Trubadur 3(24)/2002  

Aneurysm is an enlargement of an artery that can either occur naturally or it can result from disease or abnormal blood vessel formation. Proglimone works https://sooferta.top/blog/ by suppressing appetite, which results in weight loss. There is a new drug on the market that can aid in the treatment of a severe form of anemia, but only if its potential side effects are well-tolerated.

I think back to my last birthday party and not being able to tell my sisters where i was because i didn’t want to be teased or made fun of. This drug was first used as the treatment of priligy 30 mg was ist das Tessaoua allergic asthma, but later it was found that this drug was useful in the treatment of other diseases such as eczema, allergic dermatitis, and rheumatoid arthritis, to name a few. Augmentin 875 mg and alcohol, which it also used in people with asthma, was effective against the infection without the adverse effect of the medicine.

The product contained 30mg/ml of mdpv along with other active ingredients that were not specified to treat hirsutism and precocious puberty, the most noticeable of which being dhea, the active hormone that is produced in the human body after the menstrual cycle. As beautiful as the flower is, if you don't take care https://descolga2.com/contacto/ of it, it can actually be dangerous to those around you. It will help with seizures and other types of abnormal movements in the body.

XII Festiwal Mozartowski

Trudno uwierzyć, że już po raz dwunasty spotkaliśmy się – znakomici artyści i wielbiciele pięknego śpiewu, muzyki Mozarta, dobrego teatru – podczas festiwalu Wolfganga Amadeusza w Warszawskiej Operze Kameralnej. Po ubiegłorocznym „przemeblowaniu” w tym roku debiuty nowych wykonawców były mniej liczne, ale za to bardzo ciekawe, festiwal nie skąpił też innych atrakcji. Zresztą występy ubiegłorocznych debiutantów po kilku zaledwie spektaklach wciąż mają dla wielu miłośników Mozarta walor nowości – przez rok ich interpretacje ewoluowały, dojrzewały, zmieniały się. Młodzi artyści, zwłaszcza uczestniczący w ciągu roku w zagranicznych tournée WOK, doszlifowali detale, nabrali też doświadczenia. Na przyszły sezon dyrektor Stefan Sutkowski zapowiada obsadowe odświeżenie kolejnych tytułów – m.in. przygotowywana jest nowa obsada Cosi fan tutte, być może debiuty w Don Giovannim, Łaskawości Tytusa.

Zarówno podczas poprzedzającej festiwal konferencji, jak i w późniejszych komentarzach prasowych w tym roku pobrzmiewała nowa nuta. Dziennikarze zastanawiali się, czy festiwal jest jeszcze potrzebny, czy powinien trwać w niezmiennej formie, czy ma jeszcze jakiś walor dla publiczności, bo to już 12 lat. – ciekawe, dlaczego wywołała te pytania XII edycja, a nie XI czy jubileuszowa dziesiąta? Padła nawet propozycja przeinscenizowania niektórych tytułów. Ale właśnie owa, pozorna zresztą, niezmienność, jest największym atutem dla stałych bywalców WOK. Świetnie, że w czasach tak trudnych dla kultury ma się niezachwianą pewność, że za rok znów będzie Mozart, że z lewej kulisy wejdzie Papageno, a Zuzanna znów schowa się pod łóżkiem. Co zresztą oznacza „niezmienność”- każde przedstawienie jest inne, niepowtarzalne – lepsze, gorsze, ale inne. Wielu melomanów przyjeżdża właśnie po to, by zobaczyć to samo jeszcze raz lub zaliczyć kolejne ogniwa mozartowskiego cyklu. – Czasami nawet są zdziwieni, że nie śpiewają ci sami artyści, bo przyjeżdżają z książką programową sprzed kilku lat – opowiada dyrektor Sutkowski. Rzeczywiście, wśród stałych (i to nie tylko z Warszawy) widzów WOK nierzadko można usłyszeć uwagi typu: Ale w ubiegłym roku to najlepsze „Wesele” było w środę., nie zapomnę jak ona to zaśpiewała w ’98, wtedy Pasterzem był jeszcze Paradowski.

Warto też pamiętać, że tutaj w stolicy jesteśmy rozpieszczeni mając festiwal na wyciągnięcie ręki. Wystarczy poczytać, z jakim entuzjazmem jedyny spektakl i otwartą dla publiczności próbę Don Giovanniego w wykonaniu WOK przyjmowała publiczność Poznania. A przecież na tego warszawskiego Mozarta melomani przybywają z Niemiec, Francji, Szwecji, Ameryki czy nawet. Australii – a jakże, był w tym roku i taki przypadek.

Korzystając z wyjątkowej przychylności Dyrekcji WOK dla naszego Klubu mogliśmy już dwa tygodnie przed rozpoczęciem Festiwalu łyknąć trochę Mozarta. Ponad dwadzieścioro klubowiczów obejrzało próbę kostiumową Lucio Silli. Jeszcze raz dziękujemy! Potem dzięki możliwości wcześniejszego kupowania wejściówek (co było nieocenionym ułatwieniem przy bardziej oblężonych tytułach) rzuciłam się w mozartowskie szaleństwo. Nie odmówiłam sobie żadnej przyjemności: rozpoczynające festiwal bardzo dobre Wesele Figara, odegrane w straszliwy upał 19 czerwca Cosi fan tutte, Czarodziejski flet. Wreszcie też miałam okazję usłyszeć nową Konstancję w Uprowadzeniu z seraju. Agnieszka Kozłowska w ubiegłym sezonie dość mi się podobała jako majestatyczna Królowa Nocy, w tym roku jeszcze udoskonaliła tę kreację.

Uprowadzenie z seraju

Obejrzałam pierwsze (29 czerwca) Uprowadzenie i niestety muszę wyznać, że Kozłowska jako Konstancja raczej mnie rozczarowała. Nie sądziłam, że zobaczę na scenie WOK tak „przezroczystą”, jakby nieobecną bohaterkę. Artystka obdarzona zwracającą uwagę urodą i sceniczną prezencją niewiele różniła się pod względem wyrazu od manekina, który pojawia się w jednej ze scen. Na tle innych świetnych wykonawców było to szczególnie widoczne. Nie mogę natomiast zaprzeczyć, że Kozłowska całkiem dobrze poradziła sobie z wokalnymi pułapkami partii Konstancji. Najładniej (i jednocześnie najbardziej przekonująco) wypadła w jej wykonaniu dramatyczna aria Martern aller Arten. Głos Agnieszki Kozłowskiej najlepiej brzmi w takich właśnie fragmentach, nie rażą wówczas niezbyt ładne przejścia z niskiego do wysokiego rejestru, a ostre koloratury dobrze tu pasują. Mimo to zdecydowanie wolę tę śpiewaczkę w partii Królowej Nocy, która nie musi mieć głosu pięknego, ale mocny, „spiczasty” i sprawną koloraturę. W mówionej roli baszy Selima wystąpił Michał Kanclerski. Jerzy Knetig bardzo szlachetnie i z wielką kulturą interpretował partię Belmonte, najbardziej podobał mi się chyba w I akcie i w doskonałym duecie Ha, du solltest für mich sterben! z Konstancją – był to prawdziwy majstersztyk w wykonaniu obojga artystów (nie darmo mówi się, że WOK to teatr, w którym śpiewacy potrafią siebie nawzajem słuchać). Pedrillo Zdzisława Kordyjalika był sympatycznym, sprytnym, choć może nieco nerwowym młodzieńcem. W roli Osmina talentem aktorskim popisywał się Jerzy Ostapiuk. Aktorstwo z konieczności musiało wziąć górę nad stroną wokalną, bo artysta był stanowczo dużo poniżej swoich możliwości głosowych. Ozdobą Uprowadzenia była Blonda Marty Boberskiej – dowcipna, swobodna, zadziorna i perfekcyjna wokalnie, z głosem jak szklany dzwonek. Świetnie sprawował się też chór złożony z solistów WOK. Inscenizacja? Akurat za tym spektaklem nie przepadam, chyba dlatego, że jest zrobiony bardzo „po bożemu”. Kiedy czarne w I akcie pudło sceny przeistacza się w grotę z malowanymi kamieniami okoloną zabawną skądinąd paszczą kamiennego potwora, całość wizualnie staje się trochę ciężka. Ale są tu ciekawe i zabawne chwyty: obecność mimów-niewolników Selima, pstrokate kostiumy chóru w maskach, łódź, w której na scenie pojawia się Selim z Konstancją, itp.

Po Uprowadzeniu przyszła kolej na moją ulubioną triadę, czyli grane co drugi dzień: Mniemana ogrodniczka, Rzekoma naiwna i Zaide. Niestety, prześmieszna La finta semplice nie miała w tym roku okazji zabrzmieć ze sceny WOK. Z powodu choroby artystki przedstawienie zastąpiono dodatkową Ogrodniczką. Przyznam, że nie miałam czasu ponarzekać na losowe wypadki, bo po pierwszej dobrej Gardinierze ta dodatkowa okazała się wyśmienita! „Siedmioro wspaniałych” (jak pisał o solistach występujących w tym spektaklu Robert Murdza – Trubadur nr 3(12) dało z siebie wszystko. Spektakl skrzył się dowcipem, miał świetne tempo, lekkość i wdzięk! Zaide raz na rok to dla mnie niezbędne minimum, więc zrezygnowałam z Requiem z udziałem Israel Kibbutz Choir w Kościele Seminaryjnym i udałam się na „młodszą siostrę” Uprowadzenia – zdecydowanie wolę tę skromniejszą wersję ucieczki dwojga zakochanych z sułtańskiej niewoli. Wszystkim gorąco polecam choćby ze względu na dwie wspaniałe arie Zaidy.

6 lipca warszawscy klubowicze, którzy swoje lato w mieście spędzali na Festiwalu, urządzili własne małe święto w WOK. Chcąc podziękować dyrekcji, pracownikom i artystom opery za przemiłe chwile muzycznych wzruszeń postanowiliśmy przesłać na scenę kosz kwiatów. Wybraliśmy przedstawienie Don Giovanniego pamiętając, że w ankiecie przeprowadzonej kiedyś wśród członków Klubu właśnie ta opera okazała się najbardziej lubianą. Poza tym każde przedstawienie Don Giovanniego jest w Operze Kameralnej swoistym świętem, jak przystało na wykonanie dzieła genialnego. Przedstawienie było świetne, choć w finale rozsypało się Questo é il fin… Wyśmienicie grała orkiestra pod batutą Rubena Silvy. Śpiewali: Agnieszka Kurowska (leciutko poniżej swojej zwykłej klasy), Ewa Frakstein, Jarosław Bręk, Andrzej Klimczak, Marzanna Rudnicka, Leszek Świdziński, Sławomir Jurczak. Do pełnego szczęścia brakowało nam (bardzo) Rafała Siwka w roli Komandora. Jerzy Ostapiuk był niestety tego dnia tylko cieniem Commendatore. Sala oczywiście nabita, owacja burzliwa, a my, „trubadurowcy” z Warszawy cieszyliśmy się, widząc kwiaty od nas na scenie WOK. Cieszymy się, że choć w ten sposób mogliśmy wyrazić nasz podziw i wdzięczność. A był to dopiero półmetek Festiwalu.

Z wielu innych obejrzanych jeszcze przeze mnie spektakli (a wcale nie jestem rekordzistką wśród klubowiczów) muszę wyróżnić jeszcze dwa. Pierwszy to wspaniałe Wesele Figara zagrane 10 lipca. W stolicy było tego dnia 35 stopni ciepła, a jednak publiczność nie tylko dopisała, ale przybyła tak tłumnie, że zabrakło nawet podłogi do siedzenia i trzeba było podpierać ściany. Stałam więc i oklaskiwałam: Andrzeja Klimczaka (Figaro), który porywająco wykonał moją ulubioną arię Aprite un., Martę Boberską (Zuzanna) – zachwycającą od pierwszej do ostatniej minuty spektaklu i Jarosława Bręka, który był baaaardzo sympatycznym Hrabią. Jako Hrabina wystąpiła Zofia Witkowska. Dyrygował Zbigniew Graca.

Podobnie doskonałe było wykonanie Czarodziejskiego fletu, które miało miejsce 13 lipca. Błyskotliwa gra aktorska, wspaniały śpiew, wartkie tempo. Nie zawiedli Leszek Świdziński (Tamino), Marzanna Rudnicka (nieco zmęczona Pamina), Andrzej Klimczak (Papageno), Rafał Siwek (fantastyczny Sarastro), Sławomir Jurczak (Zapowiadacz). Kulminacyjnym punktem spektaklu był tym razem nie podniosły finał, ale wcześniejszy duet Pa pa pa Papagena i Papageny (Ewa Frakstein) wykonany po mistrzowsku. Następnego dnia wybrałam się na Czarodziejski flet jeszcze raz, żeby posłuchać, jak zaśpiewają ubiegłoroczni debiutanci: Tomasz Krzysica, Marta Boberska, Agnieszka Kozłowska, Artur Ruciński. Krzysica dodał swojej interpretacji partii Tamina więcej dramatyzmu, podobnie jak Marta Boberska (Pamina), dzięki czemu postaci te stały się bardziej wyraziste i barwniejsze. Kozłowska utwierdziła mnie w przekonaniu, że rola Królowej Nocy bardzo jej głosowi odpowiada (mamy więc w WOK już trzy Królowe: Agnieszka Kozłowska, Tatiana Hempel i Aleksandra Bubicz). W roli Papagena nie wystąpił Artur Ruciński, lecz ponownie Andrzej Klimczak – nie powiem, żeby mnie to zmartwiło.

Po rocznej przerwie zafundowałam też sobie bilet na Requiem (niech żyją studenckie zniżki!). Po raz kolejny stwierdziłam, że wysłuchanie na żywo, zwłaszcza w kościelnym wnętrzu, Requiem Mozarta jest niebezpieczne dla zdrowia – przynajmniej mojego. Podobno niełatwo się wzruszam – to dlaczego płakałam przy Lacrimosie i Benedictus? Nie wiem czy, jak ktoś napisał, Requiem jest najpopularniejszym utworem Mozarta, na pewno jest najbardziej poruszającym, szczególnie w tak dobrym wykonaniu, jakiego miałam okazję wysłuchać. Tym razem niekwestionowanym bohaterem wieczoru był Chór Kameralny WOK, a Ruben Silva wydobył z Warszawskiej Sinfonietty i chóru brzmienie nie tyle potężne, co żywe i nasycone. Kwartet solistów (Gabriela Silva, Mirosława Tukalska, Jerzy Knetig, Andrzej Klimczak) ładnie wykonał swoje partie, może tylko w początkowych frazach partii sopranu wolałabym głos lżejszy i jaśniejszy. Wspomniane już Benedictus było prezentacją wielkiej kultury, precyzji i muzykalności czworga śpiewaków. Wysłuchanie następnego dnia pod tą samą batutą opisanego wyżej Czarodziejskiego fletu miało dodatkowy walor porównania dwu utworów powstałych prawie w tym samym czasie. Jakże inaczej brzmiała teraz w moich uszach posępna muzyka sceny ze Zbrojnymi. Brawo Warszawska Sinfonietta!

Na tym z konieczności musiałam przerwać mozartowskie wakacje. Zapewniwszy sobie dopływ bieżących informacji (nareszcie w pełni doceniłam sms-y, okazuje się, że w dziesięciu mieści się recenzja spektaklu) wyjechałam ze stolicy. Ale „Trubadur” czuwał.

Katarzyna K. Gardzina

***

Czuwał, i już 20 lipca pognał na Don Giovanniego. Bardzo lubię inscenizację Ryszarda Peryta i Andrzeja Sadowskiego, ponieważ pozwala rozkoszować się cudowną muzyką Mozarta oraz śledzić akcję prowadzoną konsekwentnie, bez żadnych udziwnień i zakłóceń. Wydaje się, że każdy gest naturalnie wypływa z muzyki i jest z nią nierozerwalnie związany. Rozbrzmiewa uwertura wykonana przez Warszawską Sinfoniettę pod dyrekcją Zbigniewa Gracy, potem unosi się kurtyna, Leporello czeka na swego pana, za chwilę wpada Donna Anna i Don Giovanni… i już nie można oderwać oczu od sceny. Jako Don Giovanni wystąpił Robert Gierlach, bardzo ekspresyjny zarówno w grze aktorskiej, jak i w śpiewie – czasem może nawet zbyt ekspresyjny, przez co np. aria szampańska wydała się bardziej wykrzyczana niż zaśpiewana. Ale utkwił mi w pamięci między innymi pewien drobiazg – muszę przyznać, że jeszcze nie widziałam Don Giovanniego, który w scenie z Masettem umiałby tak naśladować zarówno głos, jak i gesty Leporella. Leporellem był niezrównany w tej roli na scenie WOK Andrzej Klimczak, a Don Ottaviem Leszek Świdziński, wyraźnie w dużo lepszej formie niż w poprzednim spektaklu oglądanym przeze mnie dwa tygodnie wcześniej. Bardzo dobrym Komandorem był Rafał Siwek, a Masettem – Sławomir Jurczak. Wspominam tu tylko o męskiej części obsady, gdyż w tym spektaklu panowie prezentowali się dużo lepiej niż panie, z wyjątkiem Marzanny Rudnickiej – Zerliny, która jak zwykle uwiodła nie tylko Masetta, ale i publiczność.

Potem przyszedł czas na trzech kontratenorów, czyli na operę Apollo et Hyacinthus. Świetnym podstępnym Zephyrusem był Piotr Łykowski, Piotr Olech jako Apollo wypadł lepiej niż w ubiegłym roku, natomiast nowy Hyacinthus Jakub Burzyński zrobił na mnie (po niezrównanym Dariuszu Paradowskim i zeszłorocznym Hiacyncie Piotrze Wojtasiewiczu) najmniej pozytywne wrażenie: jego głos w tej partii wydawał się zbyt rozwibrowany. Za to z dużą przyjemnością wysłuchałam duetu Andrzeja Jaworskiego – Oebalusa i Urszli Jankowskiej – Melii.

25 lipca to długo (bo już od zeszłego roku) oczekiwany Czarodziejski flet z Olgą Pasiecznik jako Paminą. Warto było czekać i niech żałują ci, którzy nie słyszeli (i nie widzieli). Była rewelacyjna! Jej Pamina to żywe srebro – nie bezwolna córka Królowej Nocy, lecz przedsiębiorcza młoda osóbka, która dobrze wie, czego (a właściwie kogo) chce. Nie była to jednak postać ujęta jednostronnie – pełne bólu wykonanie Ach, ich fühl’s pozostało w pamięci na długo po tym, gdy wygasł krąg światła otaczający artystkę na scenie. Bardzo dobrze partnerował jej jako Tamino Tomasz Krzysica, którego stonowana, konsekwentna gra i piękny głos tworzyły harmonijną całość. Artur Ruciński jako Papageno nie tylko zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie pod względem wokalnym, ale też wydawało mi się, że znacznie swobodniej niż rok temu czuł się na scenie wywołując salwy śmiechu na widowni. Majestatycznym Sarastro o aksamitnym głosie był Sławomir Jurczak a dobrą Królową Nocy – Aleksandra Bubicz.

Zakończenie Festiwalu

Nadszedł czas na finał: Wesele Figara. Ten spektakl był naprawdę niezapomniany: świetnie zaśpiewany i zagrany. Jako Figaro Robert Gierlach podobał mi się dużo bardziej niż jako Don Giovanni. Tym razem słuchałam go z prawdziwą przyjemnością. Jego Figaro był bardzo przedsiębiorczy, wszędzie go było pełno, a zaangażowaniem w scenie z Zuzanną udającą Hrabinę wzbudził wśród widzów po spektaklu pełne aprobaty dyskusje. Bardzo zabawną, ale i wzruszającą, gdy wspominała początki swej miłości, Hrabiną była Agnieszka Kurowska. A do tego przeurocza Zuzanna Marzanny Rudnickiej, cudowny Cherubin Marty Boberskiej (równie świetnej jako Zuzanna w poprzednio oglądanym przeze mnie Weselu Figara) – Voi chi sapete w jej wykonaniu to prawdziwa przyjemność i balsam dla uszu. Rafał Siwek, którego na scenie WOK widziałam dotąd w dość posągowych (dosłownie i w przenośni) postaciach Komandora, Sarastra i Gremina, tym razem wystąpił jako Bartolo. Wydawał mi się trochę niepewny i stremowany, ale dobrze sobie poradził zarówno z aktorską, jak i wokalną stroną tej postaci. Działał do spółki z doskonałą Marceliną Aleksandry Hofman i Don Basiliem oraz Don Curziem Andrzeja Jaworskiego. Nie należy zapominać o oglądanych przeze mnie zawsze z przyjemnością w partiach Barbariny i Antonia Justynie Stępień i Bogdanie Śliwie. Najmniej pasował do tego zespołu Witold Żołądkiewicz jako Hrabia Almaviva – ani głosowo, ani aktorsko mnie nie przekonał.

Opadła kurtyna, ale to nie był jeszcze koniec – tego ostatniego dnia festiwalu wejściówkowicze przygotowali mały spisek – każdy z nas przyniósł bukiet kwiatów i podczas oklasków mieliśmy ogromną przyjemność wtargnąć całą grupą (13 osób!) na maleńką scenę WOK aby wręczyć wszystkim solistom, dyrygentowi i akompaniującym paniom klawesynistce i wiolonczelistce kwiaty. A potem już tylko ostatnia owacja i podziękowania za ten niezapomniany wieczór w WOK.

Katarzyna Walkowska