Jesień w Teatrze Wielkim

"Pasażerka" i "Wesele Figara" w TW-ON (2010)

W Teatrze Wielkim – Operze Narodowej coraz częściej można zobaczyć dzieła nie należące do podstawowego kanonu prezentowanego przez teatry operowe. To dobrze i źle – widz powinien mieć szansę na zobaczenie najsłynniejszych arcydzieł operowych, a tymczasem na warszawskiej scenie w tym sezonie (2010) można obejrzeć tylko trzy opery Verdiego (Rigoletto, Nabucco i Traviatę), wkrótce ma się odbyć premiera Wesela Figara Mozarta i Turandot Pucciniego, ponadto jest tego kompozytora Madame Butterfly, Bizeta Carmen, Oniegin Czajkowskiego, z polskich oper – Straszny dwór Moniuszki (paskudna inscenizacja!) i dopiero w lipcu 2011 r. Król Roger Szymanowskiego. Jest pewien wybór, ale mogłoby być lepiej. Pojawia się za to coraz więcej utworów mało znanych, które istnieją na scenie w momencie premiery i szybko z niej schodzą. A dlaczego napisałem, że to dobrze i źle jednocześnie? – bo jako operoman, który widział już wiele na scenie operowej, nie tylko w TW-ON, chętnie zobaczę coś nowego, poszerzę horyzonty, a z drugiej – czasem zastanawiam się, czy nie szkoda wysiłku i środków teatru, zarówno jego pracowni, jak i wykonawców, by wystawić coś, co będzie można obejrzeć zaledwie kilka razy, bo np. spodziewając się, że nie będzie się cieszyło zainteresowaniem szerokiej publiczności, zaplanowano tylko trzy spektakle po premierze… Wydaje się, że niektóre z premier mogłyby się odbyć w formie wykonań koncertowych, podczas gdy tak zwany „żelazny” repertuar pojawia się bardzo rzadko. Trzeba pamiętać, że osoby, które nie chodzą do teatru tak często jak ja, powinny mieć szansę na poznanie na żywo najsłynniejszych dzieł, ja sam też czasem czekam na któryś z tych „łatwiejszych” spektakli, i to długo, by móc przyprowadzić znajomych, którzy nie są może zbytnio zaprzyjaźnieni z operą, a których nie chcę rzucać od razu na „głębokie wody”, zabierając ich na np. Elektrę Straussa.

Office 2010 Professional Product Key
Microsoft Office 2010 Product Key
office 2013 professional key
Office 2013 Product Key
office 2013 activator key

cheap Windows 7 key
windows7 product key sale
buy Windows 7 Ulitmate key
win7 pro key
buy windows7 key
free windows8 product key
Activation windows 8 Key
windows8 key sale
cheap win8.1 product key sale
windows8.1 activation product Key
activation Office 2013 key sale
Office 2013 product key sale
office activation product key
cheap Windows Server 2012 R2 Standard Product Key
Windows sever activation key sale

Windows 7 key
buy Windows 7 Ulitmate key
windows 7 pro key
windows8 product key
windows 8 key
windows 8.1 pro key
windows8.1 ultimate Key
Office 2010 product key
Windows office 2013 key
office 2013 Product key
Windows 10 home key
Windows 10 Product Key
Windows 10 pro Key

Tym razem jednak nie żałowałem, że dla trzech spektakli wystawiono Pasażerkę Mieczysława Weinberga, choć muszę przyznać, że główną przyczyną była nie tyle sama opera, skądinąd interesująca, co raczej jej inscenizacja zaproponowana przez angielskiego reżysera Davida Poutneya, i wykonawcy, których miałem okazję usłyszeć.

Spektakl jest wstrząsająco realistyczny, bardzo pomysłowo rozwiązano problem poruszania się w czasie i przestrzeni, kontrast między luksusowym statkiem płynącym do Ameryki Południowej z eleganckimi pasażerami na pokładzie, a piekłem Auschwitz. Sceny ze statku rozgrywają się na umieszczonej na środku sceny platformie stanowiącej część pokładu, wszystko jest na nim oślepiająco, sterylnie białe, od podłogi po kreacje pasażerów. Pojawia się tam tajemnicza, zawoalowana dama, która budzi w Lisie, szczęśliwej żonie dyplomaty, wspomnienia z obozu, w którym była strażniczką. W miarę jak Lisa odkrywa przed mężem swą przeszłość, próbuje się usprawiedliwić. Równolegle na scenie poniżej widzimy obóz – segregacja, bicie, pracują piece krematorium, sortowane są przedmioty zabrane przywiezionym więźniom. Na środek sceny wjeżdża wagon bydlęcy, okazujący się pryczami, na których toczy się życie więźniarek, a jednocześnie stanowiący platformę dla chóru obserwującego i komentującego akcję. Światło, często przyćmione, punktowe, wydobywa z mroku poszczególne postaci. Myślałem, że łatwo sprawić, by taka opowieść była pokazana sztucznie, niesmacznie lub ze zbytnim patosem, a tymczasem właściwie nie było momentu, kiedy miałbym wątpliwości co do tego, co się dzieje na scenie, może poza sceną finałową, która wydała mi się zbytnio patetycznym dopowiedzeniem oglądanej historii – to już jednak nie była wina reżysera. Ale wcześniej ogromne wrażenie zrobiły na mnie sceny z obozu, niewyobrażalna tragedia i okrucieństwo, a jednocześnie odnajdowane w tym drobne radości więźniarek. Nie byłoby to możliwe bez świetnych wykonawców – przede wszystkim Agnieszki Rehlis jako Lisy, która do końca wydaje się nie widzieć nic złego w swym postępowaniu – a może jednak coś ją gnębi, lecz ukrywa to, póki może, także przed sobą. Fantastyczne były występujące w rolach więźniarek Elena Kelessidi – Marta, Svetlana Doneva – Katia, Małgorzata Pańko – Krystyna, Elżbieta Wróblewska – Vlasta, Anna Borucka – Hannah, Małgorzata Olejniczak – Yvette, Małgorzata Godlewska – Bronka i Joanna Cortes – wstrząsająca Stara. Właściwie o każdej z nich można by napisać osobny akapit, każda ze śpiewaczek miała swoją scenę, w której mogła się zaprezentować publiczności, a jednocześnie wszystkie stanowiły niesamowicie spójną grupę, świetnie współgrając, prawie cały czas obecne na scenie. Bardzo dobrze wypadł też Roberto Sacca jako mąż Lisy, Walter, który na początku jest wstrząśnięty odkryciem przeszłości swej żony, choć bardziej ze strachu o swą karierę niż ze względu na jej winy, ale szybko znajduje usprawiedliwienie zarówno dla Lisy, jak i wszystkich Niemców. Najmniej z premierowej obsady przekonał mnie Artur Ruciński jako Tadeusz, który na tle tak wyrazistych postaci wypadł trochę bezbarwnie i sztucznie.

A. Rehlis (Lisa), S. Doneva (Marta) (fot. K. Walkowska)

A. Rehlis (Lisa), S. Doneva (Marta) (fot. K. Walkowska)

Sama muzyka zrobiła na mnie trochę mniejsze wrażenie – były w niej interesujące momenty, ale brakowało dramatyzmu, który rozgrywał się za sprawą reżysera na scenie – była trochę zbyt spokojna, układna… klasycyzująca. Myślę, że był to za to atut w oczach, a raczej uszach mniej wyrobionej, premierowej publiczności, która przyjęła Pasażerkę bardzo ciepło, by nie powiedzieć – entuzjastycznie, choć trudno nazwać tę operą miła i przyjemną.

  

Zabiegane Wesele

 

Poświęciłem się dla „Trubadura”. Lubię opery Mozarta i jak pojawiła się możliwość kupienia biletów na zapowiadaną w TW-ON premierę Wesela Figara, zachęcony także zapowiadaną obsadą (m.in. Aleksandra Kurzak jako Zuzanna, która jednak w końcu się nie pojawiła), od razu pobiegłem do kas teatru i kupiłem bilet na premierę oraz drugi spektakl. Niestety, po obejrzeniu premiery miałem chęć zwrócić drugi bilet, gdyż premiera wynudziła mnie niemiłosiernie.

Byłem tym bardziej zaskoczony, gdyż Wesele Figara to dla mnie przede wszystkim wzorcowy spektakl z 1976 r. w reżyserii Jean Pierre Ponnelle, znany pewnie wszystkim miłośnikom opery z telewizji czy dostępnych nagrań, a także świetne przedstawienie grane w ramach Festiwalu Mozartowskiego w Warszawskiej Operze Kameralnej w reżyserii Ryszarda Peryta. W tym ostatnim spektaklu nie zachwycają mnie kostiumy, nie zawsze też trafi się na idealną obsadę, ale jak już, to jestem w siódmym niebie – tam każdy gest, spojrzenie, jest zgrane z muzyką i tekstem, a jednocześnie akcja toczy się wartko i skrzy się humorem – gdy go oglądam, nie czuję upływu czasu, a jedynie nie mogę się doczekać aż pojawią się moje ulubione sceny.

Tymczasem w spektaklu Teatru Wielkiego – Opery Narodowej owszem, sporo się dzieje na scenie, kostiumy są bardzo ładne, z epoki, ale spektakl jest tak ciężki i nudny, że trudno było wytrwać. Także dekoracje są nieładne, z ogromnych płyt paździerzowych, nie pasując ani do epoki, ani do kostiumów. NIE SĄ nawet pomysłowe czy kontrowersyjne (no, może jedynie ich ruch). Są BRZYDKIE!

Jaka napisałem, dzieje się dużo – śpiewacy biegają jakby mieli ADHD, podskakują, stroją miny, zachowania narzucone im przez reżysera Keitha Warnera są przerysowane i mało subtelne, czasem wręcz wulgarne, a ulubionym rozśmieszaczem jest to, że kolejni wykonawcy wpadają do pojemnika (rowu? wanny?) z wodą na przedzie sceny – Cherubina po Non piu andrai całego wkładają związanego do beczki z wodą. Za to paź, gdy siedzi zamknięty w garderobie Hrabiny, za której drzwiami szaleje zazdrosny Hrabia, zupełnie na luzie przymierza kapelusze – skąd więc w kolejnej scenie z Zuzanną ten pośpiech i strach, które słychać w muzyce? W finale II aktu zafascynował mnie też problem krzesła, które poszczególni wykonawcy bez żadnego uzasadnienia co chwilę przestawiali. Reżyser dodał też szczególiki „uwspółcześniające” akcję i mające pewnie rozbawić widzów, jak np. przyniesienie przez Hrabiego dynamitu do wysadzenia drzwi do garderoby, następnie ogrywanego na różne sposoby. Najbardziej jednak zaskoczyła mnie wizja Hai gia vinto la causa – okazuje się, że głównym uczuciem, miotającym Almavivą w trakcie jej wykonywania jest strach przed przesuwającymi się ścianami.

Dekoracje, jak już wspomniałem, nie są ładne, nie sprzyjają też śpiewakom – ostatni akt rozgrywa się w korzeniach ogromnego drzewa, za którymi są ukryte schody, i po tych schodach śpiewacy ciągle biegają, często zasłaniani przez dekoracje, co nie wpływa pozytywnie na docierający do widzów dźwięk.

Podsumowując – dużo zamieszania, z którego nic nie wynika, sporo się dzieje, ale nie czuć żadnych więzi, emocji między bohaterami na scenie.

Co gorsza, tego co widać nie kompensuje to, co słychać. Mimo zmian w obsadzie zapowiadanej od początku sezonu (brak Aleksandry Kurzak i Roberta Gierlacha), wydawało się, że dobrani ostatecznie do ról artyści sprostają zadaniu zadowalająco. Niestety, wyznaję to z żalem – chyba nie zapiszą tej premiery po stronie sukcesów. Nawet tak na co dzień brylujący na scenie artyści jak Wojtek Gierlach czy Katarzyna Trylnik nie oparli się przytłaczającej reżyserii i zapomnieli (nie mogli?) o przyzwoitym śpiewaniu. Wyglądało na to, że w równym stopniu utrudniał im to reżyser (śpiewanie głównej arii przez Figara podczas wspinaczki po bocznych kręconych schodkach to skandal!), jak i dyrygent (Roland Boer), o którego pracy nie mogę napisać nic dobrego, a o jego grze na piano forte. wolę zamilczeć. Soliści notorycznie rozmijali się z orkiestrą, chór zepchnięty gdzieś za dekoracje – tym bardziej, tempa były rozwlekłe. Nic dziwnego, że Wojtek Gierlach (Figaro) zgubił gdzieś cały wigor i głęboką barwę basowego głosu, Katarzyna Trylnik wprawdzie straceńczo dźwigała ciężar przedstawienia ale była zbyt rozhisteryzowana (i kto wymyślił te ozdobniki w arii?!).  Mariusz Godlewski (Almaviva) był wycofany i słabo słyszalny, mało finezyjny, a o pomstę do nieba wołało obsadzenie w rolach Cherubina i Marceliny nie potrafiących śpiewać Vereny Gunz i Anne Marie Owens. Właściwie dość podobała mi się tylko Hrabina – Asmik Grigorian – posągowa piękność o mocnym, choć może trochę za krzykliwym do tej roli głosie oraz Ingrida Gapowa w małej rólce Barbariny.

I tu wracam do początku mojego tekstu – po premierze chciałem oddać bilet na drugi spektakl, ale jednak pomyślałem, że dla „Trubadura” pójdę jeszcze raz, by móc opisać jak dała sobie radę druga obsada, mając niewielką nadzieję, że będzie jednak lepiej.

Częściowo było nieźle – nieźle wypadł węgierski baryton Karoly Szemeredy w partii Almavivy. Ma on ładny, nośny głos, ale mam wrażenie, że dziwne miny i działania aktorskie nie dawały mu szansy by w pełni go zaprezentował. Spodobała mi się również Agnieszka Tomaszewska, laureatka ostatniego Konkursu Moniuszkowskiego jako wdzięczna Zuzanna, myślę, że bardzo dobrze poradziła sobie z występem na dużej scenie. Świetnie słuchało się, zwłaszcza w drugiej arii, Wioletty Chodowicz jako Hrabiny. Jej głos brzmiał silnie, świeżo i dźwięcznie, również postać Hrabiny poprowadziła bardzo przekonująco i z dowcipem, może dzięki temu, że jej rola wydawała się być mniej „uatrakcyjniona” przez reżysera. Mniej podobał mi się Daniel Okulitch w partii Figara – ma dobrą prezencję, grał z zaangażowaniem, ale to, że ma ładny głos, mogłem stwierdzi tylko dzięki temu, że blisko siedziałem, choć i wtedy miewałem problemy by go usłyszeć – TW-ON to stanowczo nie scena dla niego.

Pozostali wykonawcy również mieli za zadanie dośmieszać spektakl, szczególnie zawiodła mnie tu Marcelina Izabelli Kłosińskiej, która została przedstawiona w skrajnie karykaturalny sposób i wydawała z siebie co chwile dziwaczne dźwięki nie przewidziane w partyturze – żal było patrzeć na tę wspaniała artystkę, zwłaszcza że nie pozostawiono jej nawet do zaśpiewania arii z ostatniego aktu.

Podyskutuj na forum