Biuletyn 3(8)/1998  

It is a synthetic analogue of the protein plasminogen, which is needed during blood coagulation and fibrinolysis to prevent blood clots. What i would like to say about this medication is http://spinecareforyou.com/foraminotomy/ that it makes me stronger. This type of infection usually occurs when the person has an injury or has a wound that hasn?

The generic medicines act like a substitute for the brand pills. J immunol Kang-neung 163:4107-4114, 1999; wo 95/25117; wo 95/28292, u.s. Zyprexa 200 mg tablets cost canada - zyprexa is a medicine used in the treatment of schizophrenia.

This means that if your pet has an infection and the antibiotics don't help, you will need to change the antibiotic. It https://partiesbyterrye.com/mitzvah/ is typically prescribed for women who are losing their ovaries or in whom infertility has been diagnosed. The no.1 reason for lost effectiveness is not following instructions.

Wiedeń, czerwiec 1998

I znowu znalazłam się w Wiedniu. Ponowne miłe spotkania z wiewiórkami i sikorkami (które nie mogły na mnie narzekać, bowiem z Polski przywiozłam im torby z orzeszkami i nasionkami słonecznika), a także z zachwycającymi, zwłaszcza w Volksgarten, różami, urzekającymi kolorami, wyglądem i zapachem. Cudowne spotkania z dziełami sztuki w bogatych muzeach oraz na wystawach czasowych (obejrzałam piękną wystawę „Od Moneta do Picassa” oraz oglądałam obrazy w Muzeum Akademii Sztuk Pięknych). Przede wszystkim zaś spotkania ze wspaniałą muzyką wykonywaną przez wybitnych instrumentalistów (tu np. krótki recital pianistek E. Leonskiej i K. Jordan, a także koncert organisty P. Planyawskyego w katedrze). Na placu przed moim ukochanym Ratuszem obejrzałam i wysłuchałam bardzo widowiskowego i sympatycznego koncertu wojskowych orkiestr dętych (m.in. Polnische Luftwaffe – brrr, jak to fatalnie brzmi). Ale oczywiście najważniejsze były dla mnie spotkania z cudowną orkiestrą, chórem i przede wszystkim ze znakomitymi śpiewakami operowymi w Staatsoper.

Na początku byłam na operze Le Prophéte (Prorok) Giacomo Meyerbeera. Niestety mogę ją określić w realizacji Staatsoper jedynym dosadnym słowem – chała, a bardziej eufemistycznie – satyra (słowo pamflet użyte w programie operowym brzmi zbyt pięknie i dumnie w stosunku do tego, co widziałam). Właściwie trudno powiedzieć, na co była to satyra i myślę, że realizatorzy Hans Neuenfels i Reinhard von der Thannen również dokładnie nie wiedzieli. W operze tej powiedzieli chyba wszystko, co nasunęło im się na myśl na zasadzie wolnych skojarzeń. Przede wszystkim było to chyba satyryczne spojrzenie na rządy prawdopodobnie w ZSRR, bo były sierpy i trepak, czapy i płaszcze futrzane oraz wykonywanie pieśni masowych. Początkowo to nagromadzenie nawet śmieszyło, potem zrobiło się tragicznie smutno i tragicznie nudno zarazem. Tym bardziej, że realizatorzy zupełnie zapomnieli, że to jest opera, a nie współczesny komiks czy teledysk i że przede wszystkim liczy się muzyka. Dlatego też już w połowie rozległo się buczenie pojedynczych widzów dających znać o swym niezadowoleniu. Ja również miałam ochotę pobuczeć sobie, ale żal mi było świetnych artystów, którzy wzięliby to do siebie. Realizacja mocno przekraczała dobry smak: byli i nadzy chłopi żebrzący z pomocą dzieci o chleb, tańczące zakonnice, wsadzane potem do trumny, jeżdżący na łyżworolkach ksiądz, pan wiszący na krzyżu, lekarze i pielęgniarki (te oczywiście z obowiązkowymi strzykawkami) w wyuzdanym tańcu (w końcu zresztą pielęgniarki przegrywają z zakrwawioną primabaleriną). W takim przedstawieniu były też konieczne punkowe fryzury oraz ciekawe ubiory, np. zwolennicy Proroka w futrach i baraniopodobnych czapach, których nagle (co z powodu panującego akurat upału wydaje się zupełnie uzasadnione) pozbywali się i pozostawali w bardzo twarzowych białych koszulach i kalesonkach. Okazało się, że zupełnie nie wiem do czego służy łóżko, a właściwie dwa łóżka. Służą one jako trybuny do dyskusji rodzinnych – po prostu matka i syn chcąc podyskutować ze sobą, wchodzą w butach na łóżko i ostro przedstawiają swoje poglądy. Z bzdur inscenizacji zapomniałabym wymienić białe gołąbki i wrony na kijach, złotego cielca oraz niezbędne diabły. Zupełnie bez sensu było dla mnie ciągłe wnoszenie i znoszenie ze sceny stołów, krzeseł i kamieni do siedzenia, co dodatkowo rozpraszało uwagę. Podziwiałam Plácida Domingo i współczułam mu jednocześnie, kiedy z ponadludzkim wysiłkiem sam wniósł pięć kamieni. Szybko jednak mój podziw rozwiał się, gdy diabły jednym nieznacznym ruchem zrzuciły je ze sceny. Był również telewizor, w którym najpierw widziało się walczących żołnierzy, a potem końcowy wybuch. Jedna krótka scena nawet trochę mi się podobała, chociaż mam wrażenie, że była mi dziwnie znajoma. A więc małżonkowie kochają się w swoich partnerach przedstawionych na ślubnym portrecie, głaszczą ich i całują, natomiast na siebie żywych patrzą z nienawiścią, kłócą się i biją. W pierwszej połowie przedstawienia najwięcej oklasków zebrała zupełnie zasłużenie, doskonała jak zwykle pod każdym względem, Agnes Baltsa, grająca matkę Proroka. Sądząc po burzliwych oklaskach, jej wspaniały i jedyny w swoim rodzaju głos oraz aktorstwo przemawiają nie tylko do mnie. Nie wiem dlaczego, mimo licznych wielbicieli Plácida Domingo nie klaskano po mistrzowsko przez niego wykonanej pierwszej arii, chyba w drugim akcie. Ocknęli się oni dopiero w przerwie przedstawienia po trzecim akcie i potem już swojemu idolowi bezustannie bili brawo. Niestrudzone jego wielbicielki traciły trzy czwarte ze swych lat i szalały jak nastolatki po każdym ukazaniu się Dominga na scenie (dwie takie sześćdziesięciolatki miałam przed sobą i był to bardzo sympatyczny widok). Plácido Domingo śpiewał swą rolę – nie tak wielką chociaż tytułową, ale bardzo wyczerpującą – pięknie i z dużym, jak zwykle, przejęciem i zapałem. Mogę jedynie trochę skrytykować jego sposób śpiewania piano, bardziej brzmiącego dla mnie jak szept, niż jak śpiew. Poza tym w razie nieznajomości libretta trudno było się zorientować z wyglądu i gry aktorskiej, że Baltsa i Domingo to nie jest para małżeńska, tylko matka i syn, a Viktoria Loukianetz to nie córka, lecz narzeczona Proroka. Ale tu może zbytnio czepiam się nieistotnych szczegółów. Loukianetz śpiewała ładnym sopranem koloraturowym, ale o małej głośności, co powodowało, że jej głos często niknął w grze orkiestry. Reasumując, mimo doskonałych i w świetnej formie głównych śpiewaków, całe to „nowoczesne” przedstawienie niezbyt mi się podobało, ale może po prostu jestem malkontentka i „konserwa”.

Następnie byłam na świetnym, stylowym przedstawieniu Włoszki w Algierze Gioacchina Rossiniego. Piękna scenografia i stroje zostały stworzone przez wybitnego Jean-Pierre Ponnelle’a. Doskonale i dowcipnie zaznaczył arabski styl typowo zdobionymi pięknymi łukami w architekturze oraz bufiastymi szarawarami, czarczafami i turbanami w ubiorze. Do spektaklu wprowadził wiele elementów komicznych z erotyczną nutką, opierając je na kanwie libretta. Nieodparcie śmiesznymi momentami są, gdy Izabella (Jennifer Larmore) suszy swoje rzeczy, kolejno zdejmując je z siebie, czym bardzo rozprasza przezabawnego Taddea (Alfred Šramek), który w związku z tym wciąż nie wywiązuje się z trzymania linki do suszenia, przywiązanej z drugiej strony do armaty. Zabawnie też jest, gdy tłuściutcy eunuchowie z dużymi brzuszkami, wychodzącymi z szarawarów, z nożami w rękach gonią bardzo wystraszonego Taddea udając, że chcą go wykastrować. Zabawny jest widok niewolnic, które karcone batem przez eunuchów wiercą w uwodzicielski sposób bitymi tyłeczkami tak, że razy spadają coraz rzadziej i są bardziej pieszczotą niż karą, lub gdy sprzątające niewolnice robią to w tak nieudolny sposób, że pilnujący ich eunuch, który chce im pokazać, jak się powinno sprzątać, sprząta całe pomieszczenie sam. Najwspanialszy i najkomiczniejszy jest Ruggiero Raimondi grający oczywiście samego beja Mustafę. Jego bas jest do tej roli idealny i śpiewa ją kapitalnie, dając przy tym popis gry aktorskiej. A jak świetnie i zarazem zabawnie tańczy! Uczony przez Izabellę, w jaki sposób powinno się jeść spaghetti, przezabawnie gubi się w tym zupełnie i rozrzuca makaron na siebie i innych. Doskonałą Izabellą, pełną wdzięku i o wielkiej energii i vis comica jest Jennifer Larmore z pięknym głosem o ciekawej barwie, równie świetna aktorsko. Przy śpiewaniu niskich tonów jej głos czasem jest dla mnie zbyt niski i mało dźwięczny, jakby matowy. Ładnie zaśpiewał Lindora świetny rossiniowski tenor Raul Gimenez. Cudownie dyrygował jak zwykle wspaniałą orkiestrą Bruno Campanella. Zawsze jestem zadziwiona tym, jak ta orkiestra w sposób mistrzowski gra jednego dnia Rossiniego, następnego Wagnera, a jeszcze kolejnego Verdiego.

Kolejnego dnia miałam strasznie twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad kupnem biletów na trzydniowy koncert Universe of Opera na stadionie Prateru z okazji 400 lat opery i z udziałem pięćdziesięciu gwiazd opery światowej (m.in. A. Baltsa, E. Gruberova, G. Bumbry, G. Jones, K. Ricciarelli, M. Zampieri, nasza S. Toczyska, G. Aragall, R. Kollo, A. Kraus, K. Rydl, S. Ramey, R. Scandiuzzi). Szybko mi to wybił z głowy pan sprzedający bilety, który powiedział, że gdy mnie nie stać na najdroższe, to kupno najtańszych nie ma sensu, bo nie będę ani nic słyszała, ani nic widziała. A w ogóle największy sens będzie miało, gdy za tę sumę kupię sobie płyty CD, które mają być na tym koncercie nagrane. Bardzo mnie to zdarzenie rozbawiło i biletów w końcu nie kupiłam.

Natomiast poszłam na kolejne przedstawienie do Staatsoper. Było to Złoto Renu Ryszarda Wagnera. Jest to cudowna, mistyczna muzyka, którą uwielbiam, natomiast mniej lubię sam śpiew. Orkiestra jak zwykle zachwycająca, tym razem dyrygował nią znakomity Donald Runnicles. Scenografia bardzo skromna, stroje czasem dziwne. Wotan miał opaskę na oku (wg mitologii Wotan był jednooki – przyp. red.), Loge miał marynarski mundur i biegał po scenie z ogromnym młotkiem, Freja zachowywała się i wyglądała jak Primavera w powiewnej szyfonowej sukieneczce z kwiatkami na zielonym tle oraz koszyczkiem w ręce. Najbardziej podobała mi się scenografia do I sceny. Z przodu się srebrzył Ren, a dalszą część zajmowała trampolina, na której odbijał się karzeł Alberyk i potem córy Renu, początkowo zawieszone na ramionach czegoś w rodzaju karuzeli obracające się i unoszące to wyżej, to niżej. Sceny II i IV rozgrywają się nad brzegiem Renu zaznaczonym wgłębieniem i bałwanami. Z drugiej strony leży ogromna bryła, na której początkowo przebywają Olbrzymi Fafner i Fasolt i która na końcu rozłupuje się i tworzy element o najżywszych barwach w tym przedstawieniu: most z błyskającej tęczy. III scena odbywa się w ciemnej kopalni, złoto przenoszą ludzie w strojach górników. Ze śpiewaków zachwycili mnie interpretacją i głosem Olbrzymi o cudownych basach, zwłaszcza Matti Salminen (Fasolt). Świetny basowy głos miał Wotan – James Morris oraz mezzosopranowy Fryka – Margareta Hintermeier (żałowałam, że tak mało śpiewała). Bardzo podobał mi się interesujący aktorsko, również o ciekawym głosie barytonowym, Alberyk – Franz Josef Kapellmann. Publiczność podczas wykonywania oper niemieckich i austriackich kompozytorów zachowuje się różnie, ale większość słucha ich trochę z „nabożnym namaszczeniem”, często mając partyturę przed sobą, tak więc podczas przedstawienia w różnych punktach opery są zapalone małe światełka. Czasem mimo wyraźnego znudzenia (i ziewania w kułak) starają się wyglądać na szalenie zainteresowanych. Przy jakiejkolwiek rozmowie rozlega się przenikliwy świst innego słuchacza. Niestety takiego „świstaka” miałam na tej operze przy sobie, a ponieważ siedzący poniżej starsi państwo bez przerwy wszystko komentowali, więc z tej opery wyszłam dosyć nerwowa. Ale na szczęście większość publiczności była „normalna”.

A potem byłam na najpiękniejszym z widzianych w tym roku przeze mnie w Staatsoper przedstawień, na Walkirii Ryszarda Wagnera. I znów ta wszechogarniająca, przejmująca, magiczna muzyka w idealnym wykonaniu orkiestry także pod dyrekcją Donalda Runniclesa. Ponownie uboga, ale odpowiednia do akcji i muzyki scenografia oraz kostiumy. Ta Walkiria miała doskonałych wykonawców. A więc występowała tu zupełnie niesłychana para śpiewaków: Cheryl Studer i Sigfried Jerusalem, których wykonanie partii Zyglindy i Zygmunta było cudownie idealne i budziło niezwykłe wzruszenia i emocje. Te uczucia niezwykle trudno oddać śpiewem, ale też trudno je potem opisać. Uwielbiam dźwięczny sopran Studer oraz wspaniałego Jerusalema, który zupełnie nie przypominał niedawno pokazanego w 3 Sat Tristana, zmęczonego, trochę już starszego pana. Ich duet był po prostu niebiański. Trochę rozśmieszyło mnie, gdy w miłosnej gorączce Cheryl Studer jak piłeczka (równie okrągła, zresztą wszystkie panie odtwarzające główne partie miały raczej rubensowskie kształty) przekulnęła się nad Jerusalemem. Akt I rozgrywa się jak gdyby w ogromnym wigwamie ze skór zwierzęcych, który rozpada się podczas miłosnego duetu, a jego środkowy słup staje się pięknym drzewem z gałęziami pełnymi kwiatów, stosownie do akcji. W II akcie pewien moment bardzo mnie rozbawił, gdy Zygmunt czule przykrywa swoją śpiącą ukochaną futrem, co w tym potwornym upale było morderstwem równym co najmniej późniejszej próbie przebicia jej mieczem. Cudowną Brunnhildą była Gabriele Schnaut. Zachwyciła mnie swoim głosem i grą już przed dwoma laty. Debiutowała wtedy w Wiedniu w partii Turandot (sic!) w jednym z piękniejszych przedstawień, jakie widziałam w Staatsoper. Jej piękny, dość delikatny sopran już wtedy mnie urzekł. Cudownie przejmująco śpiewa w duecie z Wotanem, wspaniałym tutaj Jamesem Morrisem, który w szczególnie zachwycający sposób śpiewa piano. Bardzo więc wzruszyłam się, gdy Wotan z ogromnym żalem, z poczucia obowiązku karze swą córkę. Wspaniały czerwony płomień realistycznie błyska iskrami, broniąc dostępu do jej łoża. W Walkirii debiutowała teraz w Staatsoper doskonała Violetta Urmana, która zagrała Frykę. A po spektaklu były ogromne brawa, zresztą ja też klaskałam i krzyczałam „brawo”.

Na samym końcu widziałam Napój miłosny Gaetano Donizettiego. Tę miłą, lekką i bardzo melodyjną operę znacznie osłabił tenor śpiewający Nemorina – Octavio Arevalo. Niskie i średnie dźwięki śpiewał głucho i zajękliwie, jak tenorzy włoscy z początku wieku – ale oni mieli przynajmniej solidną górę, a on miał coś takiego spłaszczonego i śpiewanego z zaciśniętym gardłem. Brzmiało to zwłaszcza w I akcie tragicznie. Poza tym śpiewał cicho i czasem w ogóle nie było go słychać przy średnio głośno grającej orkiestrze. Una furtiva lagrima wyszła mu zupełnie nieźle, ale myślę, że tę piękną arię zaśpiewałby świetnie nawet średnio uzdolniony muzycznie kot. W I akcie było mi Arevala trochę żal – Adina go nie lubi, publiczność go nie lubi – naprawdę marne życie. Ale po co się chłopak pcha na scenę? Mocno traciła przy nim świetna Adina – Leontina Vaduva, którą niegdyś słyszałam w partii Manon, a ostatnio obejrzałam w naszej TV jako Julię w niezłym przedstawieniu Romea i Julii Charlesa Gounoda z Covent Garden. Ma ona ładny, srebrzysty i w tej roli wesoły sopran. Niezły w roli Belcore był Davide Damiani – z dobrym głosem, świetny aktorsko. Natomiast niekwestionowanym bohaterem przedstawienia pod każdym względem, dysponujący doskonałym basem i z ogromnym humorem odtwarzający postać doktora Dulcamary był debiutujący tą rolą w Staatsoper młody i przystojny artysta Antonio Antoniozzi. Po raz pierwszy widziałam w tej roli młodego śpiewaka, zwykle obsadzanej mocno starszymi wiekiem basami. Wniósł on na scenę dużo radości i naturalnej zabawy. Cudownie wcielił się w postać starego satyra-senatora, śpiewając w duecie z Adiną. A na końcu z wielką energią obdarzał wszystkich swym napojem miłosnym, ogromną radość wywołując u publiczności, gdy na końcu zapukał do budki suflera i jemu wręczył ten cudowny płyn. Bardzo ładna była sielsko-wiejska scenografia z dużą ilością kwiatów. Jak zwykle towarzyszył znakomity chór i orkiestra.

Nie wybrałam się ponownie na Jeruzalem Giuseppe Verdiego, ponieważ zabrakło powodu do kolejnego obejrzenia tej opery, którym miał być występ mojego ulubieńca José Carrerasa. A bez istotnego powodu ta opera nie jest aż tak ciekawa, żeby ją niemalże w tej samej obsadzie (zmienił się tylko Gaston – Keith Ikaia-Purdy) oglądać po raz trzeci, w dość krótkim odstępie czasu. Właściwie brak Carrerasa na afiszu mnie nie zdziwił, bowiem przechorował on pół ubiegłego roku, a w tej inscenizacji Gaston niemal przez pół przedstawienia leży na podłodze sceny. A półtora roku temu śpiewał Carreras w Jeruzalem cudownie, zresztą mając godnego siebie partnera w zachwycającym Samuelu Rameyu. Niestety główną partię żeńską kreowała – nieodmiennie mnie denerwująca swoim głosem – Eliane Coelho. I dosyć mocno poczułam się urażona przyznaniem jej ostatnio przez Staatsoper nobilitującego tytułu Kammersängerin.

Natomiast José Carreras zrobił swoim wielbicielom niezwykły i drogocenny prezent w postaci wieczoru pieśni w cudownej złotej sali wiedeńskiej Musikverein, znanej wszystkim melomanom z corocznego, transmitowanego na cały świat, koncertu noworocznego. Marzyłam o wysłuchaniu takiego recitalu w tej sali już od wielu lat i rzeczywiście było to spełnienie moich marzeń. Podczas koncertu miałam wrażenie, że takie szczęście może spotkać człowieka tylko raz w życiu i nigdy nie można przeżyć po raz drugi równie wielkich wzruszeń. Sala jest rzeczywiście złota i wspaniała. Wypełniona była na tym cudownym koncercie po same brzegi. José Carreras, w świetnej formie, był niezrównany jako interpretator tych perełek muzyki i poezji lirycznej, które zaprezentował razem ze znakomitym pianistą, cymbalistą i kompozytorem (poznaliśmy go również w Polsce) Lorenzo Bavajem. Niezwykle pięknie, imponując siłą wyrazu, głębią przeżyć i swą cudowną wrażliwością, powodując niesamowite wzruszenia u słuchaczy Carreras z ogromną maestrią śpiewał pieśni Scarlattiego, Belliniego, Donizettiego, Costy, Tostiego, Verdiego, Ginastery, Gustavino, Tata Nacho (Fernandeza-Esperona), Leoncavallo, Pucciniego. Był w swoim żywiole wspaniale śpiewając, głosem, mimiką oraz ruchem interpretując te romantyczne utwory. Publiczność z ogromnym entuzjazmem witała i żegnała każdy utwór, ekstatycznymi okrzykami i brawami nagradzając swego ukochanego artystę. A ten – co wydaje się zupełnie nieprawdopodobne – piękniej śpiewał każdą kolejną pieśń, cudowniej śpiewał forte i pianissimo, wyższe i niższe dźwięki, z tym swoim znakomitym i niepowtarzalnym załamywaniem się, drżeniem głosu w szczególnie wzruszających momentach tekstu oraz przedłużaniem – do nieskończoności niemal – ważnych fraz. Śpiewał pieśni całym sobą, zachwycając swym pięknym, delikatnym i niezwykłym głosem; czynił z każdej z nich arcydzieło nastroju, wzruszał do głębi każdym dźwiękiem. Wykonywał je ze swym nieopisanym urokiem, wdziękiem, delikatnością i młodzieńczą świeżością. Właściwie trudno mi którąś z tych pieśni szczególnie wyróżnić, ale mój zachwyt budzą nieodmiennie pieśni kompozytorów argentyńskich: Alberto Ginastery – Canción al árbol del olvido, Carlosa Gustavino – La rosa y el sauce oraz kompozytora meksykańskiego Tata Nacho – Tengo nostalgia de tí. Myślę, że kocha je również José Carreras, ponieważ śpiewa je często na recitalach, z ogromnym uczuciem i przejęciem. I tak śpiewając, całą publiczność miał po prostu u swych stóp. Olśniewał nawet tych, dla których był jednym z najlepszych, a nie jedynym śpiewakiem. Widziałam osoby, które po pierwszych utworach klaszcząc grzecznościowo, po kolejnych wpadały w zachwyt i euforię, z ogromnym entuzjazmem bijąc brawa i krzycząc. Podczas braw szalałam tak bardzo, że na początku siedzący obok mnie, dla których Carreras nie jest idolem, patrzyli na to z lekką dezaprobatą, ale po chwili już z miłym uśmiechem i sympatią, żegnając się ze mną „Auf Wiedersehen” na końcu koncertu lub w metrze i traktując jako swą dobrą znajomą. Miejsce miałam dość dziwne. Przez cały recital widziałam mojego ulubieńca z daleka i dopiero podczas bisów wstałam i podeszłam bliżej. Potem stałam już do końca z bliska mogąc podziwiać artystę. Było to trochę spowodowane tym, że podczas całego koncertu popełniałam straszne przestępstwo i nie bacząc na prawa autorskie, po prostu go nagrywałam. A podczas bisów zostawiłam torebkę i nagrywającą się w niej taśmę i licząc na uczciwość publiczności, podeszłam do śpiewaka. Przy bisach Carreras był jeszcze wspanialszy, doprowadzając publiczność wprost do ekstazy. Odśpiewał je z wielkim uczuciem, wprost namiętnie i w trochę szalony sposób. Zaśpiewał m.in. Gastaldona Musica proibita, którą uwielbiam; wprost cudownie Tostiego A vucchella, odwracając się jak zwykle w swoich recitalach podczas jednej pieśni do publiczności, która siedzi za nim; a na samym końcu w swój niezrównany i jedyny sposób Granadę – Lary. Razem z bisami odśpiewał 24 pieśni. Podczas bisów robił nieodparcie komiczne miny i gesty, a także i potem, gdy różne osoby, oczywiście głównie kobiety w wieku od 10 do 75 lat, dziękowały mu za niezwykłe przeżycia, wręczając kwiaty, listy czy drobne upominki, te ostatnie zabawnie rozmieszczał po kieszeniach. Do jakiejś szczególnie długo i serdecznie dziękującej pani, gdy odchodziła zrobił minę i gest „a buzi?”, co skwapliwie wykorzystała kolejna wielbicielka. Niektórzy po prostu chcieli uścisnąć rękę swojemu idolowi, czy choć przelotnie jej dotknąć. Zabawne miny wymieniali z Lorenzo Bavajem. Widać było, że świetnie się zgadzają nie tylko na gruncie artystycznym. W końcu występują już razem na koncertach od dziewięciu lat. Żartobliwie pogroził mu Carreras, co wzbudziło wielki śmiech pianisty i widzów na sali, gdy Bavaj zrobił coś nie po myśli śpiewaka. Przy ostatniej pieśni na bis – Granadzie, gdy było już widać pewne zmęczenie u śpiewaka (koncert trwał łącznie z przerwą prawie trzy godziny), w momencie gdy Bavaj popisywał się dłuższą solówką, Carreras oparł się ciężko o fortepian, kiwał głową, z wisusowskim uśmiechem i miną „tak, to lubię”. Pod koniec koncertu dowcipnie przemówił do publiczności, prawie każdym słowem wywołując kaskady śmiechu. Takiego koncertu nie zapomni się do końca życia. Cieszę się że mogę go też wspominać, słuchając moje nie najlepsze nagranie. Wyszłam z koncertu szczęśliwa, oszołomiona i zachrypnięta od krzyków, z obolałymi rękami od oklasków, w przedziwnym stanie ducha. I ciała. Jakoś tak dziwnie czułam się, ale w tym moim podniosłym nastroju nie mogłam dojść dlaczego. Doszłam dopiero po dwóch dniach, pakując się do wyjazdu do domu. Z kurtki, w wieczór koncertu znacznie się oziębiło, wypadł metalowy wieszak, na którym miałam zawieszoną kurtkę w Musikverein – pani w szatni być może w ten sposób, choć częściowo, chciała zwrócić mi koszty koncertu.

A po powrocie z Wiednia, oprócz wspomnianego nagrania, mogę słuchać moich nowych nabytków płytowych, szczególnie moich ukochanych oper na żywo i z Carrerasem, niedościgłym w nich odtwórcą. Zachwycam się (uważanym obecnie przez wielu krytyków za najpiękniejsze nagranie live tej opery) 5-aktowym Don Carlosem z La Scali z 1977 roku, z orkiestrą pod dyrekcją Abbado oraz występującymi obok Carrerasa Freni, Obraztsovą, Cappuccillim, Ghiaurovem i Nesterenką we wspaniałej formie, cudownym Napojem miłosnym z 1976 z Londynu, z orkiestrą pod dyrekcją Pricharda, w którym Carrerasowi znakomicie towarzyszą Hayashi, Allen i Evans, oraz niezwykle poruszającą Cyganerią z 1976 roku z tournée La Scali w Waszyngtonie, z orkiestrą pod dyrekcją Pretre’a, w której śpiewakowi towarzyszy wspaniała Mimi – Cotrubas.

I to byłby koniec opisu moich wrażeń z tegorocznego Wiednia. Bardzo żałuję, że będę tam dopiero za rok.

Aleksandra Toczko