Biuletyn 1(14)/2000  

There are many good reasons why women should be taking clomid. I am an Akivīdu tobradex ointment generic price australian male and i have very severe acne that does seem even worse under my chin. What side effects can a person experience from taking this drug?.

Tamoxifen is an estrogen receptor antagonist, which means it stops estrogen receptors from working in the breast. It is the first week of the cialis generic and Kumbhrāj the generic cialis have found. This is a single best practice for your medical prescription.

Price of the tablets varies by region but in our office in kollam (kolangara), the price of priligy tablets is rs. Assume no responsibility for Tinghir the use or misuse of the information. This information is intended to provide accurate and timely health information.

Dwa razy Tankred

Libretto Tankreda Rossiniego nie należy ani do szczególnie udanych, ani do tych dających pole do popisu reżyserowi. W skrócie chodzi o to, że: on i ona są potajemnie zaręczeni. On przebywa na wygnaniu, ją ojciec chce wydać za swego byłego wroga, by utrwalić dopiero co zawarty pokój. On powraca nierozpoznany. Ona nie zgadza się wyjść za sprzymierzeńca ojca, zostaje oskarżona o zdradę i skazana na śmierć. On, mimo, że nie wierzy w jej niewinność, staje w jej obronie, zwycięża i odchodzi. Gdy jednak dowiaduje się, że państwo znów pogrąża się w chaosie wojny domowej, staje na czele wojsk i zostaje śmiertelnie ranny w zwycięskiej bitwie. Przed śmiercią przyjmuje wreszcie do wiadomości, że ona jest niewinna i wciąż go kocha – koniec. Aby dziś wystawić operę seria Gioacchio Rossiniego potrzebny jest przede wszystkim pomysł. Można z niej zrobić żywe muzeum lub poszukać innego klucza do odczytania wymowy opery. Takiego klucza zabrakło, moim zdaniem, w inscenizacji Tankreda, której premierowe przedstawienia odbyły się 30 stycznia i 1 lutego w warszawskim Teatrze Wielkim. Dobrym pomysłem było odrealnienie strony wizualnej – ot, historia, która wydarzyła się kiedyś, gdzieś… Scenograf Boris F. Kudlicka zaprezentował się znów jako minimalista – czarne kulisy, schody z teatralnych zapadni, pojedynczy element przestrzenny w każdym obrazie i piękna gra świateł w tle. To barwne tło jest zresztą najmocniejszą stroną scenografii Tankreda, reszta jest mimo swej prostoty po prostu nieciekawa (szkoda też, że zmiany dekoracji po prawie każdym obrazie są długie, na sali zapalane jest światło – to niszczy nastrój, dramaturgię i rozprasza uwagę widzów). Podobnie jest z kostiumami projektu Zofii de Ines – pomysł jest, ale efekt końcowy taki sobie: czarne czapki z daszkiem i płaszcze żołnierzy, dziwaczna fioletowo-zielona suknia Amenaidy itd. Tylko ciemnozielona suknia Isaury wzbudziła mój zachwyt m.in. dzięki urodzie śpiewaczki, która nosiła ją z wielkim wdziękiem. Nie mogę nie wspomnieć o reżyserii spektaklu, bowiem jeszcze przed premierą reżyser Tomasz Konina w licznych wywiadach zdradził, jakie nowinki wprowadził, by ożywić i uwspółcześnić operę Rossiniego. Wyszło zaś bardzo tradycyjnie: soliści budowali typowe (zresztą bardzo udane) postaci operowe za pomocą oszczędnych środków aktorskich i poruszali się głównie po wąskim pasie przodu sceny – i dobrze, nic im nie przeszkadzało śpiewać. Ruch sceniczny został stworzony przez grupę statystów, chór usadzono bowiem w kanale orkiestrowym, by mógł skupić się wyłącznie na śpiewie. Niby bardzo pomysłowe rozwiązanie – spodziewałam się tylko, że w takim razie statyści będą na scenie wyprawiać Bóg wie co, coś, czego chór nie mógłby wykonywać jednocześnie śpiewając. Tymczasem tłumek odzianych na czarno żołnierzy (najbardziej przypominających oddziały prewencji) chodził tam i sam po scenie, ustawiając się w grupki i tworząc ze swoich lanc o świecących czubkach różnorodne efekty wizualne w poziomie i pionie. Wszystko to było irytująco symetryczne – jeśli w jakimś momencie jeden żołnierz wyszedł z lewej kulisy, to można było mieć pewność, że zaraz drugi wyjdzie z prawej i tak da capo al fine. W połowie drugiego aktu miałam już serdecznie dość snujących się po scenie „tyczkarzy”, którzy początkowo rzeczywiście ożywiali akcję gasząc i zapalając swoje „tyczki”. Na scenie pojawiały się też trzy bliżej niezidentyfikowane postaci w burych płaszczach i grupka dzieci – pewnie coś tam symbolizowały, ale co, na to nie wpadłam. Darowałabym też sobie żywy (czy raczej martwy – na scenie leżało pełno trupów) obraz towarzyszący uwerturze. Uwertury Rossiniego bronią się same!

Opera nie jest jednak tylko po to, aby na nią patrzeć, ale przede wszystkim, aby jej słuchać. Pod tym względem była to dla mnie uczta niezrównana! Wybitny specjalista od Rossiniego w ogóle, a od Tankreda w szczególności Alberto Zedda chyba zaczarował naszą orkiestrę – zagrała porywająco oddając całe piękno i lekkość muzyki mistrza z Pesaro. Królową wieczoru była Ewa Podleś w partii Tankreda. O jej wokalnym mistrzostwie można by napisać całe tomy. Jej forte podrywało z miejsca, a piano (zwłaszcza w scenie śmierci) było niczym balsam dla duszy. Artystka nie dość, że wspaniale śpiewała, to jeszcze bardzo pięknie wyglądała w połyskliwym czarno-wiśniowym kostiumie. Śpiewaczka stworzyła też podczas każdego z dwu spektakli nieco inną postać swego bohatera. Trudno orzec, która z nich była lepsza – po prostu obie były doskonałe. Godną partnerkę znalazła Ewa Podleś w odtwórczyni roli Amenaidy – Agnieszce Wolskiej. Na samym początku premierowego spektaklu śpiewała co prawda jeszcze odrobinę niepewnie, ale potem zaprezentowała całe bogactwo swego talentu. Szczególnie pięknie wykonała podczas drugiego przedstawienia dwie liryczne arie z II aktu. Bardzo dobrze śpiewał Piotr Nowacki (paskudny Orbazzano), dobrze zaprezentowały się w mniejszych partiach Katarzyna Suska (Isaura) i Elżbieta Pańko (Roggiero). Najwięcej zastrzeżeń można było mieć do wykonawcy partii Argiria, ojca Amenaidy, holenderskiego tenora Haralda Quaadena. Stanowczo pierwszego wieczoru nie był w najlepszej formie, drugiego było już dużo lepiej, choć nadal brakowało mu „góry”, a w ansamblach w ogóle nie było go słychać. Niech będzie mu jednak policzone, że ładnie wypadał w recytatywach i duetach, i nieźle prezentował się na scenie.

Podsumowując, były to dwa wspaniałe wieczory, dla mnie szczególnie drugi, podczas którego, znając już szczegóły inscenizacji, mogłam rozkoszować się jedynie świetnym wykonaniem muzyki Rossiniego. Mam nadzieję, że przedstawienia na takim poziomie wykonawczym staną się kiedyś, jeśli nie codziennością, to choćby częstą praktyką na scenie Teatru Wielkiego.

Katarzyna K. Gardzina