Trubadur 4(25)/2002  

At first when i grew my nails to the length that is in this tutorial, i wasn't sure they were going to grow at. The following is a brief look at the http://62ytl.com/hakkinda/ cheapest place to buy priligy in singapore and where to find priligy online, in singapore, which can be very useful. This product is available in the following dosage strengths: 1 mg.

It is also used for the treatment of certain types of breast cancer, including hormone sensitive tumors (e.g. I can't see how she could live with Dingcheng misoprostol 200 mg tablet price herself in another lifetime. Patients can take doxycycline before or after meals.[@b2]

It is also used for treating chronic sinus infections and allergies. But with the drug that we misoprostol comprar online rj sell at cheapdrugs, you will have a high probability of experiencing few, if any, side effects at all. She created many ballets in collaboration with companies in vienna, paris, lille, and vienna.

Zbudujmy nowy pejzaż

Na drewnianej scenie, która może być także pomostem lub ringiem, tańczy kobieta. Jej ruchy są pełne ekspresji, a jednocześnie skupione, jej wąskie, płaskie dłonie od razu przykuwają uwagę. Na scenę wkracza mężczyzna. Na ramieniu niesie drzewko. Pomyślałem sobie, że to dobry pomysł, żebyśmy zbudowali nowy pejzaż – mówi.

Maria Munoz i Pep Ramis czyli zespół Mal Pelo zbudowali sobie własny pejzaż. W spektaklu L’animal a l’esquena (Zwierzę na plecach), który odbył się w ramach IX Międzynarodowych Spotkań Sztuki Akcji „Rozdroże 2002” scenografia odgrywa zasadniczą rolę, staje się partnerem artystów. Drewniany pomost, którego połowy mogą się podnosić tworząc ścianę, rusztowanie, na którym zostaje rozpięty jeden z „krajobrazów” i inne ruchome elementy mimo swej pozornej prostoty nie tylko ozdabiają przedstawienie, ale są jego integralną częścią. To one determinują wydarzenia, tworzą specyficzną przestrzeń, w której ruch nabiera zupełnie innego znaczenia.

Czy L’animal a l’esquena opowiada jakąś historię? Wybieramy tytuły spektakli tak, żeby były tylko pewną sugestią – mówi Maria Munoz i podkreśla – Zwykle nasze przedstawienia mają kilka tematów. W Zwierzęciu na plecach tematem jest relacja między dwojgiem ludzi, kobietą i mężczyzną. Czy jest to miłość? Nawet bez tłumaczenia tekstów własnych artystów, które ci wypowiadają na scenie, łatwo można to wyczytać z plastyki ich gestów oraz symboliki kostiumu i rekwizytu. Drzewko, które przynosi mężczyzna to właśnie trochę nieporadny wyraz czułości, którą obdarza swoją partnerkę. Może za pomocą tego prezentu chce coś naprawić, chce zacząć od nowa. Pep Ramis przez większą część spektaklu ma na głowie czerwoną wełniana czapkę z pomponem. Przy swojej partnerce, całej w czerni, sprawia wrażenie kogoś zwyczajnego, trochę śmiesznego, niezgrabnego w okazywaniu uczuć. Może dlatego ich komunikacja często jest jednostronna: kobieta tańczy, gdy mężczyzna wyznaje jej miłość, mówi o swoich odczuciach, zarzuca jej, że nie jest już taka jak dawniej. Rzadko tańczą razem, a jeśli już, to taniec ich przypomina walkę, jedno przygniata drugie, staje się mu ciężarem, tytułowym zwierzęciem na plecach. Finał daje natomiast nadzieję, że nieustępliwa miłość mężczyzny znajdzie (już znalazła?) drogę do serca kobiety i razem, wspierając się jedno o drugie przebędą drogę wiodącą przez kolejne pejzaże.

Podczas konferencji prasowej Maria Munoz i Pep Ramis zgodzili się, że ich sztuka ma często więcej wspólnego z teatrem niż tańcem nowoczesnym. Chętnie przyznają się do inspiracji spektaklami Tadeusza Kantora, które mogli oglądać w Barcelonie. Stąd punktami kulminacyjnymi L’animal a l’esquena są momenty, gdy do głosu dochodzą działania teatralne, gdy na zawieszonej w tle płachcie materiału „maluje się” wnętrze pokoju, lub, kiedy oboje wznoszą się do nieba na trójkołowym uskrzydlonym rowerze, jakby mówili – to możliwe, trzeba tylko mocno chcieć! Nie ma w tym spektaklu radośniejszego momentu, no, może poza tym, gdy Pep Ramis pisze po polsku kredą na ścianie (podniesiona do pionu scena): Jeśli nasze dzieci zapytają o nas, powiedz, że byliśmy kiedyś w Paryżu! Paryż i Święta Bożego Narodzenia przewijające się w odtwarzanym tekście surrealistycznego poematu Tour du secteur calme Jeana Cocteau stają się wyrazem wielkiej tęsknoty, marzenia, do którego dąży się nie zwracając uwagi na codzienne, małe sprawy. Poemat Cocteau czytany przez samego autora jest traktowany przez twórców spektaklu jako część muzyki, towarzyszącej ich scenicznym działaniom. Dla miłośnika baletu czy nawet tańca nowoczesnego spektakl ten nie przynosi oczekiwanych wrażeń. Mimo niezwykłej plastyczności i giętkości ciała Marii Munoz jej taniec nie jest specjalnie interesujący, ma zapewne wyrażać frustrację kobiety, którą artystka odgrywa. Więcej uwagi zwracają dwa taneczne momenty w wykonaniu Pepa Ramisa, który, jak na ironię nie jest zawodowym tancerzem. Zaczął tańczyć w wieku prawie 30 lat, wcześniej studiował lalkarstwo i grę na wiolonczeli.

Część przedstawienia odbywa się w ciszy, część przy muzyce skomponowanej specjalnie przez brytyjskiego kompozytora Steve’a Noble’a. Warto podkreślić, że przy tworzeniu tego spektaklu wszyscy uczestnicy projektu od początku pracowali razem, proponując sobie nawzajem różne rozwiązania. Dzięki temu zapewne udało się osiągnąć tak naturalne połączenie różnych elementów – muzyka kształtuje taniec, ruch przechodzi płynnie we fragmenty aktorskiej recytacji, światło wydobywa potrzebne walory prostej scenografii, a nad wszystkim czuwają dwie na biało ubrane postaci siedzące po bokach drewnianej sceny-platformy. Tych dwoje pomocników, obsługujących mechanizm sceny i pomagających aktorom zmieniać kostiumy, Maria Munoz i Pep Ramis nazywają swoimi Aniołami Stróżami. – Początkowo chcieliśmy, żeby byli ubrani na czarno i wtapiali się w tło, ale potem doszliśmy do wniosku, że oni też muszą być widoczni – mówi Munoz. W ten sposób zostaje dopełniony pejzaż, stworzony przez duet Mal Pelo. Pejzaż niejednoznaczny, frapujący i poetycki.

Katarzyna K. Gardzina