Biuletyn 3(8)/1998  

Dobry smak i jego brak

Przeczytałem w zeszłym numerze Biuletynu artykuł Moniki Pulik pt. Don Giovanni czyli seks w operze. Tytuł wzbudza zaciekawienie, choć problem seksu moim zdaniem został faktycznie poruszony w historii opery dopiero w Lulu Berga. Autorka jednak pisze w superlatywach o inscenizacji Adama Hanuszkiewicza na premierowym przedstawieniu (7.02.98) Don Giovanniego Mozarta w Teatrze Wielkim w Łodzi.

Nie byłem wprawdzie na tym przedstawieniu, ale jego opis jest zgodny z tym, czego się spodziewałem. Ponieważ reżyserował Hanuszkiewicz, nie mogła być to opera normalna. Musiała być udziwniona, czym tylko się dało. Miałem okazję parę razy być na operach w jego inscenizacji, więc wiem, jaki tu działa schemat. Stara matryca nakładana jest wciąż w ten sam sposób. Znam to, znam. Rzecz dzieje się tu i teraz, a nie w jakiejś XVIII-wiecznej Sewilii – mówił Hanuszkiewicz. Tylko że w takim razie nie ma już Mozarta, nie ma owego niepowtarzalnego nastroju. Stary chwyt. Mozart śmiałby się z tego – uważa reżyser. Ale z czego? Konkretnie – z czego? Z domu publicznego na scenie?

Nie oskarżam tu Hanuszkiewicza – jak pisze autorka artykułu o jego wrogach – o prowokację, profanację, demoralizowanie itd. Reżyser, który nie potrafi odróżnić, co powinno być śmieszne, co ma mieć wydźwięk tragiczny, a co ma przynieść widzowi duchowe ukojenie, nie jest reżyserem. Nastroje, wywoływanie najsubtelniejszych uczuć, przywoływanie do życia minionej epoki z całą jej niezwykłością obcą naszemu powszedniemu życiu – to zadanie reżysera. I jest to zadanie trudne, bo tu trzeba znać się na rzeczy, znać dzieło, jego autora, problematykę, okoliczności powstania itp. Hanuszkiewicz idzie po najmniejszej linii oporu – ma swoje dwie wypróbowane metody. Tam, gdzie nie ma się z czego śmiać, stosuje wszelkie udziwnienia, np. pojazdy na scenie, niedorzeczne stroje, podskakiwania czy głupie uśmiechy. Druga metoda działania, sprzęgnięta z pierwszą, jest równie prosta – szokowanie na wszelkie sposoby. Szczególnie tam, gdzie scena jest poważna i głęboka, należy ją spłycić i strywializować. Pamiętam, jak byłem kiedyś na premierowym spektaklu Otella Verdiego w Operze Wrocławskiej, właśnie w reżyserii Hanuszkiewicza. I cóż? Wyszedłem po pierwszym akcie. Jeśli mam oglądać Jagona w skórzanej kurtce na tle kawałków samochodu, to lepiej, jeśli sobie posłucham nagrania w domu. Nie wyszedłem wzburzony profanacją czy prowokacją, tylko po prostu pokiwałem głową z pobłażaniem. Nie chodzi o to, że wybitne dzieło, które bardzo cenię, zostało przez kogoś zbezczeszczone. Chodzi o – eufemistycznie ujmując – brak dobrego smaku. Niektóre realizacje Hanuszkiewicza dadzą się moim zdaniem porównać do komercyjnych serialików telewizyjnych, w których puszczany co chwilę z taśmy zbiorowy śmiech wskazuje widzowi, kiedy należy się zaśmiać. Dzieło zostaje wyprane z subtelności, odarte z własnego charakteru. Śmieszne? Skórzana kurtka Leporella w Don Giovannim to powtórka z Otella, samochód w Otellu jest repliką z dawnej Balladyny Słowackiego, w której Goplana niezwykle wszystkich zaszokowała jazdą na motocyklu. Następnym razem także możemy się spodziewać powtórki z rozrywki – może nart i deskorolek, może samolotów i rakiet i wielu, wielu śmiałych, nowatorskich pomysłów.

Nie gorszę się wcale tematem seksu w operze. Owszem, chciałbym zobaczyć operę, w której ten temat jest poruszony, ale takich dzieł jest bardzo mało – to raczej domena operetki (którą bynajmniej nie pogardzam). Jeśli jednak w utworze brak danego tematu, to nie można go wciskać na siłę i jeszcze podkreślać. Taki nowotwór, mający śmieszyć lub szokować, jest nie tylko w złym guście. Jest przede wszystkim infantylny – cały zamysł dzieła zostaje tu wypaczony i zdeformowany przez osobowość przekornego dziecka.

Absolutnie nie uważam, że wesołość, humor i radość życia mają być „podejrzane” czy „tandetne”, a powaga ma być utożsamiana z wysoką kulturą. Ale nie wszystko w jednym worku. Hanuszkiewicz nie potrafi wywołać subtelnego uśmiechu. Pamiętam, ileż to razy w operze jakieś szczegóły, niuanse wykonania czy inscenizacji wywoływały lekki uśmiech na mojej twarzy i wielką radość, że odbieram dzieło całą duszą! Uśmiechałem się, nawet sam do siebie, choć nikt mi nie kazał. Ileż to razy śmiałem się na przedstawieniach oper komicznych, śmiałem się śmiechem serdecznym! W realizacjach Hanuszkiewicza śmiech jest narzucany odgórnie; wręcz boję się, że jeśli nie będę się śmiał, to zostanę wyśmiany. Takie kuriozalne przedstawienia wywołują niechęć wśród wielu widzów. Zdarzało się nawet, że znajome mi osoby rezygnowały z pójścia do opery, gdy tylko powiedziałem: Ale uwaga, to robił Hanuszkiewicz.

Aby nie poprzestać na własnych sądach, pozwolę sobie dokładnie zacytować fragment z prasowej recenzji Strasznego dworu w Operze Wrocławskiej (22.VI. 96), autorstwa Doroty Szwarcman. Reżyserię „Strasznego dworu” powierzono Adamowi Hanuszkiewiczowi. Z Operą Wrocławską zrealizował już m.in. „Otella” i „Traviatę” Verdiego. W operowym repertuarze narodowym był to jego debiut. Jak na siebie, potraktował rzecz dość łagodnie: z wyjątkiem białych lajkoników w mazurze nie było na scenie żadnych pojazdów. Teatralnych absurdów i wątpliwej jakości gagów było jednak co niemiara.

Już w prologu, gdy główni bohaterowie Stefan i Zbigniew żegnając się ze swymi towarzyszami składają „kawalerskie śluby”, pojawiają się dziewczęta w czapkach z piórami, machające nóżkami jak girlaski. Gdy mężczyźni śpiewają „nie masz niewiast w naszej chacie”, dziewczęta jeżdżą na nich „na barana”. Kobiety zachowują się infantylnie, ilekroć ukazują się na scenie – klaszczą w rączki, bawią się w drobną kaszkę, grają w łapki. Jadwiga podczas swej Dumki wykonuje jakieś sztuczne gesty. Nagle, za sprawą inwencji Hanuszkiewicza, wbiega Zbigniew ze sznurem. Jadwiga zaprzęga go i, gdy ten galopuje po scenie, śpiewa dalej. Gdy obie z Hanną udają prababki na portretach w „strasznym dworze”, mierzą z pistoletów lub smarkają głośno w chustki. (Gazeta Dolnośląska)

Opis ten doskonale oddaje klimat spektaklu Hanuszkiewicza, z całą jego nienormalnością. Zrezygnowałem już z chodzenia na tego typu przedstawienia. Zrezygnowałem, bo zbyt kocham operę. Śmiem twierdzić, że mam dość wyrobiony „smak operowy', abym mógł się tu wypowiadać. Elementy obce niszczą strukturę dzieła, a zupełnie ją burzą, jeśli są wzięte ni z gruszki, ni z pietruszki. Owszem, można czasami zamieścić w operze jakąś aluzję do współczesności, ale musi to być niezwykle subtelne – w podtekście. Można też dodać kuplety do śpiewogry czy opery komicznej (podobała mi się taka wersja Cudu mniemanego w Teatrze Narodowym). Ale trzeba to umieć zrobić i znać operę. Tymczasem mam wrażenie, że gdyby podać panu Hanuszkiewiczowi najwyszukańsze nawet wino, dolałby do niego coca-coli. Znam wiele osób, które to praktykują. No cóż – de gustibus. Ale Hanuszkiewicz, choćby chciał być nawet największym nowatorem, nie wywoła w operze wojny na parasole, bo do tego trzeba być Strawińskim.

Wojciech Kral


O szkodliwości Adama Hanuszkiewicza

Zdaję sobie sprawę, że Adam Hanuszkiewicz ze swoimi dokonaniami artystycznymi jest postacią kontrowersyjną i budzi wiele emocji (dlatego też m.in. interesuję się nim jako artystą nietuzinkowym). Nie dziwię się więc, że Pan Wojciech Kral przedstawia swoją krytykę operowej reżyserii Adama Hanuszkiewicza, krytykę, którą oczywiście szanuję.

Moja niesforna natura nie może się jednak powstrzymać od pewnego komentarza w formie przytoczenia artykułu Zdzisława Pietrasika, zamieszczonego w programie Don Giovanniego. Artykuł ten dotyczy wprawdzie działalności Hanuszkiewicza na niwie teatru dramatycznego. Ale opera to przecież specyficzny rodzaj teatru, tym bardziej że nie należy tzw. opery traktować jako zwykłego teatru, któremu przydano muzykę, lecz, przeciwnie, ten ostatni uznać za operę, której muzykę odebrano (Bronisław Horowicz, Teatr operowy, PIW 1963, str.161). Poza tym sprawy ogólnie pojętej kultury są nam wszystkim nieobce, więc proponuję zapoznać się z artykułem – uzupełnionym o postscriptum mojego autorstwa – który niech będzie komentarzem, dotyczącym wypowiedzi Pana Wojciecha Krala.

Adama Hanuszkiewicza można podsumować krótko: źle się przysłużył teatrowi polskiemu, mącąc, tłumiąc i prowokując. Życie teatralne w Polsce wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby nie on. Byłoby spokojniejsze, zacniejsze, bardziej pogodne. Tak jest, Hanuszkiewicz szkodził i to na wielu polach, co trzeba mu wreszcie wypomnieć. [.]

Profanacja Teatru Narodowego. Adam Hanuszkiewicz nie chciał przyjąć do wiadomości, że narodowa scena jest przeznaczona do nudnej klasyki przedstawionej w nudny sposób dla widowni sprowadzonej metodami administracyjnymi. Teatr Narodowy za rządów Hanuszkiewicza stał się, o zgrozo, najbardziej modnym teatrem w Polsce, do którego chodziło się całkiem dobrowolnie. [.]

Zamęt w kanonie klasyki polskiej. Hanuszkiewicz tak namącił w kanonie narodowej klasyki, że niektóre rozdziały w podręcznikach historii literatury polskiej dla szkół średnich i wyższych należało pisać od nowa. Szkoda czasu uczonych i papieru. Wszelkie hierarchie są bowiem po to ustanawiane, żeby ich nie mącić. Przed Hanuszkiewiczem nikt nie słyszał o „Wacława dziejach” i tak być powinno. Mało to tytułów musi wkuć licealista przed maturą, po co mu jeszcze dokładać. Albo Morsztyny czy Trembeccy. Przecież ich miejsce jest w historii literatury, i to w rozdziałach, do których się nie zagląda, nie na scenie. A Hanuszkiewicz ich wyciąga i każe polszczyznę podziwiać. [.]

Pisanie sztuk za autorów. Tu już Hanuszkiewicz wyraźnie przesadził. Przecież czcigodny autor na ogół się nieźle orientiwał, czy pisał na scenę, czy tylko do czytania. [.] Dobrze przynajmniej, że część zacniejszej krytyki oburzała się, kiedy Hanuszkiewicz przyprawiał na scenę niesceniczne teksty Norwida, Mickiewicza czy Kochanowskiego. A dlaczego nie zainteresował się np. współczesną, krajową dramaturgią, sztukami pisanymi w pocie czoła na konkursy dramaturgiczne, urządzane z okazji ważnych państwowych rocznic? Żyjący w zapomnieniu klasycy współczesnej dramaturgii polskiej nigdy mu tego nie zapomną.

Demoralizacja młodych aktorów polskich. Biedni byli ci młodzi aktorzy, którzy po ukończeniu wyższej szkoły dramatycznej musieli zatrudnić się w teatrze Adama Hanuszkiewicza. Szkoła nauczyła ich, jak wymawiać „ł” przedniojęzykowozębowe, jak ustawiać ciało względem widowni i siadać na otomanie, co było wiedzą wystarczającą do samej emerytury w normalnym teatrze. Ale nie u Hanuszkiewicza, który z upodobaniem znęcał się nad młodymi, bezbronnymi ludźmi. Kazał im śpiewać i tańczyć [.], wchodzić wysoko na drabinę, jeździć na hondach itp. – i to na oczach kompletu widzów, co było dla młodych aktorów dodatkową udręką. Już nie wspominając o tym, że będąc dyrektorem-dyktatorem kazał niedoświadczonym adeptom grać Hamletów, Wacławów, Balladyny. [.]

Psucie obyczajów telewizyjnych. Po godzinach Hanuszkiewicz dorabiał w telewizji, czyniąc tym wiele złego [.]. Mianowicie Hanuszkiewicz upierał sie, że teatr telewizji to zupełnie co innego, niż teatr pudełkowy, dlatego wymaga odrębnej stylistyki i nawet innej gry aktorów, pokazywanych widzowi z bliska. Potem innych reżyserów zmuszano do podobnych praktyk i zdezorientowani krytycy pisali nawet o fenomenie teatru polskiej telewizji, z którym żadna telewizja europejska nie może się równać. [.]

Fatalny wpływ na młodą krytykę polską. Młoda krytyka polska nie znosi Adama Hanuszkiewicza po pierwsze dlatego, że musi go nie znosić, a nie od razu wie – dlaczego. Każdy wchodzący do teatralnego salonu stolicy świeżo upieczony krytyk musi napisać paszkwil na Hanuszkiewicza, inaczej nie zostanie przyjęty. A skąd brać nowe pomysły? O hondach, psach i drabinach ktoś już wcześniej napisał. Jest to zadanie tak interesujące, że niektórzy praktykanci po zaliczeniu testu w ogóle zniechęcają się do krytyki, stąd zastój w kadrach.

Wreszcie sama postać Adama Hanuszkiewicza – cóż to za wzór reżysera, a zwłaszcza teatru? Z takim wyglądem i temperamentem lepiej nadawałby się do show-biznesu girlaski na scenie ustawiać. Poważny dyrektor poważnego teatru powinien być staroświeckim urzędnikiem, w przedwojennym garniturze, mieć starą żonę i nienawidzić młodych za to, że są młodzi.

PS. Na dodatek zamiast siedzieć w kręgu teatru dramatycznego, Hanuszkiewicz przenosi swoje reżyserskie maniery na scenę operową, kalając jej dostojność i majestat oraz wykazując się przy tym brakiem dobrego smaku. Natomiast publiczność, o zgrozo, zamiast na hasło „Hanuszkiewicz” rezygnować z pójścia do opery, wali do niej tłumnie, przez co naraża teatr na jakiś tam zarobek, a cóż to za teatr operowy, który zarabia? Gdybym poszła na Don Giovanniego w innej reżyserii, zapewne siedziałabym jak zwykle na moim ulubionym miejscu w pierwszym rzędzie, a przez Hanuszkiewicza byłam zmuszona siedzieć po raz pierwszy w życiu na balkonie, kupując bilet na miesiąc przed premierą. Na dodatek Hanuszkiewicz jak magnes przyciąga do opery młodych ludzi, istnieje więc niebezpieczeństwo, że zainteresują się tą dziedziną sztuki (o czym przekonałam się, przeprowadzając sondę wśród młodych widzów Don Giovanniego) i zaczną chodzić do teatru, przez co nie tylko będą przez rówieśników uważani za dziwaków, ale i będą psuć statystyki widzów operowych, wśród których (zdaniem pewnego znanego polityka) najwięcej jest emerytowanych nauczycielek.

Słowem, szkodliwość Adama Hanuszkiewicza w teatrze operowym jest również ze wszech miar godna potępienia.

Monika Pulik