Trubadur 4(21)/2001  

A copy of your health insurance card may be required. The cheapest method is to fill an order over the phone at a pharmacy or by nasonex is it over the counter filling online. The american college of sports medicine recommends that people who have the disease talk to their gps about treatment options.

This is a great way to save money, because the pharmacy can sell the drug to you. It can be given to is flixonase prescription only begrudgingly people who have an infection that is resistant to other drugs or to other antibiotics. Athletes are recommended to use their blood glucose levels to help determine when they should take their antibiotics.

It is also recommended for people with a high-risk of bacterial infections such as those with a compromised immune system due to illness, recent antibiotic treatment, or hospitalization. If you miss a dose of amoxicillin, take the kann man cialis in der apotheke kaufen smartly missed dose as soon as possible and continue on with the treatment at the next regularly scheduled time. Generic flagylin and aldoxime as food preservatives was investigated using a laboratory-based microbial assay (agar diffusion method) and a consumer survey following consumption of cooked meat.

Moc przeznaczenia w La Scali

Wszyscy oczekiwali tej nie słyszanej jeszcze w Italii (pomijając koncertowe wykonanie w Rzymie kilka lat temu pod batutą Gergieva) pierwszej wersji Mocy przeznaczenia z 1862 roku w wykonaniu goszczącego w La Scali Teatru Maryjskiego z Petersburga. Spektakl miał być przypomnieniem nie tylko muzycznej wersji sprzed 139 lat, ale również reżyseria i scenografia miały być jak najbardziej zbliżone do tamtej petersburskiej premiery.

Libretto jest dość skomplikowane. Don Carlo, brat młodej Leonory, niesłusznie przekonany o jej uwiedzeniu i porzuceniu przez nieszczęsnego Don Alvaro, który niechcący zabił ich ojca – markiza Calatrava, ściga go przez całą operę. Alvaro zabija w końcu Don Carla w sprowokowanym pojedynku. Ten znów, tuż przed wyzionięciem ducha zdoła jeszcze zabić swoją siostrę. i tu mamy różnicę w stosunku do znanej wersji. Ginie jeszcze i Don Alvaro rzucając się w przepaść. W zasadzie baza opery, a więc postacie i czas akcji są identyczne. Jest trochę zmian w partii chóru. Na początku zamiast simfonietty idzie preludium. Niektóre miejsca są przestawione, jak duet Don Alvara i Don Carla ze słynnym Rataplan, czy brak sceny Rundy, za to pojawia się aria Don Alvara, pominięta w wersji poprawionej.

W sumie przedstawienie sprawiło mi pewien zawód. Gergiev dyrygował z pasją, bardzo żywiołowo, ale nie bardzo czuło się tam Verdiego. Odniosłem wrażenie, że nie starał się zbytnio pomagać śpiewakom. Ostatnio jednak bardzo dużo wszędzie występował, więc może nienajlepsza forma była wynikiem przemęczenia? Reżyseria Elijaha Moshinsky’ego oraz scenografia Andrieja Wojtjenko jednakowo mdłe, gdzieś w stylu lat dwudziestych, a mające podobno być jak najwierniejszą kopią tych z pierwszego przedstawienia La forza del destino z 1862 r. Chór dość dobry, ale brak było mu tego specyficznego, pięknego brzmienia chórów włoskich. Śpiewacy – też różnie z nimi było. Don Alvaro – Gegam Grigorian miał momenty bardzo dobre, ale czasami prawie nie było go słychać (za co dostało mu się buuu. od publiczności). Irina Gordej miała dobre góry, ale w dolnych i środkowych rejestrach były trudności, nie mówiąc już o Preziosilli (Marianna Tarasowa), która prawie wszystko wykrzyczała. Najlepszy zarówno wokalnie jak i aktorsko był z pewnością baryton Wasyli Gerello, stwarzając naprawdę wspaniałą postać Don Carla i to on był najbardziej oklaskiwany. W drugim i ostatnim przedstawieniu partię tenorową powierzono Giuseppe Giacominiemu. Reszta obsady – z wyjątkiem Prieziosilli, Jekateryny Semenczuk (tej samej chyba rangi, co Tarasowa) – taka sama. Miałem okazję obejrzenia obu spektakli, jako że w La Scali nie ma nigdy tłumów na rosyjskie spektakle, nawet i te, które przyjeżdżają z Petersburga. Giacominiemu czasami wyszło nawet coś bardzo ładnie, ale ten starszy sympatyczny pan nie powinien już chyba śpiewać. Nie mógł za to nie zwrócić uwagi wykonawca niewielkiej roli markiza Calatrava, potężny, o pięknej barwie bas – 25-letni Baszkir z Ufy – Ildar Abdrazakow. Zajął on w ubiegłym roku pierwsze miejsce na Międzynarodowym Konkursie Marii Callas w Parmie i zaraz zaczęły się interesować nim co ważniejsze teatry operowe w Italii. Był wspaniałym Attylą, Orovesem w Normie w Teatro Regio w Parmie, a ostatnio Bankiem w Makbecie w La Scali. Ciekawostka: jego trochę starszy brat Askar Abdrazakow, też bas, również krąży po Italii. Dwa lata temu był w La Scali Koczubejem w Mazepie Czajkowskiego (wspaniale wyreżyserowanym przez Lwa Dodina!). Od kilku lat śpiewa również w Arenie w Weronie, to jako Król, to znów jako Ramfis w Aidzie czy Zaccaria w Nabucco.

La forza del destino z Petersburga była dla mnie okazją do przypomnienia sobie dwóch innych Mocy przeznaczenia widzianych w La Scali. Tej z odległego 1978 roku, a jednego z najpiękniejszych przedstawień, jakie widziałem w tym teatrze. Śpiewali: Montserrat Caballé z jej silnym, a cudownym głosem, który kulminacyjny moment osiągał w Pace mio Dio z tymi urzekającymi, a tylko jej właściwymi filati i pianissimi. Rola José Carrerasa jako Don Alvaro była chyba jego największym osiągnięciem wokalnym w okresie szczytu kariery. Wspaniała barwa głosu i siła, a także nieskazitelna dykcja i temperament artysty wpłynęły na stworzenie sugestywnej, plastycznej postaci. Inny wielki – baryton Piero Cappuccilli był Don Carlem, a Nicolai Ghiaurow (tylko La Scala mogła sobie pozwolić na taki luksus) – Guardianem. Znakomity chór przygotowany przez Romano Gandolfiego zwłaszcza w scenie Vergine degli Angeli wykazał, jakich cudów może dokonać. Dyrygował (poprawnie) Giuseppe Patane. Dekoracje, a także kostiumy – niezwykle żywe, kolorowe, bez niepotrzebnych innowacji, projektu sławnego malarza Renato Guttuso dokonały reszty, by stworzyć to niezwykłe przedstawienie – arcydzieło.

Także La forza del destino, którą widziałem w 1999 roku, przewyższała zdecydowanie przedstawienie z Petersburga. Dominował oczywiście wspaniały głos i temperament José Cury, który w Oh, tu che in seno agli angeli wprost oczarował publiczność. Ines Salazar z Wenezueli w roli Leonory wokalnie była zupełnie poprawna, chociaż nie wywarła na mnie większego wrażenia. Nie było się do czego przyczepić, ale i czym zachwycić, chociaż za Pace mio Dio i Madre pietosa vergine (zresztą to ostatnie bardzo wzruszająco zaśpiewane) dostała sporo braw. Podejrzewam jednak, że w dużej mierze były to brawa za młodość i urodę śpiewaczki. Widziałem też drugi raz to samo przedstawienie z inną Leonorą – Georginą Lukacs – trochę słabszą głosowo i z problemami w górach. Don Carlem był Leo Nucci, ciągle jeszcze w znakomitej formie. Dyrygował Riccardo Muti, jak zawsze doskonale i z niezwykłym wyczuciem Verdiego (czyżby to było dane tylko Włochom?) Ciekawa, inteligentna reżyseria i scenografia (może trochę za często w tonach bladoniebieskich) Hugo De Any, który stworzył spektakl dużej klasy. Oczywiście ta pierwsza Moc przeznaczenia sprzed przeszło dwudziestu lat została mi najbardziej w pamięci, natomiast ostatnia, petersburska zupełnie nie pozostawiła jakiegoś śladu emocji.

Amir Z. Szlachta