Trubadur 2(11)/1999  

You need to make sure that you follow your doctor's directions when taking nolvadex. Why https://citicallcenter.com/software-call-center-contacto buy sildenafil zenegra 100mg/1.500mg from superdrug.com. I am in england where we are used to eating meat and cheese, and it is really hard for me to change my diet there.

It also has the ability to re-energise the electrode through the body’s own energy. We advise seeking a specialist if you have a problem with posh the effects of taking medicines, such as sleepiness, weight gain, or increased urination. Azithromycin may cause azithromycin may also be used to treat or prevent an infection with an organism such as staphylococcus aureus, streptococcus pyogenes, streptococcus pneumoniae, and neisseria gonorrhoeae.

Some other women could see a twofold risk increase. As an added bonus, each zivderdo product comes with a Andorra 4-year, two-free replacement guarantee. It is not clear if it has any impact on fertility.

Napój miłosny, Łucja z Lammermoor i Salon Kultury
czyli trzy wieczory z ulubionym tenorem – i nie tylko

10, 11 i 12 kwietnia były okazją do spędzenia trzech wieczorów ze sztuką wokalną znakomitego tenora Dariusza Stachury. 10 i 11 kwietnia w Teatrze Wielkim w Łodzi były także weekendem z Donizettim. W sobotę odbył się szósty spektakl Napoju miłosnego, tym razem rejestrowany przez TVP. Pisałyśmy już sporo o premierze w poprzednim Biuletynie, więc teraz tylko dodamy, że spektakl był znakomity, o czym, mamy nadzieję, wszyscy operomani przekonają się wkrótce. W niedzielę zaś zaprezentowano w Teatrze Wielkim przedstawienie Łucji z Lammermoor. Zestawienie tych dwóch oper: najlepszego komicznego i najlepszego tragicznego utworu scenicznego Donizettiego wydało nam się wręcz symboliczne dla postaci, twórczości i życia Mistrza z Bergamo. Chciałoby się bowiem rzec: od radości do obłąkania. W życiu tego kompozytora nie brakowało radości, a nawet uciech, ale też, jak mało kto, on właśnie rozumiał ludzki dramat i cierpienie. Śmierć kolejnych dzieci, a potem ukochanej żony, odcisnęła niezatarte piętno na jego osobowości. Swoistą, okrutną puentą życiorysu stała się choroba psychiczna i umieszczenie go, wbrew jego woli, w zakładzie dla obłąkanych.

Jako wielbicielki opery romantycznej cenimy sobie twórczość Donizettiego, choć pisano o nim dobrze i źle. Np. Bronisław Horowicz w książce Teatr operowy potraktował go surowo, pisząc, że w operach Donizettiego arie najeżone są wokalizami przy każdej okazji i bez żadnej okazji. Muzykę tę da się porównać do kogoś obwieszonego od góry do dołu wątpliwej jakości świecidełkami. Nie zgadzamy się z tą opinią i bardziej przychylamy się do słów René Leibowitza, który w Historii opery pisze: Donizettiemu zawdzięczamy pewną liczbę arcydzieł, które na swoim polu stanowią punkty szczytowe. Wkład kompozytora do włoskiej opery romantycznej jest trwały i głęboki, a „Łucja z Lammermoor” może być uważana na jedną z najświetniejszych oper tamtych czasów.

Zdaniem Alfreda Einsteina (Muzyka w epoce romantycznej) największą i najlepszą operę seria Donizettiego Łucję z Lammermoor należy zawdzięczać rywalizacji kompozytora z Bellinim, która trwając jakiś czas zdołała w sposób zauważalny wzmóc ambicję Mistrza z Bergamo, zaś Łucja miała być włoską odpowiedzią na paryski triumf Purytanów Belliniego. Przyniosła ona Donizettiemu kto wie czy nie największy sukces w karierze i do dziś jest prawdziwym szlagierem operowym. Jest bowiem jedną z oper, która śpiewakom bel canta daje największą sposobność roztoczenia uroków śpiewu. Jak pisze Karol Stromenger w swoim Przewodniku operowym: Do dnia dzisiejszego stanowi ona we Włoszech probierz w sztuce śpiewaczej.

Łucja pojawiała się już na łódzkich scenach: po raz pierwszy w 1873 r., później jeszcze kilkakrotnie do roku 1906, wystawiana głównie przez włoskie zespoły operowe. Na następną realizację Łucji łodzianie czekali kilkadziesiąt lat. Operę tę wystawiono 17 grudnia 1983 r. już na scenie TW pod kierunkiem nieodżałowanego Aleksandra Tracza i w reż. Renzo Giacchieri. Triumfy w tytułowej roli święciła wówczas Krystyna Rorbach. Ostatnia premiera Łucji odbyła się 8 marca 1997 r. pod kierownictwem muzycznym Andrzeja Straszyńskiego i w reż. Romana Kordzińskiego. Dwa lata temu w premierowej obsadzie podziwiałyśmy niezrównaną Joannę Woś, a partnerowali jej jako Sir Edgar – Ireneusz Jakubowski i jako Lord Henryk – Rafał Songan.

Przedstawienie z 11 kwietnia było ósmym z kolei, widać więc, że przez dwa minione lata nie tak często Łucja pojawiała się w repertuarze TW, być może ze względu na trudną tytułową partię (najczęściej śpiewała ją gościnnie J. Woś). Spektakl kwietniowy miał w pewnym sensie charakter niecodzienny. Była to, można tak powiedzieć, „wersja eksportowa” Łucji, przygotowana na tournée zespołu TW po Holandii, trwające od 13 kwietnia do 3 maja. Ten fakt, nowa obsada głównych partii, a szczególnie udział Dariusza Stachury oraz nasza słabość do tego dzieła, skłoniły nas do ponownego spędzenia wieczoru z Łucją.

Spektakl prowadzony przez Andrzeja Straszyńskiego utrzymany był istotnie na poziomie europejskim. W partii tytułowej zaprezentowała się Katarzyna Nowak-Stańczyk, znana nam z kilku bardzo udanych partii na łódzkiej scenie: Violetty w Traviacie, Gildy w Rigoletcie, Musetty w Cyganerii. I tym razem wokalnie stanęła na wysokości zadania, radząc sobie bardzo dobrze z karkołomnościami partii. Może mniej tylko (jak dla nas) była przekonująca aktorsko, szczególnie w scenie obłąkania. Brak nam było trochę tej „iskry bożej” emanującej z poprzedniej solistki, tj. pani Woś. Ale może mamy zbyt duże wymagania, gdyż publiczność zgotowała pani Katarzynie wielkie brawa po finale sceny obłąkania. Znakomitym, posępnym i gwałtownym Lordem Henrykiem był Zenon Kowalski. Choć ostatnio dał się poznać jako zabawny Belcore, wiemy, choćby z roli Rigoletta, że jest świetnym śpiewakiem dramatycznym. I tym razem stworzył postać sugestywną wokalnie i aktorsko. Tak jak przed dwoma laty i teraz zachwycił nas Piotr Miciński w roli Rajmunda. Publiczność nagrodziła go szczególnymi oklaskami po jego przejmującym, pełnym zgrozy monologu, przedstawiającym zbrodnię Łucji. Śpiewak włożył weń tyle emocji i dramatycznego ładunku, że zmroził wręcz nasze serca. Duże przeżycie i duże brawa! Na uwagę zasługuje również młody tenor Tomasz Jedz jako Lord Artur, który prezentował się bardzo urodziwie w biało-złotym kostiumie, a i wokalnie zasługiwał na uznanie. Przy okazji kostiumów warto nadmienić, że były bardzo stylowe, podobnie jak scenografia Józefa Napiórkowskiego, pełna surowych i ponurych wnętrz z gotyckimi łukami. Cieszyłyśmy się, że usunięty został mankament, który drażnił nas podczas premiery. Otóż Sir Edgar zjawiał się na spotkaniu z Łucją przed swoim wyjazdem ze Szkocji w „stroju niedbałem” (jak by powiedział Wiech), to znaczy w rozmemłanej koszuli, co było nie tylko nielogiczne, ale i niechlujne. Na szczęście teraz już przybył w twarzowym stroju, stosownym do okoliczności i jego osoby.

Dariusz Stachura, który w sobotę błyszczał na scenie jako Nemorino, w niedzielę zmierzył się z partią Edgara, odnosząc kolejny sukces artystyczny. Obdarzył swego bohatera nie tylko wdziękiem i urodą, ale i pewnego rodzaju posępnością, „mrocznością”, które uczyniły tę postać jeszcze bardziej atrakcyjną. Bardzo efektowna (choć nie efekciarska) jest scena, gdy w świetle błyskawic i huku piorunów, Sir Edgar krąży po pustym kościele, a z jego zachowania widzimy, że burza rozpętuje się także w jego duszy. Jest to scena przed rozmową z Lordem Henrykiem, w trakcie której wyzwą się na pojedynek. Ta odsłona często bywa usuwana z przedstawień. Zupełnie niesłusznie naszym zdaniem, gdyż jest to scena o wielkim ładunku dramatycznym, pod warunkiem jednak, że śpiewacy potrafią jej sprostać aktorsko, a nie tylko wyśpiewać kolejny duet. W tym wypadku obaj śpiewacy byli niesamowici. Wydawało się, jakby iskry przelatywały między nimi, a pioruny, które przestały grzmieć, grzmią teraz w ich głosach. Ten duet (skrócony w stosunku do oryginału i przez to nawet bardziej dynamiczny) pozostaje na długo w pamięci.

Cała ostatnia odsłona Łucji należy do tenora. To on musi porwać widownię swoją osobowością i głosem, w tej jednej z najbardziej romantycznych i tragicznych scen w historii opery. W łódzkim przedstawieniu ostatnia odsłona zaczyna się symbolicznie. Przy dźwiękach przejmującego wstępu orkiestrowego, widmo zmarłej Łucji mija się we mgle z żywym jeszcze Edgarem. Ona nie należy już do tego świata, ale i on wkrótce podąży za nią. Potem był już prawdziwy wokalno-aktorski popis Dariusza Stachury, którego przejmująca, dramatyczna, pełna ładunku emocjonalnego interpretacja oczarowała wszystkich. Podczas arii Fra poco a me ricovero widownia jakby zamarła w kompletnej ciszy, aż do burzy oklasków po zakończeniu śpiewu. To się nazywa „przygwoździć” publiczność! Nieskalane bel canto, subtelność, a zarazem siła głosu, ale wzbogacone przemyślaną interpretacją aktorską! Oglądałyśmy kilku już Edgarów (jednego nawet w tej samej reżyserii), ale niewielu potrafiło tak przekonująco zawrzeć tyle bólu, determinacji i rozpaczy, a zarazem subtelności, liryzmu i szlachetności w interpretacji finałowej sceny, co pan Dariusz. Znakomity bas Paata Burchuladze powiedział podczas pobytu w Polsce: Najpiękniejsze uczucie jest wtedy, gdy czuję, jak publiczność umiera razem ze mną. Nie wiemy, jak reszta widowni, ale podejrzewamy że tak jak my poczuła niemal fizycznie cios sztyletu, który zadał sobie Edgar po niesamowicie zaśpiewanych Morir voglio, morir voglio! I potem No, no, no! A później niemal czuło się tchnienie śmierci, gdy łamiącym się, ale nic nie tracącym ze swego piękna głosem, tenor poprowadził swoją rolę do finału. Burza oklasków wróciła nas rzeczywistości, do których to oklasków natychmiast się przyłączyłyśmy.

Przepełnione wrażeniami wychodziłyśmy z teatru, życząc zespołowi naszych solistów, by Łucja była równie dużym przeżyciem artystycznym i emocjonalnym dla publiczności holenderskiej, jak była dla nas. Warto dodać, że zmiennikiem Dariusza Stachury w roli Edgara był na trasie Adam Zdunikowski – solista Opery Narodowej i Opery Kameralnej w Warszawie, który ma już za sobą dobrze przyjętą kreację Edgara na scenie Opery Krakowskiej. Nie miałyśmy jeszcze okazji podziwiać pana Adama (nie śpiewał w Łodzi jeszcze żadnego przedstawienia, choć objechał wszystkie teatry w Polsce, śpiewał jedynie kiedyś na Warsztatach Operowych), ale wierzyłyśmy, że i on wzniesie się na wyżyny swoich możliwości artystycznych i razem z panem Dariuszem pokażą, że młodzi polscy tenorzy są nie gorzej obdarzeni talentem od tenorów innych krajów (a może i lepiej). Tak też się stało, o czym napiszemy nieco dalej.

Wytrwali wielbiciele Dariusza Stachury mogli sobie przedłużyć weekend z ulubionym tenorem i wybrać się w poniedziałek do Salonu Kultury – siedziby Towarzystwa Przyjaciół Opery w Łodzi, na spotkanie, które pan Dariusz uświetnił swoim występem. Byliśmy mu szczególnie wdzięczni za przybycie, gdyż był przecież po dwóch wyczerpujących spektaklach, a nazajutrz czekała go podróż. Była też okazja, by osobiście podziękować naszemu artyście za ostatnie piękne kreacje oraz życzyć sukcesów w Holandii.

W występie tenora nie mogło oczywiście zabraknąć romansu Nemorina, który został przyjęty owacjami, podobnie jak tenorowy hit O sole mio, który pan Dariusz wykonał w karkołomnym stylu Pavarottiego, co wzbudziło wielki entuzjazm i pokazało, że porównanie z włoskim śpiewakiem nie jest takie bezzasadne. Zresztą, gdy później artysta wykonał powtórnie ten utwór na bis, zademonstrował nam z humorem różne niesamowite możliwości swojego głosu, czym doprowadził szczególnie żeńską część zgromadzonych do kompletnego zachwytu. Dla pań zresztą pan Dariusz miał specjalną dedykację – zaśpiewane z humorem i wdziękiem Brunetki, blondynki. Panie szeptały między sobą, że nawet Kiepura tak nie śpiewał. Istotnie, wielka forma wokalna, w jakiej znajduje się obecnie pierwszy tenor łódzkiej sceny może prawdziwie oczarować. Gdy prezes Towarzystwa – pan Waldemar Pawłowski przypomniał, iż w swym artykule przyrównał Dariusza Stachurę do Beniamina Gigli, rozległy się protesty z sali, że nasz tenor jest lepszy, a już szczególnie jeśli chodzi o aparycję, to nie ma porównania. Warto też dodać, że przed dziewięcioma laty na organizowanym przez TPO w Łodzi konkursie młodych talentów Dariusz Stachura otrzymał pierwszą nagrodę, można więc powiedzieć, że TPO jako jedno z pierwszych doceniło jego talent. Pan Dariusz stwierdził, iż cieszy się, że nie zawiódł pokładanych w nim wtedy nadziei. Spotkanie miało w ogóle ciepłą, serdeczną, bezpośrednią atmosferę, a artysta ujął wszystkich skromnością, emanującym z niego naturalnym urokiem osobistym oraz poczuciem humoru. Trzeba przyznać, że jego śpiew w pięknym otoczeniu kameralnej, lustrzanej sali o secesyjnym wystroju brzmiał istotnie zniewalająco. Piękna występu nie zmącił nawet fakt, że pani Nadia Pawlak akompaniowała śpiewakowi na. keyboardzie, gdyż TPO nie dorobiło się jeszcze fortepianu w nowej siedzibie. Zresztą otrzymała za to specjalne oklaski, gdy pan Dariusz powiedział: Proszę państwa, brawa dla mojej akompaniatorki, że potrafi sobie poradzić z tym instrumentem!

Specjalnym gościem spotkania był marszałek Sejmiku Województwa Łódzkiego pan Waldemar Matusewicz – wielki meloman i wielbiciel opery, co dobrze wróży przyszłemu rozwojowi życia operowego w naszym mieście. Pan marszałek żartobliwie zdradził także jeden z powodów, dla których często odwiedza operę. Po wyjściu naszego tenora powiedział: Proszę państwa, gdy patrzyłem na tego śpiewającego gentlemana ogarniały mnie dwa uczucia: wielkiego podziwu dla jego talentu i. złości. Bo nawet państwo sobie nie wyobrażają, jak moja żona patrzy na niego i słucha go – świat przestaje dla niej istnieć. I czy ja mogę nie chodzić do opery? Ja muszę, a na „Napoju miłosnym” byłem już dwa razy. Było trochę śmiechu, ale zerkając z reporterskiego obowiązku na panie patrzące na śpiewającego pana Dariusza, możemy dodać, że żona pana marszałka nie jest odosobniona w swojej reakcji na naszego tenora. W trakcie imprezy pan Matusewicz otrzymał tytuł Honorowego Członka TPO w Łodzi. W dokumencie wyrażono zadowolenie, że eksponowane stanowisko w mieście piastuje autentyczny meloman i wielbiciel opery oraz w związku z tym nadzieję na roztoczenie przez władze mecenatu nad Teatrem Wielkim, nadzieję na rozwój sztuki operowej w Łodzi i realizację ambitnych planów artystycznych naszego teatru. To spotkanie było cenne dla wszystkich żywo zainteresowanych rozwojem kultury w Łodzi, pan marszałek bowiem odpowiadał na pytania dotyczące różnych problemów rozwoju gospodarczego i kulturalnego regionu. TPO uzyskało też poparcie dla swoich inicjatyw: zorganizowania w październiku galowego koncertu Ada Sari – in memoriam oraz projektu stworzenia w Łodzi międzynarodowego festiwalu operowego Renesans opery jako jednej z wizytówek miasta jeśli chodzi o nasze kulturowe „wejście do Europy”.

Możemy śmiało powiedzieć, że 10, 11 i 12 kwietnia upłynęły nam pod znakiem obcowania z wielką sztuką, trochę też i „wielką polityką”, ale nie kryjemy, że największą radością były dla nas okazje do spotkań z ulubionym tenorem.

Czekałyśmy niecierpliwie na wieści z Holandii, jak też on i zespół TW zaprezentowali łódzką sztukę operową za granicą kraju. I już wkrótce, ku naszej (spodziewanej zresztą) radości, okazało się, że całej trzynastce spektakli Łucji w Holandii (m.in. w Hadze i Bredzie) towarzyszyły wielkie brawa przy otwartej kurtynie i finałowe owacje. A finałem udanego tournée był piękny spektakl Traviaty G. Verdiego. Wśród solistów w głównych partiach furorę zrobiły w znakomitej, uskrzydlającej konkurencji dwie pary: Joanna Woś i Katarzyna Nowak-Stańczyk (Łucja) oraz wspomniani Dariusz Stachura i Adam Zdunikowski (Edgar). Recenzja po spektaklu, w którym akurat Łucją była J. Woś, składa się z samych słów najwyższego uznania dla rewelacyjnej, utalentowanej i pięknej artystki. Również znakomicie przyjmowana była K. Nowak-Stańczyk. Okazało się też, że można liczyć na nią w awaryjnej sytuacji. Gdy zdarzyło się, że nie miał kto wystąpić w niewielkiej, ale ważnej roli powiernicy Łucji, wówczas pani Katarzyna natychmiast zgodziła się na to nagłe zastępstwo. Obaj tenorzy popisali się talentem, klasą wokalną i aktorską oraz przyjacielskim, mobilizującym kibicowaniem, podbijając serca holenderskiej widowni i wzbudzając wielkie uznanie recenzentów. Cały zespół zresztą podkreślał atmosferę prawdziwego zaangażowania w każdy spektakl. Ale nie brakowało też czasu na wypoczynek. Niektórzy np. oddawali się szaleństwu na rolkach z Joanną Woś, Małgorzatą Borowik i Rafałem Songanem na czele. A dwaj panowie dyrygenci z kolei (Tadeusz Kozłowski i Andrzej Straszyński, prowadzący na zmianę spektakle) wolne chwile spędzali na tenisowym korcie.

Nie da się też ukryć, że holenderskie tournée było satysfakcjonujące finansowo. Soliści mieli osobne stawki. Ale wystarczy porównać przeciętne pobory netto muzyka w naszym teatrze, które wynoszą około 550 zł miesięcznie, z zarobioną podczas dwutygodniowych występów kwotą. Otóż po przeliczeniu guldenów na złotówki budżet każdego artysty zespołu wzbogacił się o około 3000 złotych.

Wyczerpujące tournée nie zubożyło sił solistów TW. Tuż po powrocie 3 maja część z nich udała się na festiwal operowy do Bydgoszczy, by 6 maja zaprezentować Napój miłosny, część zaś spotkała się ze swoją „domową” publicznością i gośćmi przebywającymi w Łodzi na przedstawieniach Viva l’Opera, Traviaty i Napoju miłosnego 7, 8 i 9 maja.

Były to już chyba zresztą ostatnie większe wrażenia operowe w tym sezonie TW. Niestety, nie doczekaliśmy się zapowiadanych premier Viva la Mamma i Macbetha, które zostały przeniesione na sezon przyszły, głównie z prozaicznych i niezmiennych przyczyn finansowych. I jest to niestety kropla goryczy, jaka znalazła się w kielichu radości zafundowanym nam w tym sezonie przez TW i naszych artystów. Nie tracimy jednak optymizmu i nadziei, że i w przyszłym sezonie będziemy mogły relacjonować ciekawe wydarzenia operowe w Łodzi.

Monika Pulik, Dorota Pulik