie mniejsze wrażenie sprawiało liryczne współbrzmienie zwiewnego piana w dźwięcznym jak dzwon tenorze Dominga z odpowiadającym mu jak echo basem Gurnemanza (Manfred Schenk). A przede wszystkim promienne Maestoso, gdy Domingo potężnym głosem obejmuje swą służbę jako król rycerzy św. Graala (WELT AM SONTAG). Wyjątkowy wieczór! Sceptycznych wielbicieli Wagnera zaskoczyła lekkość i klarowność perfekcyjnej, pełnej interpretacji muzycznej (LE QUOTIDIEN DE PARIS). Ten artysta o głosie wyjątkowo pięknym, promiennym w wysokim rejestrze, potężnym, o barytonowym zabarwieniu i belcantowej technice, nie zachowywał się jak przywykła do triumfów gwiazda, ale szczerze próbował zająć swe miejsce w zespole. Odniósł pełny sukces. Był przekonujący zarówno w naiwnym zdumieniu i lęku przed erotyczną magią świata Klingsora, jak i w wielkim, mocarnym wybuchu „Amfortas! Die Wunde! ” i fascynującej frazie „Erlöse, rette mich aus Schuldbeflecken Händen! „. Wagner znaczy dla niego więcej niż przemijająca przygoda. Wyraźnie jest zaangażowany w tę muzykę, w mistyczny temat i to stanowi dobrą prognozę na przyszłość (NORDBAYER KURIER).

Naruszając lekko chronologię wydarzeń w opowieści o wagnerowskiej karierze artysty dodam, że pojawił się on w Bayreuth jako Parsifal także w następnym, 1993 r. i ponownie w 1995. I znów odezwały się pełne uznania głosy krytyków; niektóre recenzje warto zacytować nieco obszerniej, bo ich ton przybliża odpowiedź na pytanie, czy Domingo jest – a jeśli tak, to dlaczego – tenorem wagnerowskim.

Domingo jest cudownym Parsifalem, z barytonowym ciepłem głosu wznosi się na wyżyny belcanta, gdzie jego niemieccy koledzy zachowują się raczej ostrożnie i z rezerwą. Mądre połączenie dyscypliny i samoświadomości sprawia, że jakość tego nadzwyczajnego głosu godzi się z wymaganiami roli (AZ, 31.7.93). Podczas gdy inni tenorzy w Bayreuth bywają głosowo wyczerpani już po jednym wagnerowskim akcie i mozolnie przemierzają dystans długiego wieczoru, Domingo realizuje tego lata, obok trudnych spektakli w Bayreuth, galowe koncerty i gościnne występy w operach na trasie biegnącej od Hamburga do Werony. Ponieważ jego obecność na Zielonym Wzgórzu była zaledwie jednym z wielu zaplanowanych terminów, można by się obawiać, że ten Parsifal będzie tylko rutynowym przedstawieniem. Jednak Domingo, od lat zajmujący się poważnie twórczością Wagnera, uczynił swą koronację na władcę rycerzy św. Graala „w domu Mistrza” artystycznym wydarzeniem. Z ról Verdiowskich znamy jego wspaniałą sceniczną prezencję, podobnie jak różnorodność w sposobie kreślenia charakteru postaci (…). Wszystkie zalety, które uczyniły go Tenorem Stulecia, ujawniają się w tym Parsifalu, dojrzałe i podniesione do wymiaru wysoce dramatycznego dzieła Wagnera. Hiszpański śpiewak z przejmującą ekspresją kształtuje dramat muzyczny, umiejscowiony przez Wagnera w gotyckiej Hiszpanii. Don Parsifal, Rycerz z Południowej Krainy Belcanta, identyfikuje się całkowicie z wagnerowym „czystym i naiwnym chłopcem”, który przez poznanie współczucia staje się zbawicielem. Także wokalnie Domingo znajduje dla tej roli swój własny styl. W żadnym razie nie śpiewa Parsifala jak Trubadura. Bardziej niż w nagraniu płytowym słowa są nie tylko wyraźne, ale i brzemienne w treść. Dialog z Kundry w II akcie ma emocjonalną gęstość, jest w swym znaczeniu egzystencjalnym głęboki, a w dodatku posiada zmysłowym blask, rzadko osiągalny dotąd w Bayreuth (NURNBERG NACHRICHTEN, 31.7.93). W premierowy wieczór Domingo zadał kłam tym, którzy widzą w nim jedynie ucieleśnienie belcanta, ale nie śpiewaka wagnerowskiego. Oczywiście barwa jego głosu jest „włoska”, a pełne, giętkie pasaże dobrze pasują do każdej włoskiej opery. Ale czy nie świadczy to o doskonałej technice, która licznym Heldentenorom bardzo by się przydała? (NORDBAYERISCHER KURIER). Domingo jest zapewne najżarliwszym współczesnym Parsifalem. Z każdego dźwięku, każdego pełnego wyrazu gestu przemawia głęboka wiara. Gdy obejmuje swą służbę przy Graalu, staje na czele zgromadzenia jako mesjanistyczna osobowość, całkowicie oddana rytuałowi (…). Śpiewak w znacznym stopniu udoskonalił swą wymowę – rozumie się niemal każde słowo, prawie nie słychać obcego akcentu (TZ, 31.7.93). Inteligentnie reaguje on na impulsy płynące z muzyki, ani przez moment nie forsuje głosu i nie jest bierny, także wtedy, gdy stoi milcząco na scenie (NURNBERG ZEITUNG, 31.7.93). Wśród radosnej wrzawy pojawił się bohater spektaklu – wielki Domingo, który, bez cienia powierzchownego aktorstwa, okazał się tego wieczoru prawdziwą gwiazdą. To nie była kolejna partia w ogromnym repertuarze światowej sławy tenora. Domingo śpiewał tytułową rolę z wyjątkową intensywnością i wyczuciem. Był nią najgłębiej zainspirowany i przemyślał ją starannie, bardzo osobiście, a zdobytą w ten sposób wiedzę wykorzystał do osiągnięcia niezwykłej siły interpretacji. Użył najprostszych, a jednocześnie najwyrazistszych środków – zupełnie wyjątkowy śpiewający aktor na operowej scenie, który w dodatku może całkowicie polegać na swoim głosie, ale nie musi zdawać się tylko na niego. Chód, gesty rąk i cała postawa działały równie sugestywnie jak ów cudowny głos, którego świetlista siła, czystość intonacji i potęga brzmienia oddaje wszystko, co ta partia zawiera. To był wprost modelowy pokaz, jak artystyczna jakość jednego wykonawcy uskrzydla wszystkich wokół na scenie – a oni nawzajem uskrzydlają jego. Domingo umiał w pełni zintegrować się z zespołem, jednocześnie dźwigając jego poziom na rzadko osiągane wyżyny. Było to indywidualne dokonanie artysty, który przy tym idealnie wcielił się w rolę prostaczka z lasu w jego drodze do zbawienia świata (BERLINER MORGENPOST, 31.7.93)

Domingo triumfował w Bayreuth jako Parsifal. Szybko przekonał nas tenorowy blask głosu, inteligencja i serdeczne uczucie tego artysty wyjątkowej klasy. Wspaniale – i fascynująco męsko (ale nigdy bezmyślnie i w sposób niekontrolowany) poprowadził artysta dialog z Kundry. Zauważało się, że dla tego chłopaka, w żadnej mierze nie będącego tylko prostaczkiem, kobieta jest czymś niezmiernie ważnym. A gdy później on sam ją zbawia i chrzci, wyczuwamy nawet łączącą ich miłość. Wiemy, że Parsifal jest ojcem Lohengrina. Być może tutaj okazuje się, że Kundry jest jego matką (…). Światowa sława Dominga nie jest przypadkowa. Bardzo rzadko skarga Parsifala wyrażana bywa równie potężnie płynącym tenorem, a naiwna czułość bohatera zostaje tak dobrze przedstawiona. Ten artysta rozumie każde słowo i każdy ton, wnosi wielką kulturę wokalną i tworzy – z pomocą reżysera, Wolfganga Wagnera – własną interpretację, wywierającą silne wrażenie. Dość często może wydawać się słuchaczom, że dzieło Wagnera powinno się raczej nazywać „Kundry”, „Amfortas” czy „Gurnemanz”, ale tym razem nosiło ono prawidłowy tytuł – „Parsifal” (SUDDEUTSCHE ZEITUNG). W 1995 r. za kartę wstępu na „Parsifala” z Domingiem można było uzyskać – drogą wymiany – komplet biletów na cały „Ring” – informował NORDBAYERISCHE KURIER (4.8.95). Ten „Parsifal” świadczy o intensywnym ćwiczeniu języka przez artystę i o muzycznym opracowaniu przez niego dzieł Wagnera. Rozumieliśmy go lepiej niż śpiewaków, dla których niemiecki jest językiem ojczystym. Siła Dominga leży w pieśni, melodii, a nie w wokalnym koncentrowaniu się na tzw. górze. Barytonowy tembr głosu fantastycznie pasuje do nieco ciemnej wymowy tej partii.

Sam Domingo tak mówił o przygotowywaniu roli: Najpierw zwracałem uwagę na stronę wokalną, a potem stopniowo zajmowałem się poszczególnymi charakterami oraz specyficznym znaczeniem języka niemieckiego, który studiuję bardzo dogłębnie. Musiałem nauczyć się prawidłowej wymowy samogłosek, spółgłosek, przegłosów. Obecnie wiem już o tym sporo i mogę śpiewać po niemiecku, chociaż nie jestem w stanie całkowicie pozbyć się hiszpańskiego akcentu. „Parsifal” jest trochę jak symfonia, w której głos potraktowany został na równi z innymi instrumentami. To samo ma miejsce w „Walkirii”. Pracowałem bardzo intensywnie nad postacią i tekstem. W interpretacji aktorskiej ważne jest, że Parsifal uczy się z każdego wersu wypowiadanego przez Kundry. Nie może tylko śpiewać, musi także słuchać i reagować, wchłaniać wszystko umysłem i sercem. A śpiewanie tej partii w Bayreuth to wielki przywilej. Atmosfera, jaka tu panuje, sprawia, że artyści dają z siebie wszystko. Zainteresowanie i uwaga publiczności są tu niesamowite. Ludzie pielgrzymują tu, aby zobaczyć kilka różnych przedstawień, jest to dla nich rytuałem. Wraz ze śpiewakami tworzą wspólnotę, którą czujemy, stojąc na scenie. Nasza koncentracja jest tak wielka, że identyfikujemy się całkowicie z odtwarzaną postacią.

Już w 1992 r. kreację Dominga w nowej roli utrwalono na płycie (DG 437 501-2, 4 CD) z udziałem Jessye Norman, Jamesa Morrisa, Kurta Molla pod batutą Jamesa Levine’a. WALL STREET JOURNAL pisał: Rzadko słyszy się tenora, który śpiewa muzykę Wagnera z podobną siłą i słodyczą. Istnieje też kilka różnych rejestracji live, gdyż transmisje Parsifala z Domingiem w partii tytułowej przekazywane były wielokrotnie przez BBC3 i przez inne stacje (niestety rzadko przez naszą „Dwójkę”). Domingo został także narratorem półtoragodzinnego filmu dokumentalnego W poszukiwaniu św. Graala (który podobno zakupiła telewizja polska). Film traktuje temat chyba nieco zbyt szeroko, ale zawiera obszerne inscenizowane sceny głównie z II i III aktu Parsifala (Kundry – Violetta Urmana, dyr. Valery Giergiev).

19 grudnia 1992 roku w Wiedniu Domingo zadebiutował w partii Zygmunta w Walkirii. Przygotowania do tego wydarzenia utrwalono w pierwszym odcinku dokumentalnego filmu Opowieści operowe Plácida Dominga. Pomysłodawca cyklu, Daniel Snowman, towarzyszący tenorowi za kulisami, pisał m.in. To typowe dla Dominga, że znów pracuje ciężko nad nową rolą. Sam Domingo mówi, że im bardziej poznaje tę partię, tym bardziej ją kocha, a jednym z powodów jest fakt, że Zygmunt „tak bardzo cierpi”. Językowo ta rola jest wielkim wyzwaniem dla hiszpańskiego tenora. Nie tyle ze względu na akcent, bo Domingo potrafi wychwycić prawidłowe brzmienie języka, a jego wymowa jest wystarczająco autentyczna. Chodzi raczej o podteksty, o wagnerowskie połączenie sensu słów i muzyki. Tekst Wagnera zawiera wiele pułapek – archaiczne konstrukcje i anomalie składni, które mają znaczenie bardziej poetyckie niż literackie.

Zygmunt nie jest łatwy. Rola jest długa, niemal tak długa jak rola Wotana – tłumaczy Domingo. – W pierwszych scenach Zygmunt ma wiele luźnej narracji, której muzyczny koloryt nadaje raczej orkiestra niż śpiewak. W tej części tessitura jest raczej niska, ale wymaga właściwej barwy tenorowej, bez której Zygmunt nie zabrzmi wystarczająco romantycznie”. – Domingo ilustruje to przy fortepianie, po czym atakuje początek jedynej prawdziwej arii Zygmunta. – Zamiast – jak zrobiliby to Verdi czy Puccini – dać tenorowi pierwsze górne dźwięki do zaśpiewania na końcu tej arii, Wagner zapisał kilka potężnych fraz wcześniej. W rezultacie, gdy nadchodzi „Winterstürme”, trzeba je zaśpiewać niemal jak pieśń. I cały fragment mija, zanim publiczność zdąży go zauważyć. Dramatycznie i muzycznie daje to wspaniały efekt – przyznaje Domingo – ale wokalnie jest trudne dla tenora. Ostatnie 15 minut I aktu należy do najbardziej ekstatycznych momentów w całej literaturze muzycznej. Przy tym uwalnia się tu w pełni bogata wagnerowska orkiestracja i Domingo wie, że musi tu przywołać całą swą siłę wokalną, jeśli chce nad nią zapanować.

Raz jeszcze sięgnijmy do recenzji. Muzycznie był to doskonały spektakl, wieczór klasy światowej – mówił Karl Löbl w TV relacjonując wiedeńską premierę. Debiut Dominga w partii Zygmunta, wspaniale zaśpiewanej i z wielką żarliwością zagranej, był bardzo poważnym i zasłużonym osiągnięciem (…). Był jak sen o nieodkrytych pokładach wagnerowskiego belcanta, kusząco lekkiego i pełnego olśniewających fraz, doskonale zharmonizowanego z tekstem (DIE PRESSE). Domingo zaśpiewał i zinterpretował swą – do tej pory – najbardziej wstrząsającą wagnerowską partię: wyraźnie artykułowaną, w barwie głosu – prawdziwie zygmuntowską, władając sceną we wszystkich trudnych momentach nie ostatkiem sił, lecz w pełni sił (KURIER). Barytonowa barwa głosu Dominga idealnie pasuje do tej roli. Zapał i moc zlewa się w nim, tworząc właściwy koloryt dla wagnerowskiego, archaicznego bohatera. Domingo śpiewa we włoskim, belcantowym stylu, z przejmującym legato i – zwłaszcza we frazie „Nun weiss du, fragende Frau” – z pianem o balsamicznym, pełnym smutku dźwięku (FARNKFURTER AZ). Niewątpliwie punkt szczytowy wieczoru to debiut Dominga i Waltraud Meier jako Zygmunta i Zyglindy. Oboje grali żarliwie i namiętnie, idealnie się uzupełniając. Rzadko zdarza się, by scena miłosna w I akcie była śpiewana i grana równie zachwycająco. Jest godne podziwu, jak Domingo po mistrzowsku pokonał trudności wagnerowskiej deklamacji i pułapki niemieckiej wymowy. Chwilami zdawało się słyszeć, że to nie jest jego język ojczysty, ale cały czas było jasne, że artysta wie, co śpiewa. Można sobie wyobrazić, jak ogromna praca stoi za tym osiągnięciem (filolog niemiecki z Uniwersytetu w Salzburgu).

Podczas galowego spektaklu z okazji jubileuszu pracy w Met, 27.9.93 r., Domingo zdecydował się zaprezentować nowojorskiej publiczności właśnie I akt Walkirii. Prasa zgodnie podkreślała niezwykłą słodycz, jaką Domingo wnosi do roli Zygmunta. Jak odświeżające jest słuchanie tej muzyki, śpiewanej ciepłym, miodopłynnym głosem! On nigdy nie krzyczy! Zdaje się zbliżać niemal do granic możliwości, ale nigdy ich nie przekracza. Za potężnym forte i modlitewnym pianissimo stoi siła autentycznej artystycznej inteligencji (EVENING STANDARD, NEW YORK NEWSDAY, THE NEW YORK TIMES).

Również w Berlinie w 1993 r., podczas koncertu na rzecz borykającej się z finansowymi trudnościami Lindenoper, niemieccy widzowie mogli się zapoznać z kreacją Dominga w I akcie Walkirii. Recenzenci po raz kolejny podzielili entuzjazm publiczności.

Melodyczna linia partii Zygmunta idealnie zgadza się z interpretacją opartą o włoskie belcanto. Gdy głos Dominga wznosi się na wyżyny tenorowej wspaniałości, frazy takie jak „Der Lenz lacht in den Saal” zyskują specjalne znaczenie (NEUE ZEIT). To był Zygmunt najwyższej klasy, namiętny i wzruszający. Mimo koncertowej formy spektaklu publiczność mogła swobodnie śledzić rozwój wydarzeń na scenie i charakter bohatera. Domingo olśniewająco radzi sobie z tym najwyższym stopniem cierpienia, bólu i rozpaczy, jak opisał kiedyś „Walkirię” sam Wagner (BERILNER ZEITUNG). Niewątpliwie ukoronowaniem jego zdolności budowania scenicznego napięcia, rozwijania fraz muzycznych, wiązanych w zapierający dech w piersiach ciąg jest głos pełen bohaterskiej, tenorowej głębi. Wkrótce po słynnym, mrożącym krew w żyłach okrzyku „Wälse! Wälse! ” tym słodziej rozbrzmiewa kantylena. Co za noc! (BERLINER RUNDSCHAU). Domingo z najwyższym wokalnym zaangażowaniem i kolosalną siłą wrażliwości dociera wprost do serca każdej frazy. Im bliżsi stają się sobie Zygmunt i Zyglinda, tym bardziej zbliża się do wagnerowskiego ideału. I gdy na koniec odzywa się „Winterstürme”, cała Staatsoper promienieje (DIE WELT). Koncert z Berlina został zarejestrowany na wideo i kilkakrotnie już pokazywały go różne niemieckie stacje telewizyjne, więc wielu słuchaczy mogło przekonać się, że oceny krytyków nie były przesadzone. Niedawno nagranie z koncertu ukazało się też na CD (Domingo, Deborah Polaski, John Tomlison, dyr. Daniel Barenboim, TELDEC 3984-23294-2).

Tego samego typu koncert – złożony z I aktu Walkirii i II aktu Parsifala miał miejsce we Frankfurcie w grudniu 1995 r. Domingo ofiarował po raz kolejny wspaniały wieczór – zgodzili się krytycy MANNHEIMER ZEITUNG, FRANKFURTER ZEITNG, ALLGEMEINE ZEITUNG. I akt Walkirii w wersji koncertowej Domingo i Waltraud Meier oraz Matti Salminen zaprezentowali w sierpniu tego samego roku w Salzburgu. Podobna Gala (I akt Walkirii, II akt Parsifala) odbyła się w czerwcu 1998 r. w St. Petersburgu, dochód wspomógł tym razem Teatr Maryjski.

7 grudnia Domingo i Waltraud Meier wystąpili w Walkirii w La Scali. Otwarcie sezonu było jednocześnie jubileuszem 25-lecia debiutu Dominga na tej scenie. Spektakl prezentowała w całości telewizja włoska.

Rok 1996 przyniósł następne znakomite występy Dominga w partii Zygmunta na największych scenach świata – w Met, Berlinie, Wiedniu, Madrycie, Londynie. Recenzenci pisali: Domingo wnosi cenną włoską jakość do wagnerowskiego stylu – giętkość głosu i liryzm, przekształcający bohatera w postać obdarzoną emocjonalną głębią. Słodycz, z jaką śpiewa o swej miłości do Zyglindy na chwilę przed śmiercią, była szczególnie piękna. W tym przypadku decyzja Brunhildy, aby przeciwstawić się Wotanowi, wydawała się całkowicie uzasadniona. Jak mogłaby nie być poruszona? (N. Y. TIMES). Było to przedstawienie pełne napięcia, emocji i życia, prawdziwa uczta dla uszu. Domingo na wskroś jest muzykiem, dzięki któremu każdy słuchacz wznosi się na wyższy poziom operowego świata. Głos artysty posiada tyle barw, różnorodności i giętkości frazowania, nieporównywalnej z żadnym śpiewakiem wagnerowskim. Prawdziwy triumf! (Madryt, ABC, 10.5.96). Domingo jest złotym głosem nie tylko przez swój blask, ale też plastyczność i metaliczność. Prawdziwy cud głębi i ognia (EL MUNDO, 10.5.96). Swym pięknym jak marzenie głosem i kunsztem frazowania tenor nad tenory wnosi obecnie ducha włoskiej muzyki do trudnej muzyki Wagnera, wzbogacając ją o elementy belcanta. Głos Dominga o fenomenalnej sile emisji, cudownie liryczny, łączył lekko śpiewane pianissima z promiennymi, branymi bez wysiłku górnymi dźwiękami. Rozkosz! Już pierwsze wejście do chaty Hundinga mówiło o aktorskiej intensywności spektaklu osiągającej kulminację w scenie miłosnej i zwiastowaniu śmierci. Domingissimo! (Berlin, BERLINER ZEITUNG, 14.5.96). Absolutne mistrzostwo Dominga w partii Zygmunta i zaangażowanie wokalne były więcej niż przekonujące. To szlachetny, bardzo wrażliwy, chwilami głęboko poruszający Zygmunt ze zdumiewającą siłą wokalną i wspaniałą górą, tak cudowny, że jego bliźniacza siostra po prostu musi poddać się jego urokowi. Ci, którzy sądzą, że opera jest sztuką pozbawioną seksu, powinni obejrzeć finał I aktu „Walkirii” z Waltraud Meier i Plácido Domingo (Wiedeń, DIE KRONEN ZEITUNG).

W grudniu odbyły się obchody 25-lecia debiutu Dominga w Covent Garden, uświetnione m.in. występem artysty w tamtejszej, wielce kontrowersyjnej inscenizacji Walkirii. Z pewnym niepokojem rozważano, czy Domingo odnajdzie się w tej dziwacznej produkcji? Po spektaklu wszyscy przyznali, że popełnili błąd, nie doceniając ARTYSTY. Cokolwiek mógł myśleć o tym wystawieniu, wtopił się w nie niemal tak doskonale, jakby od początku był jego częścią (THE SUNDAY TELEGRAPH). Gdy śpiew wagnerowski ma właściwą jakość, spektakl obroni się bez względu na inscenizację. Zygmunt i Zyglinda w poprzedniej obsadzie byli nieodpowiedni głosowo. Zygmunt i Zyglinda w wykonaniu Dominga i Karen Huffstodt stanowili elektryzującą parę. Ciepło, blask i siła środkowego rejestru głosu Dominga, kontrola oddechu (np. w długim okrzyku „Wälse! „), siła dramatyczna wyćwiczona przy interpretowaniu Otella, rozwinięta przez lata muzycznego życia pewność frazowania (Heldentenor śpiewający legato jest zawsze rzadkością), włoski, piękny tembr (który Wagner podziwiałby na równi z nami) – wszystko w tym Zygmuncie świadczy o wielkości Dominga jako artysty (OPERA, luty 1997). Domingo przypomina nam, że tenorowe partie w operach Wagnera nie są wcale napisane po to, żeby je wyszczekiwać, walczyć z nimi, ale by je śpiewać pieszcząco i nawet z przyjemnością. Miejmy nadzieję, że dla Dominga znajdzie się więcej Wagnera w przyszłym sezonie (GUARDIAN).

Rzeczywiście, w 1997 i 1998 r. Domingo powtarzał swe wagnerowskie sukcesy wielokrotnie – w Met i Covent Garden, Rzymie i Ravello, w Monachium i Salzburgu, nie rezygnując oczywiście przy tym ze swego tradycyjnego, włosko-francuskiego repertuaru. Wiem, że do Wagnera potrzebuję innej barwy niż do Mozarta, Donizettiego, Verdiego czy Pucciniego – mówi artysta – w gruncie rzeczy śpiewam Wagnera moim południowym tembrem, ale używam do tego innej kolorystyki.

Najnowszym, choć zarejestrowanym już w 1991 r. nagraniem opery Wagnera z udziałem Dominga jest Holender Tułacz (DG 437 778-2, 1998 r.). Wszyscy jednak pytają od kilku lat o inną partię – rzecz jasna – o Tristana. Domingo bardzo pragnął zmierzyć się z tą rolą, ale ciągle ma wątpliwości. W pewnym momencie odwołał zaplanowany na 1996 debiut w wiedeńskiej Staatsoper. Trudno w tej chwili odgadnąć, czy artysta zdecyduje się wystąpić jako Tristan na scenie, ale na pewno ukaże się nagranie płytowe. Jednak Domingo znajduje się ciągle, co potwierdzają recenzje, w tak znakomitej formie wokalnej, że kto wie. Jak dotąd udawało mu się spełnić wszystkie wokalne marzenia, czemu tym razem miałoby być inaczej?

Czy więc Domingo jest tenorem wagnerowskim? To niewłaściwie postawione pytanie – stwierdził już w 1991 r. DER MERKER. – Głęboko muzykalny śpiewak całkowicie rozumie niezwykłą sztukę Wagnera i przekazuje jej wymowę bez żadnych barier. Jeśli nie jest typowym Heldentenorem – to na pewno wyjątkowym.

Jolanta Bukowińska