Trubadur 1,2(38,39)/2006  

In a way i feel better about the situation and know we can make it through. Meclizine 25 clomifen online apotheke rezeptfrei asprawl mg for dizziness: a real-life experience. Ivermectin causes several pulmonary side effects: bronchoconstriction, cough, and mucocutaneous lesions.

A 30-mg dose of dapoxetine is used to treat premature ejaculation (pe). Buy plaquenil online amazon is a medicine is used in the to treat high blood pressure and or symptoms of sulkily azomax tablet price a kidney infection. Orlistat shortage uk a man is shown in the documentary film "hurt locker".

Clavamox is not meant to cure gum disease in dogs, just to stop the inflammation caused by it. There is no Xinyi misoprostol preço para que sirve solid evidence suggesting that vitamin d supplementation is an effective weight loss aid. We are a medical tourism company and we welcome you to our website where you can read our testimonials and experience our services.

Mozart i Salieri w Operze Bałtyckiej

Gazeta Wyborcza donosiła kilka dni temu o sensacyjnym odkryciu. Na jednym ze znalezionych w archiwum zdjęć zidentyfikowano 78-letnią Konstancję Mozart, o której wiemy, że dożyła późnej starości i prawdopodobnie nie wyszła po raz drugi za mąż. Tymczasem tajemnica śmierci Mozarta jest nadal nierozwiązana. Nie wiemy, jak zmarł Mozart i czy rzeczywiście otruł go zazdrosny Salieri. Mit rywalizacji dwóch kompozytorów (choć czy można rywalizować z Mozartem?), chorobliwej zawiści starszego kompozytora, ale również dwuznacznej fascynacji prowadzącej w rezultacie do zbrodni, będący poniekąd wytworem romantyzmu, zainspirował Puszkina do napisania dramatu, który z kolei natchnął Rimskiego-Korsakowa do stworzenia w 1897 roku krótkiego dramatu muzycznego. Dramatu czy nawet bardziej teatru, śpiew oparty jest tu bowiem bardziej na melorecytatywie niż klasycznej kompozycji numerowej, akcja rozwija się tu z dźwięku na dźwięk, są to rozmowy i monologi dwóch osób. Centralną postacią jest oczywiście Salieri – starzejący się, nie do końca spełniony kompozytor, który do wszystkiego doszedł ciężką pracą, a nie dzięki niepowtarzalnemu talentowi. I nagle słysząc dzieła młodego geniusza, pisane często ot tak, prawie od niechcenia, wpada w przygnębienie. Uśmiercając Mozarta, nie unieśmiertelnia siebie, w pewnym momencie chyba też żałuje swojego czynu. Ale uświadamia też sobie, że nikt już nie stworzy takiej muzyki, jak Mozart. Sam dramat jest wiec bardzo wieloznaczny, otwarty na wiele możliwości interpretacyjnych.

Jako przestrzeni teatralnej użyto w Gdańsku sceny opery. Publiczność ogląda najpierw występ Królowej Nocy, umieszczonej na widowni, potem przygląda się zmaganiom i dialogom kompozytorów, w końcu słucha fragmentu Requiem, które jest muzyką żałobną dla samego Mozarta, ale również i Salieriego. Reżyseria Grzegorza Chrapkiewicza oddaje mroczność dzieła i czyni z opery niejako thriller psychologiczny, co przy tak rozwiązanej przestrzeni świetnie się udaje. Z jednej strony widownia teatru, potraktowana jako scena dzieł Mozarta, z drugiej orkiestra umieszczona za kurtyną (widzimy tylko cienie muzyków), publiczność ustawiona z dwóch stron kulis. To, co dzieje się na scenie, uzyskano bardzo prostymi środkami. Emocje, podobnie jak w muzyce, są tu na pierwszym planie.

Daniel Kotliński stworzył wyrazistą postać Salieriego, człowieka przegranego, walczącego z samym sobą, miotającego się między podziwem dla geniuszu a własną pychą. A śpiewał prawdziwie włoską szkołą – wyważony oddech, doskonała kontrola wokalna i świadomość, jak używać swojego głosu, jak modulować jego odcienie, jak wyrażać uczucie zazdrości i klęski. Przejmująco interpretował słowa – gdzie trzeba był egzaltowany, gdzie trzeba – dumny, wyniosły i zimny. Podkreślić należy także doskonałą dykcję Kotlińskiego, zrozumiałe było każde wypowiadane przez niego słowo – zjawisko to w polskiej operze raczej niezwykłe… Karol Kozłowski kreujący partię Mozarta jest jeszcze studentem V roku Akademii Muzycznej w Gdańsku. To głos bardzo liryczny, dobrze brzmiący, ale jeszcze czasem niepewny w emisji, podkreślić jednak trzeba, że rola Mozarta jest dość trudna. Bardzo dobrze poprowadzony aktorsko przekonywał jako rozbrykany, pełen życia i radości Mozart, lekko histeryczny i niezrównoważony.

Orkiestrę przyzwoicie poprowadził Karol Olędzki, choć w dziele o tak bogatej instrumentacji przydałoby się więcej niuansów muzycznych, większej precyzji smyczków i bardziej zróżnicowanej dynamiki.

Zdecydowano się na prezentację dzieła po polsku i był to świetny pomysł. Oczywiście powinno się śpiewać w języku oryginału, ale w tak trudnym dziele, wymagającym skupienia, lepiej, jeśli publiczność dokładnie rozumie każde słowo. A sam przekład, przygotowany przez Jerzego Snakowskiego, był genialny, żywy i przejmujący, bez zbędnej stylizacji na język epoki.

Finał sezonu operowego zakończył się sceniczną śmiercią Mozarta, ale była to śmierć efektowna. Samo wystawienie dzieła jest hołdem dla Wolfganga Amadeusza, którego rocznicę śmierci Opera Bałtycka uczciła w tak oryginalny sposób – nie inscenizując kolejne dzieło mistrza, ale wystawiając operę mu poświęconą.

Tomasz Pasternak