Spektakle w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej (2012)

"Latający Holender", "Dama pikowa", "Słowik", "Manon Lescaut"

[Od redakcji: ze wzgledów edytorskich połączyliśmy oddzielne recenzje Autora z 2012 roku w jeden tekst.] 

 

Przechlapany Holender

Kolejna premiera operowa w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej, którą obejrzałem i wychodząc powiedziałem sobie, że już więcej nie mam ochoty tego widzieć… Tym razem głównym powodem jest woda – realizatorzy wymyślili, że istotnym elementem scenografii będzie scena wypełniona wodą, po której brodzą wykonawcy. Bardzo malownicze, ale był to najgorszy pomysł, jaki sobie przypominam na tej scenie odkąd chodzę do tego teatru – już w połowie pierwszego aktu miałem ochotę wezwać hydraulika by coś zrobił z tą chlupoczącą, cieknącą wciąż wodą, która uniemożliwiała słuchanie muzyki – jak widać, dzieło kompozytora już się nie liczy, i realizatorzy nie tylko ingerują w treść libretta, ale i w warstwę dźwiękową. Zawsze irytowały mnie różne skróty i przycinanie muzyki do pomysłów reżyserów, z czym się już spotykałem na tej, i nie tylko, scenie, ale tak lekceważącego, oburzającego, ciągłego zagłuszania muzyki przez uporczywe chlapanie jeszcze nie spotkałem. Uważam, że ten pomysł jasno pokazuje, że realizatorzy uważają widzów Teatru Wielkiego za osoby, które wystarczy „olśnić” pomysłem realizatorskim, a coś takiego jak muzyka, wykonawcy, musi się temu podporządkować. I żeby był to chociaż pomysł nowatorski – a przecież taplanie się w wodzie oglądaliśmy na otwarcie tego sezonu w Vollmondzie Piny Bausch, natomiast piękne, nastrojowe wykorzystanie deszczu – w I przejdą deszcze Krzysztofa Pastora. Tymczasem pokazywanie w czasie uwertury rozbierającej się, miotającej po scenie tancerki jest nudne, niesmaczne i – jak już napisałem wcześniej – ciągłym chlupotaniem przeszkadza w odbiorze muzyki.

Latający Holender (fot. K. Walkowska)

Latający Holender (fot. K. Walkowska)

Ten sam pomysł jest powtórzony na początku trzeciego aktu, gdy tabun panien młodych w sukniach ślubnych, również w jakimś szale miota się po scenie pozbywając się przy okazji przyodziewku. Po co – nie mam pojęcia. Bezsensownych atrakcji jest więcej – w trakcie duetu Dalanda i Holendra mamy tańczących ze sobą namiętnie dwóch marynarzy – czy w operze bez wątku gejowskiego już ani rusz? A gdyby zrezygnować z wody, która pewnie musiała teatr nieźle kosztować (ciekawe, ile premier można by zrobić za taki gadżet) i paru takich „ulepszeń” jak widać niedoskonałego, zdaniem realizatorów, dzieła Wagnera (przygłupi sternik, który również przebiera się w suknię ślubną, dom publiczny w domu Dalanda z wulgarnie wyginającymi się dziewczętami, bezsensownie w tej sytuacji śpiewającymi o kołowrotkach) zachwyciłbym się pięknymi migotliwymi płaszczyznami w tle zaprojektowanymi przez Borisa Kudlickę, wystarczającymi do budowy nastroju. Zapowiedzią dziwacznego podejścia do opery jest już wydumane streszczenie, które można przeczytać zarówno w programie, jak i na stronie internetowej TW-ON – przyznam, że się nieźle uśmiałem czytając Znajdujemy się w punkcie, który wyznaczyła katastrofa: w niemym zakamarku czasu; Cała staje się oczekiwaniem spełnienia, które nadchodzi jak hipnotyczne przeczucie; Rozpoczyna się miłosny agon Senty i Holendra; Zaczyna się mroczne święto oraz To konsekwencja niewidzialnej geometrii uczuć. I jeszcze jedno – reżyser spektaklu Mariusz Treliński zapowiadał, że jest to odejście od jego dotychczasowych realizacji – nic takiego tu nie zauważyłem, były natomiast te same co w ostatnich realizacjach półnagie dziewczyny wyginające się do taktu, bohaterowie w długich płaszczach (zazwyczaj białych), snujący się mimowie i Edyta Herbuś na dokładkę dla plotkarskiej prasy.

A co z wykonaniem? Najbardziej chyba podobała mi się orkiestra pod dyrekcją Rani Calderona, która, choć może niedoskonała i nie zawsze „wagnerowska”, to jednak stanęła na wysokości zadania, oraz chór świetnie przygotowany przez Bogdana Golę. Soliści mnie nie zachwycili – Lise Lindstrom – Senta miała piękne góry, ale już niżej jej głos nie brzmiał najlepiej, Johannes von Duisburg – Holender – dysponujący momentami wciąż pięknym głosem, często jednak prezentował zbyt duże wibrato, a także zbyt często dość staromodnie łkał. Rozczarowali mnie także Charles Workman – Erik i Aleksander Teliga – Daland. Właściwie najlepiej wypadł Mateusz Zajdel w partii Sternika. Podsumowując, nie dziwię się, że premierowi widzowie wybuczeli realizatorów – za coś takiego uczciwie się należało!

 

Dama pikowa

Zamienił stryjek…

Oczywiste jest, że każdy artysta ma prawo do zmieniania swego dzieła, udoskonalania. Ale moim zdaniem nie było to dobrym pomysłem w przypadku Damy pikowej, którą wskazywałem w recenzji z ostatniej premiery Króla Rogera jako jedną z moich ulubionych reżyserii Mariusza Trelińskiego. Napisałem wtedy również o najnowszej inscenizacji Króla Rogera, że złe jest wrogiem lepszego – i jest to niestety prawda również w przypadku Damy pikowej. Gdy zobaczyłem, że spektakl ten wraca na warszawską scenę, od razu wybrałem się by ponownie móc się nim zachwycać, i tu spotkała mnie niemiłą niespodzianka. Okazało się, że reżyser wprowadził wiele zmian, które moim zdaniem były niekorzystne w stosunku do pierwotnej wersji, i pragnę podzielić się moim rozczarowaniem z czytelnikami Trubadura.

Na początku pierwotnej inscenizacji widzieliśmy tylko graczy zacięcie zmagających się w tle z automatami do gry, pojawiała się też dumna Hrabina. Teraz jeden gracz pojawia się później, a ich miejsce zajął miotający się Herman oraz wdzięczące się hostessy – zawsze w takich przypadkach podejrzewam, że realizatorzy uznali, iż sama muzyka będzie zbyt nudna dla widzów i na scenie musi się coś dziać – a co jest lepszego by zabawić widzów niż półnagie, wyzywająco zachowujące się dziewczyny… Nieco później Tomski i jego kompani zostali pozbawieni stolika w scenie opowieści o trzech kartach, a drzewa i chmury w scenie burzy pojawiają się później. W sali balowej zamiast białych podświetlonych kolumn widzimy tylko połowę sali i częściowo schowanych tancerzy. Szczególnie byłem rozczarowany, że nie ma już przepięknych, powolnych fajerwerków, które stanowiły wspaniałe tło dla arii księcia Jeleckiego. Nie ma też już efektownej carycy w wielkiej sukni na ogromnych schodach, za to mamy podświetloną ścieżkę w poprzek sceny, po której wzdłuż szpaleru tancerzy rusza Herman by się ukłonić niewidzialnej władczyni – zupełnie bezsensowne posunięcie, nie mające uzasadnienia w tekście – czemu nagle miałby tak się chcieć wyróżnić na balu? W scenie pasterskiej zmieniono kostiumy na bardziej współczesne i zbliżone do pozostałych w tym spektaklu, ale niestety nie zrezygnowano z wulgarnego ustawienia tej sceny – teraz dodatkowo możemy oglądać pełne aprobaty reakcje gości, którzy poprzednio siedzieli w fotelach tyłem do widowni. Futurystyczny obrotowy fotel Hrabiny zastąpiło krzesło, które Herman musi mimo to jakoś przesuwać na scenie – to mocowanie się z meblem wygląda teraz trochę bezsensownie. Poznikały również prześwietlenia, które były w tle, Hrabiny nie rozbierają już towarzyszące jej dziewczęta, lecz sama Liza. Właściwie spodobał mi się tylko jeden nowy pomysł – Herman nie czyta listu przy samozapalającej się i gasnącej świecy na kiju, lecz w świetle zapalniczki. Jak na tyle zmian – niewiele…

Poświęciłem ten tekst samej reżyserii, ale naprawdę byłem rozczarowany tym, co zobaczyłem na scenie TW-ON – czy wszystko musi zmieniać się na gorsze? Może choć fajerwerki dałoby się przywrócić…

 

Słowik na warszawskiej scenie

Teatr Wielki – Opera Narodowa zafundował dzieciom na 1 czerwca dziwny spektakl – produkcję Teatru Maryjskiego w Sankt Petersburgu Słowika Igora Strawińskiego. Muszę przyznać, że jest to dziwny spektakl – niby dla dzieci – bo i znana bajka Hansa Christiana Andersena, i krótka opera, i bardzo kolorowa, dostosowana do młodego widza inscenizacja (reżyseria Alexander Petrov, scenografia Vladimir Firer), a jednocześnie trudna muzycznie i nie do końca czytelna dla młodego widza. Ułatwić odbiór miało pewnie niestety niezbyt udane czytanie przed spektaklem skróconej wersji bajki przez Wojciecha Malajkata, ale przyznam, że mam wątpliwości czy to dobry pomysł – wydawało mi się, że zarówno dorośli, jak i dzieci byli tym znudzeni, poza tym bajkę tą dzieci powinny znać, a jeśli nie, to w programie znajduje się jej streszczenie. Dodatkowo dorosły meloman mógł wyjść z teatru, tak jak ja, z pewnym niedosytem po godzinnym spektaklu – właściwe wydawałoby się połączenie tego dzieła z jakimś innym utworem, by powstał bardziej wypełniony wieczór.

Słowik (K. Dondalska), Cesarz (A. Kruszewski) (fot. K. Walkowska)

Słowik (K. Dondalska), Cesarz (A. Kruszewski) (fot. K. Walkowska)

Obejrzałem spektakl dwukrotnie i muszę przyznać, że dawno nie wychodziłem z TW-ON tak zadowolony pod względem muzycznym. Dobrze grała orkiestra TW-ON pod dyrekcją Modestasa Pitrenasa, również bardzo dobrze wypadli wykonawcy – pięknym głosem słowika czarowały obie wykonawczynie tytułowej partii Katarzyna Dondalska i Kamila Kułakowska, bardzo ucieszyłem się słysząc jako Kucharkę w świetnej formie Izabellę Kłosińską, a także Joannę Cortes, bardzo dobrym lirycznym Rybakiem był Rafał Bartmiński, świetnie jako Cesarz wypadli Adam Kruszewski i Zbigniew Macias, jako Śmierć przytłaczały cudowne Anna Lubańska i Agnieszka Rehlis, a rozśmieszał Piotr Nowacki jako bardzo straszny Bonza.

 

Koniec epoki Emmanuelle

Manon Lescaut w TW-ON

W ostatnich dniach prasa podała, iż zmarła Sylvia Kristel, holenderska aktorka i modelka, której światową sławę przyniosła główna rola we francuskim filmie erotycznym Emmanuelle (1974 r.). Tytułowa bohaterka filmu, znudzona codziennością, oddaje się miłosnym przygodom w egzotycznej scenerii. Film okazał się wielkim hitem – przez ponad 10 lat nie schodził z afisza kin paryskich. A kim dla wielu była Emmanuelle? – kwintesencją erotyzmu, klasy i kobiecości swoich czasów.

Dziś mamy niestety koniec epoki erotyków, trwa era tandetnego porno. Koniec tej epoki można zaobserwować również na deskach Teatru Wielkiego-Opery Narodowej. Teatr ten idzie z duchem czasu, co spektakl obniża skutecznie loty, by „upopularnić tę skostniałą sztukę dla tych nielicznych, co słyszą muzykę” (jak powiedział kiedyś znany artysta operowy). Zwracam uwagę na słowo „upopularnić” – proszę nie mylić ze spopularyzować – takie „nowosłowa” są świadectwem, że autor również idzie z duchem czasu.

Na kilka dni przed premierą Manon Lescaut można było usłyszeć w telewizyjnym „Qadransie Qltury” z ust rozemocjonowanej niewiasty w modnych okularach (przepraszam za słowo „niewiasta”, ale przecież nie „dziennikarki”), iż już za chwilę w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej czeka nas premiera nowego dzieła operowego Mariusza Trelińskiego. Miałem ochotę zastukać w telewizor i zapytać „a Puccini?”. Niestety, zapowiedź była prawdziwa. Spektakl ten jest kolejnym przykładem, który potwierdza tezę, że bez dyrygenta, który rozumie muzykę i bez śpiewaków operowych dobrej miary, opera zamienia się w puste dzieło reżysera. Puccini na premierę nie dojechał. I tak jak tandetne porno zabija erotyzm, tak tandetne dzieło reżyserskie, nie poparte dobrym wykonaniem muzycznym, zabija operę.

Kiedyś szło się do opery, bo dyrygował X lub śpiewał Y. Opera pod dyrekcją świetnego dyrygenta gwarantowała nie tylko właściwe doznania muzyczne, ale również wysoką jakość śpiewu, gdyż dobry dyrygent współpracował z dobrymi śpiewakami. Reżyseria była nieistotna. A w zasadzie, przepraszam, reżyseria wspomagała spektakl, to reżyser był nieistotny. Dziś nieistotni są niestety dyrygenci i śpiewacy. Nieistotna jest muzyka, kompozytor, nawet libretto. Dziś to dzieło reżysera. Tylko czy reżyser musi aż tak psuć operę? Tylko niech nikt nie mówi o nowoczesności wprowadzanej przez reżyserów do skostniałej opery – tak żenującej gry aktorskiej, jak u występujących w najnowszej Manon Lescaut śpiewaków, już dawno nie widziałem na warszawskiej scenie. Jeżeli łapanie się za głowę na „O!” jest wybitną (i w zasadzie jedyną) techniką pokazywania emocji, to niejeden „bastion opery” był niczym Laurence Oliviere. U „bastionów” jednak brak gry aktorskiej nie przeszkadzał, bo śpiewali i to przez duże „Ś”.

A. Echalaz (Manon),  T. Arancam (Des Grieux) (fot. K. Walkowska)

A. Echalaz (Manon), T. Arancam (Des Grieux) (fot. K. Walkowska)

W najnowszej warszawskiej inscenizacji reżyser artystom nie pomagał. Jak można zbudować postać Manon, jeśli ma ona od początku być zblazowaną pannicą, palącą papierosa za papierosem i popijającą drinki – no może rzeczywiście w II akcie widzimy, że się stacza jeszcze bardziej – zaczyna brać narkotyki. Obleśny, stary Geronte, żeby biedni widzowie nie mieli co do jego demoralizacji wątpliwości, w II akcie ujawnia, że pod ubraniem chowa damskie pończochy, a o podeszłym wieku czyhającego na młodziutką Manon rozpustnika – dla tych mniej domyślnych – ma pewnie świadczyć dyndająca przy marynarce maska tlenowa. Istotnym elementem akcji, która w całości rozgrywa się w metrze (paryskim, bowiem na ścianie widać jego plan), są kije golfowe, pojawiające się kilkakrotnie na scenie. To już druga, po Traviacie, inscenizacja Mariusza Trelińskiego wykorzystująca ten element – czyżby była to wskazówka, że golf jest teraz trendy (i to podwójnie – kijem posługuje się m.in. dziwaczny człowiek w białym golfie – postaci nie występujące oryginalnie w operze to kolejny, powtarzający się element w inscenizacjach tego reżysera). Czasem efekt jest komiczny – na przykład myśl, że młodzi kochankowie w I akcie uciekli metrem, wywołała u mnie uśmiech politowania. Nieczytelne dla mnie było zdublowanie w finale postaci Manon, między którymi miota się Des Greiux – a to jedną opuszcza, a to podchodzi do drugiej, one wchodzą i wychodzą – na scenie jest ruch, więc widz się nie znudzi. Ale czemu to ma służyć, kto tutaj ma mieć rozdwojenie jaźni? I po co? Trzeba chyba też wspomnieć o tarzających się po scenie półnagich dziewczynach, które nasunęły mi smutne refleksje, o których wspomniałem na początku tego tekstu – czy już na każdej premierze będziemy oglądać nagie damskie biusty? To już w teatrach na Zachodzie dawno było… i już dawno się znudziło. I jak tu przyprowadzić młodzież do teatru, jak podejmować się edukacji muzycznej? Tak jak blokuje się dzieciom dostęp do niektórych stron w Internecie, tak nie wolno przyprowadzać ich do Opery Narodowej – i to z tych samych powodów – pewnych scen w pewnym wieku oglądać się nie powinno. Może należałoby zacząć oznaczać spektakle operowe informacją, od ilu lat są dozwolone…

Inny problem – po raz kolejny w książce programowej TW-ON można przeczytać autorską wersję historii opery, którą oglądamy na scenie – jakże rozkosznie w klimacie spektaklu brzmią takie zdania jak: Jej obecność zaczyna się konkretyzować, Nagle z tłumu, jak zaburzenie wzrokowe, jak szum powidokowych pożądań wyłania się Ona czy Tańczy na gruzach wyobrażonego… I dlaczego w „tłumaczeniu” pełnego tekstu libretta (na początku tekstu zaznaczono, że akcja rozgrywa się w drugiej połowie XVIII wieku) Geronte mówi: Zamówię samochód.

Podsumowując – to co się działo na scenie, było zazwyczaj wbrew muzyce i librettu, w najlepszym przypadku gdzieś obok. Nie rekompensowało tego niestety wykonanie muzyczne, w większości żenująco żadne.

Najgorsze wrażenie zrobił na mnie Thiago Arancam – Des Grieux – brzmiał – na ile docierał do mnie jego ściśnięty głos – raczej jak piosenkarz popowy, który nigdy nie miał lekcji śpiewu. Czy nikt już nie przesłuchuje śpiewaków przed zaoferowaniem im kontraktu w operze, czy też w warszawskiej operze wybiera się artystów do roli według wyglądu, po obejrzeniu zdjęcia? W trakcie spektaklu, dla rozrywki fantazjowałem, że może podczas prób połknął piłeczkę golfową, i ta, tkwiąc w jego krtani, uniemożliwiała mu wydobycie dźwięku, a z powodu jej braku kije golfowe musiały posłużyć do niezbyt szlachetnych celów.

Amanda Echalez – Manon – początkowo również nie sprawiła dobrego wrażenia, choć w drugim akcie już się rozśpiewała i nawet przyjemnie było posłuchać finału w jej wykonaniu, ale miło byłoby mieć Manon przez cały spektakl.

Ku mojemu zaskoczeniu, najmniej zły w tym spektaklu spośród wykonawców głównych ról był Mikołaj Zalasiński – Lescaut – choć także główną zaletą jego wykonania było to, że było go przede wszystkim słychać, starał się też wykrzesać jakieś emocje ze swego śpiewu.

Pewne pocieszenie stanowił chór i – chwilami – orkiestra, ale z kanału za sprawą dyrygenta wiało nudą, nie sposób było doczekać się nawet odrobiny emocji, więc to jak jaskółka – wiosny nie czyni.

Wrażeń widzom najwidoczniej miała dostarczać jedynie scena, ale nie są to jednak emocje na miarę ludzi, który do opery chcieli by przyjść… na operę. Na Pucciniego. Tak po prostu.

 

Podyskutuj na forum