Trubadur 2(23)/2002  

Żarliwość uczuć
Eugeniusz Oniegin w WOK

Na kolejną premierę Warszawska Opera Kameralna wybrała dzieło zupełnie inne niż pokazywane dotąd na tej scenie utwory. Sięgnęła po Eugeniusza Oniegina Piotra Czajkowskiego. Pomysłodawcą wystawienia Oniegina na maleńkiej scenie WOK był rosyjski skrzypek i pedagog Valentin Stadler. To on w 2000 roku podczas swojej bytności w Warszawie zaproponował dyrektorowi Stefanowi Sutkowskiemu sięgnięcie do początków scenicznego żywotu Oniegina. Chodziło o prapremierowe wykonanie opery, które miało miejsce 17 marca 1879 roku w Teatrze Małym w Moskwie i było przygotowane, zgodnie z gorącym pragnieniem kompozytora, siłami miejscowego Konserwatorium. – Dało mi to wiele do myślenia – pisze w programie spektaklu dyrektor Sutkowski – a w międzyczasie zaprosiłem p. Siergieja Stadlera (syna Valentina – przyp. KKG) w podwójnej roli dyrygenta i skrzypka-solisty, na dwa wykonania Serenady Haffnerowskiej na naszym Festiwalu Mozartowskim. Ten pierwszy kontakt zamienił się w bliższą współpracę i postanowienie powrotu do „korzeni” Eugeniusza Oniegina.

Siergiej Stadler przyjechał ponownie do Warszawy jesienią 2001 roku. Odbyły się próby solistów, z których wyłoniono trzy obsady oraz próby dwóch orkiestr: Warszawskiej Sinfonietty i Orkiestry Kameralnej WOK. Z nimi Stadler przygotował trzy premiery Eugeniusza Oniegina (26, 27 i 28 kwietnia – przedstawienia powtórzono następnie 29, 30 kwietnia oraz 1 i 2 maja). Spektakl wyreżyserował Ryszard Peryt, scenografię i kostiumy zaprojektował Andrzej Sadowski przy współpracy Marleny Skoneczko, choreografię tańców opracowała Romana Angel, chór przygotował Ryszard Zimak.

Na scenie WOK obejrzałam spektakl zrealizowany prostymi środkami, w I akcie trochę czechowowski, w II – może lermontowowski, z bardzo dramatycznie poprowadzonym aktem trzecim. Ryszard Peryt wyreżyserował Oniegina w charakterystycznym dla wszystkich jego WOK-owskich realizacji stylu. Peryt świetnie operuje tak przecież ograniczoną przestrzenią teatru, głównych bohaterów wyprowadza na proscenia i przód sceny pozwalając widzom w wyjątkowy sposób zaangażować się w przeżycia i uczucia targające Tatianą, Olgą, Onieginem i Leńskim. Ze statycznego chóru (żeńcy i chór dziewcząt w I akcie) reżyser tworzy malownicze obrazy, które oddają XIX-wieczny charakter dzieła. W innych scenach chór pełni też z sukcesem rolę baletu – tańczy na balu u Łarinów i słynnego poloneza w III akcie.

Bardzo funkcjonalna i pomysłowa scenografia z równym powodzeniem służy za oprawę sielskiego obrazka w ogrodzie z jabłonią obwieszoną jabłkami, jest pokojem Tatiany i pustą przestrzenią, w której odbywa się pojedynek przyjaciół. Warto zwrócić uwagę na dwa elementy scenografii – klęcznik (ponoć oryginalny XIX-wieczny) i namalowaną na drewnianej ścianie ikonę wzorowaną na malowidle Rublowa. Tworzą one tzw. krasnyj ugoł, najważniejsze miejsce w prawosławnym domu. Tam właśnie Tatiana przy świetle świeczki pisze swój list. Piękny pomysł. Zachwycający jest też szacunek, jaki reżyser okazuje muzyce Czajkowskiego. Oto Tatiana po oddaniu listu niani zamyka schowek na pióro i papier, stuk jest idealnie zgrany z mocnym akordem w muzyce! Piękna przedstawieniu przydają stylizowane na epokę kostiumy noszone z wdziękiem i naturalnością przez młodych wykonawców.

Z tym uroczym obrazem kłóci się pomysł wprowadzenia na scenę mimicznych postaci w przebraniach zwierząt (niedźwiedź, „turoń”, wilk, bocian i bliżej niezidentyfikowane szczątki rogacizny – czaszka). Byłyby one jeszcze do strawienia, choć z trudem, w scenie z żeńcami, ale już na balu u Łarinów są po prostu nie do zniesienia. Kto wpuścił niedźwiedzia na bal? Poza tym owe maszkary są za duże, wprowadzają zbędny zamęt. Podobnie darowałabym sobie wieśniaka przytańcowującego ze snopkiem w scenie z żeńcami. Chór śpiewa wprawdzie: snop priniesli razukraszenyj, ale wystarczyłoby ów snop wnieść i postawić czy położyć przed dziedziczką. Pląsy chłopka i snopka są ani ładne, ani potrzebne, chłopek wygląda na ciężko przerażonego i tylko kłosy walają się po scenie.

Pierwszą obsadę (26 i 29 kwietnia) wielu widzów jeszcze w kolejce przed kasą nazywało „obsadą marzeń”. Rzeczywiście, udało się zebrać zestaw solistów, o którym generalnie można mówić jedynie w tonie zachwytu. Choć naturalnie ten i ów raz śpiewał i grał lepiej, raz gorzej, raz podobał się bardziej, raz mniej. Eugenia Rezler, na przykład, partię niani zaśpiewała najlepiej podczas ostatniego przedstawienia 2 maja. Wcześniej, i owszem, stworzyła udaną kreację aktorską, była bardzo „nianiowata”, ale gorzej było ze stroną wokalną. Piękny skądinąd, głęboki głos śpiewaczki brzmiał dziwacznie, jako że artystka robiła wszystko, żeby go. połknąć. Przedziwna emisja dawać mogła jedynie marny efekt. Radosną, żywiołową Olgą była Anna Radziejewska. Śpiewaczka urzekająco wykonała wdzięczną arię Ja nie spasobna k grusti tomnoj., kończąc ją efektownym piano. Rafał Siwek przeszedł samego siebie kreując rolę księcia Gremina. Zachwycił publiczność już podczas premierowego spektaklu, ale absolutne wyżyny osiągnął w przedstawieniu 29 kwietnia. Tyle ciepła, pewności i wyśmienitego śpiewu, jakie zaprezentował w arii Lubwi wsje wozrasty pokorny. warte było kilku godzin oczekiwania na wejściówkę. Bardzo prawdziwym, moim zdaniem, Leńskim był Tomasz Krzysica. Równie przekonujący jako naiwny zakochany w I akcie, zazdrosny porywczy kochanek w scenie kłótni i zrozpaczony poeta w wielkiej arii Kuda, kuda. Podobnie jak Siwek, Krzysica najładniej zaśpiewał 29-go, wcześniej, zwłaszcza w wyższych rejestrach, słychać było jakieś kłopoty z głosem (potem okazało się, że śpiewak wystąpił chory). Majstersztykiem w wykonaniu Krzysicy był za każdym razem duet Wragi, w którym artysta fantastycznie stopniował napięcie i dramatyzm.

Olga Pasiecznik stworzyła w roli Tatiany kreację skończoną, jednocześnie za każdym razem świeżą i naturalną. Ileż odcieni miał jej głos, ile uczuć, zmian nastroju potrafiła za jego pomocą wyrazić! Trudno powiedzieć, że artystka wspaniale grała Tatianę, ona nią była. Aż serce się ściskało, gdy patrzyło się na śpiewaczkę roniącą prawdziwe łzy nad listem do Oniegina. Pasiecznik wypełniła postać Tatiany własną charyzmą i własnymi uczuciami. Na początku Tania nosi okulary – jest troszeczkę bujającą w obłokach marzycielką, troszeczkę już starą panną, która miłość zna tylko z książek, ale wciąż czeka. To z jej pozy naśmiewa się swawolna Olga. Gdy wymarzona miłość przychodzi, Tatiana zdejmuje okulary, pięknieje. Wpatrzona w drzwi, za którymi zniknął Oniegin, rozmawia z nim, wyznaje żarliwie swą miłość. W akcie II odrzucona przez Oniegina Tatiana wydaje się być poza nawiasem życia, w oszołomieniu patrzy, jak jej ukochany bawi się z Olgą, jak kłóci się z Leńskim. W akcie III to już księżna Gremin, a jednocześnie wciąż ta sama Tatiana, ukrywająca pod cienką skorupką niewygasłą miłość. We wstrząsającym finale (inspirowanym ostatnią sceną poematu, w której pojawia się Gremin) Pasiecznik potrafiła pokazać wewnętrzną walkę swej bohaterki, poświęcenie, a w ostatnim geście rozpacz, że tak naprawdę było ono niepotrzebne. Odtrąciła Oniegina, ale Gremin już wie – nic nie będzie jak dawniej.

Dramatyczny finał swą wielką siłę oddziaływania zawdzięcza również kreacji Andrzeja Klimczaka – Oniegina. Trzeci akt to jego popis, tak wokalny, jak i aktorski. Recytatyw i arioso Uwy, samnienija niet. były jednym wybuchem nagle przebudzonej namiętności, a odkrycie prawdy o własnych uczuciach wywołało u bohatera autentyczne szczęście. Brawo! Podobnie w finałowym duecie Andrzej Klimczak wkładał tyle emocji w śpiew i grę, że zdawało się, że eksploduje, przy czym wciąż wyśmienicie panował nad głosem. Nie tak przekonująco wypadł Oniegin w wykonaniu Klimczaka w akcie pierwszym. Arię Kagda by żyzń domasznim krugom. artysta zaśpiewał ostro, surowo, najwyraźniej wywodząc jej interpretację ze słów Tatiany: szto w waszem sierce ja naszła (.) adnu surowość, jakby Oniegin z wysokości swego doświadczenia człowieka światowego upominał Tatianę, by hamowała swoje uczucia. Na premierze artysta wystartował do arii stanowczo za nerwowo, nadużywając wolumenu głosu, w kolejnych przedstawieniach wypadło to już znacznie lepiej. Miała też interpretacja roli Oniegina w wykonaniu Andrzeja Klimczaka swoje smaczki: lekceważenie w głosie w rozmowie z Leńskim, zimne wzburzenie światowca wyzwanego na pojedynek, świetny pomysł ze strzałem w pojedynku oddanym na ślepo. Kłopoty sprawiało mu natomiast każde rosyjskie „ł”, które także u kilkorga innych śpiewaków przemieniało się w „l”*. Zasługą Klimczaka w tej mierze jest fakt, że na trzecim spektaklu rosyjskie „ł” miał opanowane prawie do perfekcji.

Nie należy zapominać o wykonawcach pomniejszych ról, którzy prezentowali wysoki, wyrównany poziom. Prześmieszny epizod stworzył Krzysztof Kur w roli Triqueta, z wdziękiem wykonując obok swoich kupletów skomplikowaną choreografię. Sympatyczną Łariną była Aleksandra Hofman, chwackim Rotnym Tadeusz Piszek, Zareckim Grzegorz Zychowicz. Najmniej podobała mi się orkiestra WOK, która pod batutą Sergieja Stadlera grała na premierze niepewnie, w poszarpanych tempach, bez polotu. Na szczęście w kolejnych przedstawieniach wszystko się ułożyło, zbyt szybkie tempa uległy lekkiemu spowolnieniu i właściwie jedyne moje poważniejsze zastrzeżenia budziły „wyłażące” z muzycznej materii dźwięki harfy w scenie listu. Ciekawe, że podczas spektaklu 2 maja, kiedy orkiestrą dyrygował Tadeusz Karolak, muzyka Czajkowskiego zabrzmiała bardziej „po rosyjsku” rozlewnie.

Najciekawsze w oglądaniu Eugeniusza Oniegina w WOK było obserwowanie, jak inne staje się przedstawienie w wykonaniu kolejnych obsad, jak inne portrety bohaterów malują kolejni artyści. I z zadowoleniem mogę stwierdzić, że każda obsada miała coś innego, ciekawego do zaproponowania. W drugiej obsadzie (spektakle 27 i 30 kwietnia) wystąpili: Tatiana Hempel (Tatiana), Dorota Lachowicz (Olga), Witold Żołądkiewicz (Oniegin), Rafał Bartmiński (Leński), Józef Frakstein (Gremin), Ewa Frakstein (Łarina), Ewa Mikulska (Filipiewna), Andrzej Jaworski (Triquet). Tatiana Hempel przedstawiła Tatianę jako poważną młodą kobietę, która z wahaniem rzuca się w otchłań nieznanego, a potem nauczona smutnym doświadczeniem woli się trzymać tego, co w życiu pewne, choćby za cenę braku miłości. Świetnie poradziła sobie z wyzwaniami, jakie stawia partia Tatiany, a przy tym powinna koniecznie udzielać lekcji, jak powinno się śpiewać po rosyjsku. Witold Żołądkiewicz być może nie porywał grą aktorską, prawdę powiedziawszy do pierwszej swojej arii po prostu wyszedł na proscenium, zaśpiewał i poszedł, ale i on zaprezentował się całkiem zadowalająco. Wydawało mi się, że artysta trochę zbyt przyhamowywał swój duży głos, co wpływało na precyzję wykończenia frazy. Dorota Lachowicz ładnie zaśpiewała arię Olgi, ale w jej głosie brakowało mi trochę potrzebnej tu altowej głębi. Ładnie wypadła aria Gremina w wykonaniu Józefa Fraksteina. Był to książę niezbyt skory do wzruszeń, raczej solidny ojciec rodziny.

Sensacją wieczoru był młody tenor Rafał Bartmiński, znany niektórym melomanom z Konkursu Moniuszkowskiego i studenckiego przedstawienia Oniegina w sali Młynarskiego w TW. Obdarzony tenorem o nieco ciemnej barwie świetnie poradził sobie z partią Leńskiego. Bartmiński ma głos jak dzwon, dlatego też przydałoby się, żeby czasami nieco go powściągał, ale zważywszy na młody wiek śpiewaka, wszystko jeszcze przed nim i na pewno warto śledzić jego dalsze postępy. Szkoda natomiast wspominać o nieudanym Triquecie Andrzeja Jaworskiego, nie pozostawiającym żadnego wrażenia.

Trzeciej obsadzie (28 kwietnia, 1 maja) towarzyszyła Warszawska Sinfonietta. Orkiestra grała bardzo ładnie i lekko. Wieczory te były prawdziwym tryumfem młodziutkich śpiewaków, którzy zaprezentowali rzadkie połączenie młodzieńczego wdzięku ze świetnym opanowaniem śpiewaczego warsztatu. Zachwycały śliczne siostry Tatiana i Olga (Marta Wyłomańska i Monika Ledzion). Wyłomańska zagrała Tatianę ogarniętą radosnym płomieniem pierwszej miłości. Od chwili uświadomienia sobie, co się z nią dzieje, jej Tatiana promieniała szczęściem. Jej list nie był walką z samą sobą, był wyrazem spełnionego marzenia. W finale księżna Gremin nie próbowała ukryć tego, co działo się w jej sercu, jej zmagania były nadaremne i dramatyczne. Widać było, że z gniewem, ale wbrew sobie, woła: wy dałżny, ja was proszu mienia ostawit'! Również wokalnie kreacja Marty Wyłomańskiej nie pozostawiała nic do życzenia, jej jasny, nośny głos był pewnie prowadzony. Pięknie kontrastował z nim ciemny, mięsisty alt Moniki Ledzion. Artur Ruciński stworzył postać Oniegina bliższą figurze cynicznego dandysa niż tragicznego człowieka przegranego. Był w tym jednak naturalny wdzięk, no i znakomity śpiew. Jasny, czysty, aksamitny głos, miękka i elegancka fraza pozwoliły artyście bardzo pięknie zinterpretować arię Kagda by żyzń. Choć w finale Ruciński stanowczo ustępował w ekspresji swojej partnerce, ich duet wypadł wspaniale, pełen żaru i namiętności. Nie można też zapomnieć o debiucie Dariusza Górskiego w roli Gremina. Pełny, mocny bas zabrzmiał naprawdę świetnie, szkoda, że śpiewak był bardzo stremowany i skupił się właściwie tylko na wyśpiewaniu dźwięków. Czekam na kolejne występy tego obiecującego artysty. Duże wrażenie zrobił też na mnie zarówno piękny śpiew, jak i przemyślana interpretacja postaci niani w wykonaniu Agnieszki Lipskiej. Było widać, jak Filipiewna opowiadając Tatianie o swoim życiu jeszcze raz przeżywa ślub z nieznanym chłopcem. W roli Leńskiego wystąpił Zdzisław Kordyjalik prowadzący chyba zbyt ekspresyjnie swoją partię.

Na zakończenie „festiwalu Oniegina” 2 maja w WOK odbyło się bardzo udane przedstawienie, w którym spotkali się artyści z wszystkich trzech obsad. Tatianą była Marta Wyłomańska, Olgą znakomita Anna Radziejewska, Onieginem Andrzej Klimczak, w roli Leńskiego wystąpił Tomasz Krzysica, gorące brawa zbierał Rafał Siwek – Gremin, w pomniejszych rolach wystąpili: Łarina – A. Hofman, Filipiewna – E. Rezler, Rotny – K. Matuszak, Zarecki – M. Wawrzyniak, Triquet – A. Jaworski. Dyrygował Tadeusz Karolak. W ten sposób publiczność WOK pożegnała się na dłuższy zapewne czas z dziełem Piotra Czajkowskiego. Oby nie na zbyt długo. Warto, by zespół i soliści, którzy stworzyli w tym przedstawieniu prawdziwe kreacje mieli możliwość zaprezentowania ich choćby tym wszystkim, którzy od kas Opery Kameralnej odeszli z niczym. A ja mogę słuchać Oniegina zawsze i w każdej ilości.

Katarzyna K. Gardzina

* Tak na marginesie: słychać było, ile wysiłku śpiewacy włożyli w to, by opanować prawdziwą rosyjską wymowę, za konsultację językową odpowiadała Olga Pasiecznik. Oczywiście zdarzały się wpadki – np. fatalna wymowa Rafała Bartmińskiego [Leński w 2. obsadzie], ale generalnie to naprawdę brzmiało. Sądzę nawet, że owo nieszczęsne „ł” w dążeniu do hiperpoprawności można było sobie darować, bo niewielu widzów zauważyłoby różnicę, a dla Polaków śpiewać z tzw. podniebiennym „ł” jest szalenie niewygodnie.