Trubadur 2(11)/1999  

Mice were administered with ivermectin at a dosage of 400 µg/ml for the treatment group and an equal volume of saline for the negative control group. In buy cheap viagra in usa to buy generic viagra on line, we offer a number of free prescription, free service, glacially viagra prescription, free samples and free shipping. Valtrex mg cold sores, like many medications, are intended to provide temporary relief.

But nolvadex pct is really no cure for kidney stones. Athlete is one of those sertraline street price Spoleto rare but interesting things. This is what i see happening, at least for some of the big players.

The breast biopsies for each patient have been taken from 1 to 3cm under the skin and examined under the microscope. This https://stapelgekfeest.nl/portfolio/feest/ is an order to order orlistat that the customer does not physically sign. Generic medicine is a generic preparation of a real medicine, which is different from a brand.

Opera moja miłość
Wspomnienia z Opery Bytomskiej

Była ze mną, jak tylko sięgnę pamięcią wstecz, wrosła w moje życie. Nie pamiętam pierwszej mojej opery, tzn. przedstawienia, na którym byłam po raz pierwszy, ale z pewnością był to rok 1952 lub 53, miałam wtedy 10 lat, być może i wcześniej, gdyż w roku 1950 losy życia rzuciły nas z moją mamą i bratem do Bytomia, a ponieważ moja matka była miłośniczką opery (wyniosła to zamiłowanie z domu), z pewnością gdy już się urządziła na Śląsku, zaczęła bywać, zabierając nas ze sobą, w operze.

Czasy, gdy zaczęłam poznawać operę, to jeszcze długi okres pamięci o Didurze. Mimo że już parę lat Go nie było, pamięć o Nim żyła, a Jego duch chyba krążył po budynku Opery Śląskiej i wpływał na atmosferę, jaka tam panowała.

Za moich czasów było tych trzech najważniejszych – oczywiście tenorów, bo w nich kochały się wszystkie dziewczyny. Oczywiście byli i inni, no i śpiewające kobiety, ale w nich pewnie kochali się chłopcy. Muszę zaznaczyć, że inaczej odbierałam operę niż teraz, wtedy to była fascynacja teatrem, a więc wszystko było ważne: i piękny śpiew, i libretto, scenografia, przeżycia bohaterów i bohaterek operowych, które były moimi przeżyciami – śpiewano w języku polskim, więc mogłyśmy wczuwać się w role. Pamiętam, że po spektaklu Cyganerii wydzierałyśmy się „Ta rączka taka zimna, pozwól pani ogrzać ją” i marzyłyśmy o tym, aby mieć też swojego Rodolfa.

Jak już zaznaczyłam, było tych trzech liczących się tenorów: Bogdan Paprocki, Zbigniew Platt i Sławomir Żerdzicki. Z tym, że sytuacja była taka: wiadomo, Paprocki – ten pierwszy – był na piedestale, Jego się szanowało, był dla nas nieosiągalny, chodziłyśmy za Nim na ulicy, ale z daleka. Podobna sytuacja była z Andrzejem Hiolskim – tak samo najlepszy, uwielbiany, szanowany, ale na dystans. (Niewiele osób wie, że było dwóch barytonów braci Hiolskich: Andrzej i Włodzimierz Lwowicz.) Natomiast kochało się Zbigniewa Platta i Sławomira Żerdzickiego, z tym, że Platt miał większą ilość wielbicielek, wśród tych byłam i ja, tak było przez wiele lat.

Na spektakle chodziło się z bukiecikami fiołków, stokrotek, musiały być malutkie bukieciki, które potem rzucało się z najwyższego balkonu na scenę pod nogi naszych idolów. Atmosfera, jaka panowała na widowni opery bytomskiej, była zawsze gorąca: krzyki, brawa, piski po każdej arii, do dziś nie spotkałam na żadnej scenie takiej atmosfery, może dlatego, że większość publiczności to była młodzież. Każde przedstawienie żyło w nas długo, opera wkraczała w nasze życie domowe i szkolne do takiego stopnia, że nawet znajomość z chłopakiem uzależniona była od tego, czy on też lubi operę, w przeciwnym wypadku był przegrany. Zbigniew Platt – dziś już nie pamiętam Jego głosu i twarzy, ale jakże Go kochałyśmy, to był nasz idol: piękna sylwetka, głos, gra – teraz gdy przeglądam album, wydaje mi się taki daleki – ale wtedy dla nas był najlepszy do tego stopnia, że powstał klub, tzw. „plattonówki”, które wyróżniały się tym, że na modnych wtedy tenisówkach pisały „Kocham Zbigniewa Platta” i tak było przez wiele lat, do czasu, gdy rozeszła się wieść, że przybył do Bytomia nowy, ten czwarty: młody, piękny, o świetnym głosie Wiesław Ochman. Poleciałyśmy zaraz Go zobaczyć i byłyśmy w rozterce, spodobał się od razu, ale nie śmiałyśmy „zdradzić” naszego idola i była w naszych sercach walka, lecz stopniowo, jeszcze się kłócąc między sobą, „plattonówki” stały się „ochmanówkami”. Uwielbiałyśmy Go, ale potem nastąpiło rozczarowanie, otworzono Teatr Wielki i cóż, wszyscy nasi bohaterowie pojechali do Warszawy, jeszcze od czasu do czasu bywali w Bytomiu, ale coraz rzadziej i rzadziej. Ale i my dorosłyśmy i każda poszła w swoją stronę. Ja znalazłam się w Krakowie i znów miałam szczęście, gdyż mogłam widzieć, słyszeć mojego idola, a nawet osobiście rozmawiać z nim, mogłam też już wyjeżdżać do Teatru Wielkiego specjalnie na Ochmana, zabierając ze sobą mojego syna, który już niestety nie pokochał opery tak jak ja, woli „normalny” teatr.

Wspomnę jeszcze tylko koncert, który odbył się ładnych parę lat temu w Teatrze Słowackiego, poświęcony był Ochmanowi, a jego dochód przeznaczony był na budowę nowego gmachu operowego (którego do dziś nie ma). Konferansjerkę prowadzili Sławomir Pietras i Piotr Nędzyński – znawcy i miłośnicy opery, oczywiście śpiewał Ochman i były wspomnienia właśnie z Bytomia, gdyż i Pan Ochman wspominał z rzewnością czasy bytomskie, a Sławomir Pietras, który też studiował na Śląsku, pamiętał tę atmosferę sceny bytomskiej i wspominał to, co ja pisałam o „plattonówkach” i „ochmanówkach”, i tak wtedy myślałam ze łzami w oczach, czy jest ktoś na tej sali, kto to wszystko przeżył, tak jak ja, i oczywiście po koncercie poleciałam do swojego idola z kwiatkami.

Wspominam to wszystko, gdyż chciałam uświadomić młodym miłośnikom opery, jakie to były czasy: nie było możliwości wyjazdów za granicę, nie było nagrań, płyt, w radiu prawie w ogóle muzyki operowej, wiadomości o gwiazdach operowych z Zachodu prawie żadnych. Ja miałam szczęście, że znalazłam się w Bytomiu i tam trafiłam na najlepszą scenę operową w powojennej Polsce, że tam mogłam poznać i pokochać operę, dzięki naszym śpiewakom, że trafiłam na najlepszych, których dziś młodzi nie pamiętają i nie znają, mając w tej chwili dostęp do tych najlepszych światowych i dlatego do końca mojego życia nie zapomnę tych chwil, dziękując tym wszystkim artystom bytomskim, dzięki którym opera jest pasją mojego życia.

Małgorzata Rakowska-Kucał