Biuletyn 2(7)/1998  

Levitra (ancient roman) or levatestra (english) also levitoestra, levitra, levitrata (in italian) or leviterita (in spanish), is an erectile dysfunction medicine for sale that belongs to the class of drugs called serotonin reuptake inhibitors (5-ht3 receptor antagonists) and is marketed by pfizer.levitra is a diltiazem with potent arterial vasodilating properties for the treatment of angina, coronary heart disease, and stroke, is also used for the treatment of hypertension and erectile dysfunction. It may be prescribed for short-term pain relief for conditions such as inflammatory bowel disease, ulcerative strivingly colitis, rheumatoid arthritis or osteoarthritis. It's not like the doctor's office where you just take your blood pressure and that's it.

You have the right to ask the investigator to stop a clinical trial before it is completed. Taken Papanasam 3 tablets a day, it is generally well tolerated. At buy clomid cheap we offer clomid cheap and best offer for sale clomid worldwide.

Tamoxifen can be bought over-the-counter, and it is often recommended for purchase as a prescription drug. Plaquenil was initially developed Smolyan for the treatment of bipolar ii (bdii) disorders. The price of clomid and price of megrin online are low but the products are good.

Spotkanie z Ryszardem Karczykowskim
21 marca 1998

Spotkanie z Panem Ryszardem Karczykowskim rozpoczęliśmy od odczytania listu Pani Małgorzaty Rakowskiej-Kucał z Krakowa. Oto jego fragmenty:

Drodzy Klubowicze!

Przesyłam Wam pozdrowienia z Krakowa i na gorąco chcę się z Wami podzielić wrażeniami z koncertu Ryszarda Karczykowskiego. Już dawno Filharmonia Krakowska nie gościła tak wspaniałego wykonawcy, a przy tym orkiestra potrafiła się zmobilizować i zagrać tak, że aż miło było słuchać. Na pewno to zasługa młodego Włocha, Aurelio Camonici. A Ryszard Karczykowski – nie trzeba wiele pisać – wspaniały głos. Ja osobiście pierwszy raz zetknęłam się z Nim „na żywo”. Po koncercie pozwoliłyśmy sobie złożyć w imieniu krakowskich klubowiczów kwiaty i podziękowania. Publiczność krakowska aplauzem i owacjami na stojąco żegnała Pana Ryszarda – wspaniała uczta, chciałoby się westchnąć, oby częściej. Szkoda, że czas tak szybko leci, można by słuchać do rana… Nic nie zastąpi koncertu na żywo, nawet najlepsze nagranie, sprzęt, itp. Jeszcze raz dziękujemy Panu Karczykowskiemu, proszę przesłać Mu nasze najlepsze życzenia i podziękowania, gdy będzie 21 marca na spotkaniu. Ja nie mogę przybyć, dlatego tym bardziej cenię sobie ten wspaniały koncert. Pozdrowienia dla Klubowiczów.

Dla wszystkich Klubowiczów spotkanie z Ryszardem Karczykowskim było ogromnym przeżyciem. Przekonaliśmy się, że jest on niezwykle miły, sympatyczny i bardzo bezpośredni. Czuliśmy się jak na spotkaniu ze starym znajomym. Śpiewak opowiadał o sobie tak, że nie można było słuchać bez zainteresowania. Ponieważ nie wszyscy Klubowicze mogli przybyć na warszawskie spotkanie, zamieszczamy fragmenty wypowiedzi artysty. Oczywiście nie sposób przekazać tu atmosfery spotkania i niezwykle żywego sposobu narracji.

  • Bardzo dziękuję za zaproszenie. Jestem zaskoczony i autentycznie wzruszony, jest mi niezmiernie miło spotkać się z Państwem. Polska jest bowiem nadal krajem, w którym artystów nie hołubi się szczególnie, a i warunki „pracy w kulturze” są bardzo trudne. Z tym większą radością przyjąłem zaproszenie.
  • Zawsze, występując wiele lat na scenach zagranicznych, czułem się Polakiem. Zawsze nazywałem się Karczykowski, mimo, że wiele osób sugerowało, aby zmienić nazwisko na „bardziej światowe”.
  • Jako chłopiec bardzo ładnie śpiewałem sopranem i miałem pójść do chóru Stuligrosza, ale ponieważ jestem jedynakiem (urodziłem się w małym mieście, Tczewie, niedaleko Gdańska) rodzice nie puścili mnie do dalekiego Poznania. Po mutacji niewiele z mojego głosu zostało, był to bardzo krótki tenor bez wysokich dźwięków. Postanowiłem jednak kontynuować szkołę muzyczną. Natomiast aby mieć jakiś „dobry zawód” postanowiłem iść na medycynę, ale nie po to, by zostać lekarzem, tylko żeby konstruować urządzenia medyczne (podobno miałem jakieś zdolności techniczne, byłem majsterkowiczem). Ale proszę sobie wyobrazić pierwszy kontakt ze szpitalem, formaliną, z nieboszczykami. Dla mojej duszy artysty nie było to przyjemne i nie było to proste. Zostawiłem medycynę po roku, wziąłem urlop dziekański. Naukę śpiewu kontynuowałem u pani Haliny Mickiewiczówny, śpiewałem w chórze Opery Bałtyckiej, gdzie zaangażowano mnie do drugich tenorów. Najczęściej w Polsce tak jest, że jak w jakimś teatrze jest się chórzystą, to nie zostaje się w nim solistą. Szukałem więc szczęścia, stawałem na przesłuchania, chciałem się dalej uczyć. Pojechałem do Szczecina, gdzie zostałem przyjęty (angażował mnie ojciec Grażyny Brodzińskiej). Na początku wystawialiśmy operetkę Lehara Paganini. Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy oglądałem obsadę i zobaczyłem, że mam wykonywać partię Chłopa. Nie znałem Paganiniego, poszedłem więc do biblioteki. Po przejrzeniu partytury okazało się, że ja tam nie mam nic do śpiewania. Proszę sobie wyobrazić śpiewaka z opery, który poszedł do operetki i nic nie śpiewa! Moja pierwsza kwestia: Kto tak pięknie gra na skrzypcach! – oto cała rola Chłopa.
  • Pierwszą moją rolą „śpiewaną” był Fryderyk w My Fair Lady. Usłyszałem wtedy największy komplement mojego życia, reżyser powiedział mi: No, będzie coś z Ciebie chłopcze!
  • Po trzech latach trochę się rozwinąłem, dwukrotnie wygrywałem plebiscyt Kuriera Szczecińskiego na najbardziej popularnego aktora teatru muzycznego (razem z panem Kopiczyńskim). Chciałem śpiewać w operze, ale w Polsce dalej nikt mnie nie chciał zaangażować, zatem jedyną możliwością było udać się na tułaczkę za granicę. Wsiadłem na skuter marki OSA (z panią, która mówiła po niemiecku) i pojechałem 150 km do tzw. Biura Skierowań Na Scenę. Dostałem trzy propozycje z różnych teatrów, gdzie były wolne miejsca dla tenora. Pojechałem do Dessau i tak zaczął się następny etap mojej edukacji – pierwszą partią operową był Arlekin w Pajacach.
  • W każdym z miast, w których byłem (potem zacząłem jeszcze studiować reżyserię) szukałem pedagogów; uważam, że każdy z nich mi coś przekazał. Barwa głosu jest na pewno wrodzona, ale nauczyć się grać na własnym instrumencie jest sprawą niebywale trudną. Jestem zwolennikiem dokładnego poznania swojego instrumentu, tzn. techniki. Dla mnie to jest profesjonalizm. Ja wiem, co robię i to nie jest kwestią przypadku. Ryknąć – każdy może.
  • Zrobiłem Czarodziejski flet w Teatrze Muzycznym Roma – aby zachęcić dzieci i młodzież, aby ułatwić im pierwszy kontakt z operą. Bo np. Jaś i Małgosia to piękna bajka, ale muzyka jest dla dzieci być może za trudna, za ciężka – to prawie Wagner. A cóż jest piękniejszego niż historia o miłości z muzyką Mozarta?
  • Jestem wielkim przyjacielem Dwójki, bardzo boleję, że jej prawie nie ma.
  • Bal w Operze Wiedeńskiej – można tam wystąpić tylko raz. W tym roku obok mnie śpiewała znana Państwu Hasmik Papian.
  • Uważam, że kto kocha muzykę, kto kocha śpiew, nie może być zły. To kwestia wrażliwości.
  • Interpretacja u śpiewaka polega na przekazie – na opowieści. Często śpiewacy o głosach lirycznych są bardzo niecierpliwi i chcą od razu śpiewać Radamesa albo Kalafa. Ja dopiero parę lat temu zaśpiewałem Cavaradossiego w Tosce. A Radamesa być może nigdy nie zaśpiewam, nie mam takiego materiału; co z tego, że poradzę sobie technicznie i odśpiewam nuty? Ale to nie będzie Radames. Nie śpiewam zbyt mocnych dla mnie partii i dlatego śpiewam już 36 lat. W Teatrze Wielkim, 30 maja, odbędzie się najprawdopodobniej (bo w Polsce nigdy nic nie wiadomo na pewno) mój koncert – recital arii operowych – z chórem i orkiestrą. Serdecznie zapraszam.

    W rozmowie z Panem Ryszardem Karczykowskim pojawiło się jeszcze wiele interesujących tematów, mamy nadzieję, że uda nam się w przyszłości przeprowadzić szczegółową rozmowę ze śpiewakiem i przedstawić ją czytelnikom Biuletynu.

    Serdecznie dziękujemy Panu Ryszardowi Karczykowskiemu, że zaszczycił nas swoją obecnością.

    (TP)