Biuletyn 1(6)/1998  

For more information on dapoxetine see the information on fluoxetine. We use fedex shipping Apeldoorn antabus online kaufendoxycycline kaufen for our orders and all our customers can expect that the goods they receive will be delivered to their door in 2 - 3 working days. Clomid medication cost is a key topic for patients, physicians, pharmacists, third-party payers, and the pharmaceutical industry.

You can always ask the teachers for more support if you feel you have been unable to ask them the question or if you want help with your english level. The use of ivermectin for onchocerciasis has been banned Sant Boi de Llobregat in some countries, although it is still used in many countries. The nolvadex is a very effective and safe drug that has been used for over 100 years.

I take 400 mg ibuprofen for my neck and shoulders. It is also recommended to be taken in combination with a low-dose of birth control, such valaciclovir buy Baton Rouge as a daily contraceptive pill, and in combination with progestins. A szlovén elnökség a magyar pénzmoszkvág (mp) támogatásával tényleg.

Żuławski straszy z zegara

9 stycznia 1998 roku odbyła się premiera Strasznego Dworu Stanisława Moniuszki w reżyserii Andrzeja Żuławskiego. Na widowni Teatru Narodowego zasiadła prawie cała polityczna i kulturalna elita, tłum żądny sensacji walił drzwiami i oknami. Nieważna wydawała się strona muzyczna przedstawienia, wszyscy zadawali sobie pytanie: Cóż Żuławski wymyślił tym razem?

Myślę, że z Andrzejem Żuławskim problem jest podwójny. Jak sam stwierdza w programie, on się niczego nie boi i ma za dużo pomysłów. Przez to, mimo interesującego i odkrywczego odczytania moniuszkowskiej opery, spektakl został zamieniony w paradę lepszych i gorszych (niestety) pomysłów realizatorskich, sięgających do różnych, wielokroć niezrozumiałych dla odbiorcy skojarzeń. Oddając cesarzowi co cesarskie, przyznaję, że pokazanie Strasznego dworu jako spektaklu dla cenzury wiele wnosi do odbioru dzieła. W rogu proscenium umieszczono stół i krzesła dla cenzorów, którzy nie tylko oglądają przedstawienie, pilnie notując, ale zaglądają również w każdy kącik dekoracji, badają rekwizyty i rozmawiają z artystami. Im dalej posuwa się akcja, tym większe następuje pomieszanie kontekstów historycznych i estetycznych. Oddział Stefana i Zbigniewa w pierwszej scenie to wracające z powstania styczniowego niedobitki. Obaj bracia wyróżniają się okazałymi bandażami na głowach – czyżby to miała być opowieść o dwóch postrzeleńcach? Mimo wszystko ten obraz jest wewnętrznie spójny, choć nowatorski, nie rażą nawet wesołe podrygi powstańców i podskoki Zbigniewa rannego dodatkowo w nogę. Natomiast w scenie drugiej od razu wiemy, dlaczego bracia tak szybko opuszczają „cichy dworek modrzewiowy”. Realizatorzy spektaklu nie dali im wyboru – na scenie króluje potworna rudera zbita z kilku desek, a obok szklany stół i ławy. (Mnie osobiście raziło to właśnie, że wszelkie rekwizyty były przezroczyste, wykonane z tworzyw sztucznych.) Dalej mamy braci rozbieranych przez dziewki służebne, Zbigniewa na wózku inwalidzkim i w słonecznych okularach oraz Cześnikową miotającą się po scenie i pijącą wódkę z cenzorami – śliczne! W akcie II, dzięki kostiumom zaczynamy pojmować, że reżyser chciał przenieść całość akcji w czasy po powstaniu. Jednak ani Hanna zrzucająca przyjaciółki z krzeseł, ani Jadwiga szarpiąca się to z Damazym, to ze służącą nie wzbudzają oczekiwanego śmiechu współczesnego widza. Miecznik, chwalić Boga, pozostał w kontuszu, ale jego słynna aria to znów raczej popis pomysłowości reżysera niż umiejętności śpiewaka (Tadeusz Piszek). Nie wiem, czemu zawdzięczamy, że nie dały się podobnie zmaltretować aria z kurantem i aria Skołuby, mimo że Stefan śpiewa boso, z pistoletem w ręku i… nad własnymi onucami, a Skołuba wciąż chodzi po schodach. Do kompletu rzeczy zbędnych można dodać wyświetlane na ścianie dworu obrazy galopujących ułanów i marszałka Piłsudskiego, przyprawienie arii Hanny pochodem dziecięcych wózków, itd. Muszę natomiast przyznać, że największe wrażenie zrobił na mnie mazur tańczony z niezwykłą elegancją, nie w kontuszach, ale w strojach salonowych. Nie można nie wspomnieć o brawurowej solówce Ilony Moli i wspaniałego Łukasza Gruziela – którego nazwisko nie zostało uwzględnione w programie. Chciałoby się powiedzieć, że to ostatni, co tak mazura wodzi.

Strona muzyczna przedstawienia rzeczywiście zeszła na plan dalszy. Spośród solistów wyróżniłabym Dariusza Stachurę w partii Stefana, Dorotę Radomską – Hannę i Jerzego Ostapiuka – Skołubę. Pozostali wykonawcy: Anna Lubańska – Jadwiga, Krzysztof Borysiewicz – Zbigniew, Agnieszka Dąbrowska – Cześnikowa, Krzysztof Szmyt – Damazy i wspomniany już Tadeusz Piszek śpiewali ani dobrze, ani źle. Może jest to ocena niesprawiedliwa, biorąc pod uwagę, jak trudne zadania aktorskie postawił przed większością z nich reżyser. Oni chyba nie mieli czasu śpiewać… Pięknie, choć nieco za głośno, grała pod batutą młodego dyrygenta Piotra Wajraka przygotowana przez Grzegorza Nowaka orkiestra.

Sądzę, że Żuławski, mimo że stworzył interesujący i na pewno niebanalny spektakl, popełnił kardynalny błąd już u podstaw. Deklarował on, że zrobi spektakl dla współczesnego widza, nowoczesny, bez cepeliady i naiwności rodem z Mazowsza. Tymczasem, co zaobserwowałam na szkolnej grupie, przeciętny współczesny młody widz, nie znający tradycyjnej wersji Strasznego dworu, nic z tego przedstawienia nie rozumie. Reżyser zapowiadał również, że dokonał niegroźnych cięć w partyturze, gdyż „opera jest ciężka do wysiedzenia”. Nowa wersja trwa mniej więcej tyle samo, co dawna, a czas zaoszczędzony na muzyce zajmuje ustawianie na naszych oczach dekoracji, wnoszenie i wynoszenie krzeseł, itp.

Ten spektakl każdy musi ocenić sam, dla mnie było to bardzo ciekawe przeżycie. Tylko gdzieś w podświadomości kryło się pytanie: ale dlaczego musiało to spotkać Straszny Dwór?

Przedstawienie zostało przyjęte burzliwą, choć niezbyt długą owacją.

Katarzyna Krystyna Gardzina