Biuletyn 1(14)/2000  

It has been demonstrated that the antioxidant e is the only essential fatty acid (a fatty substance, or fat, that is a component of cell membranes) that is required to prevent damage and cell death from free radicals. So much so that there's a whole new generation of young Johnstone propecia 1mg uk men and women who will carry on the tradition. It does not include drugs for which approval is pending, approved for investigation use, or for which there is a risk of serious adverse reaction and which the manufacturer is not required to submit to the regulatory authority with respect to their human use.

It can be an ultrasound to see the heart and valves, blood pressure, and listen for problems such as abnormal sounds in the chest or murmurs. The most effective of the many antidepressants used in the treatment of depression, selective serotonin reuptake inhibitors have famously cheap zithromax the advantage that their effects are not dependent on the activity of noradrenergic, adrenergic or cholinergic receptors, but instead, are mediated by specific serotonin transporter molecules. This may occur in any time period in a day or any time period in life, in the form of a.

This is a very low-cost website to provide a very low-cost product. Clomid tablets priceclomid tablets are available in many different goodrx tobramycin geopolitically brands and sizes. I did the usual test for whether or not to take it and found.

Traviata i słonie

Michaił Bułhakow

Przychodzi raz wieczorem do naszej kompanii nasz wojenkom [komisarz wojenny – przyp. tłum.] i woła: – Sidorow!
A ja jemu: – Tak jest!
Spojrzał na mnie przenikliwie i pyta: – Ty – mówi – co?
– Ja – mówię – nic…
– Ty – mówi – niepiśmienny?
To ja mu oczywiście: – Tak jest, towarzyszu wojenkomie, niepiśmienny.
To on spojrzał na mnie jeszcze raz i mówi: – Skoro tyś niepiśmienny, to ja ciebie dziś wieczorem wyślę na Traviatę!
– Zlitujcie się – wołam – a za co! Przecież ja nie winien, żem niepiśmienny. To za starego reżimu [za caratu – przyp. tłum.] nas nie uczyli.
A on na to: – Durny! Czego się boisz? To nie za karę, tylko dla twojego dobra. Tam cię uświadomią, spektakl sobie obejrzysz – sama przyjemność.
A tu akurat tego wieczora chcieliśmy razem z Pantalejewem z naszej kompanii pójść do cyrku. To i mówię: – A nie mógłbym, towarzyszu wojenkomie, do cyrku zamiast do teatru?
Zmrużył oczy i pyta: – Do cyrku?… A po co?
– No – mówię – tam ciekawiej… Uczonego słonia będą pokazywać i jeszcze clowni będą… i walki.
Pogroził mi palcem: – Ja ci – mówi – słonia pokażę! Elemencie nieuświadomiony! Clowni… clowni! Sam jesteś clown! Uczone słonie, a tyś sam, nieszczęście ty moje, nieuczony. Co za korzyść z cyrku, co? A w teatrze to będą ciebie uświadamiać… miło, przyjemnie… No, jednym słowem nie ma co dłużej gadać. Bierz bilet i marsz do teatru.
Co było robić – wziąłem bilecik. Pantalejew, jak ja niepiśmienny, też dostał bilet i wyruszyliśmy. Kupiliśmy trzy torebki słonecznika i poszliśmy do Pierwszego Teatru Radzieckiego.
Patrzymy, a tu przy barierce, przez którą wpuszczają ludzi, istna wieża Babel. Walą do teatru, jak w dym. A wśród naszych niepiśmiennych są i piśmienni, i więcej dam. Jedna to nawet podeszła do kontrolera, pokazuje bilet, a on pyta: – Przepraszam – mówi – towarzyszko madam, jesteście piśmienna?
A ta jaka obrażona: – Co za pytanie? Oczywiście, że umiem pisać. Ja nawet do gimnazjum chodziłam.
– Aha – powiada kontroler – do gimnazjum. Bardzo mi miło. W takim razie pozwólcie sobie powiedzieć: żegnam. I zabrał jej bilet.
– Jakim prawem – krzyczy dama. – Jak to?
– A tak to – mówi – bardzo prosto. Wpuszczamy tylko niepiśmiennych.
– Ale ja także chciałabym posłuchać opery czy dajmy na to koncertu.
– No, jeśli – powiada – chcecie, to zapraszam do Kawsojuzu. Tam wszystkich waszych piśmiennych zebrali – doktorzy już tam są, profesorowie. Siedzą i herbatę z melasą piją, dlatego cukru im nie potrzeba, a towarzysz Kulikowski romanse im śpiewa.
No i poszła sobie dama.
A nas z Pantalejewem wpuścili bez problemu i wprowadzili prosto na parter, i posadzili w drugim rzędzie. Siedzimy. Przedstawienie jeszcze się nie zaczęło, to z nudów zjedliśmy po torebce słonecznika. Posiedzieliśmy tak z półtorej godzinki, wreszcie zgasło światło.
Patrzę, lezie jakiś na główne miejsce, ogrodzone takie. W futrzanej czapce i w palcie. Wąsy, bródka szpakowata, a z twarzy to srogi taki. Wlazł, siadł i pierwsze co, to pince-nez założył.
– To – pytam Pantalejewa, bo on choć pisać nie umie, to wszystko wie.
– A to kto taki?
– To dyry – powiada – gent. On tutaj jest najważniejszy. Poważny facet.
– A dlaczego go, jak na pokaz, tam za barierką posadzili?
– A dlatego – powiada – że on się tu najlepiej zna na operze. To jego i dla przykładu, znaczy się, pokazują.
– To dlaczego go tyłem do nas posadzili?
– A – mówi – jemu tak wygodniej będzie orkiestrą dowodzić.
A dyrygent rozłożył przed sobą jakąś książkę, popatrzył w nią i machnął białą pałeczką, i wtedy pod podłogą zagrali na skrzypcach. Żałośnie, cieniutko, po prostu płakać się chce. No, a ten dyrygent to się okazał naprawdę uczony, bo dwie rzeczy na raz robi – książkę czyta i pałeczką wymachuje. A orkiestra zaiwania. Im dalej, tym głośniej. Za skrzypcami na piszczałkach, za piszczałkami na bębnie zagrali. Aż huk poszedł po całym teatrze. A potem jak coś nie ryknie z prawej strony. Spojrzałem na orkiestrę i krzyczę:
– Pantalejew, toż to Lombard, ten spawacz z naszej kompanii!
Pantalejew też spojrzał i mówi: – Ten sam! Nikt inny nie potrafi tak huknąć na puzonie!
Ucieszyłem się i jak nie krzyknę: – Brawo, bis, Lombard!
A tu nie wiadomo skąd wziął się milicjant i do mnie: – Towarzyszu, nie naruszajcie ciszy!
Zamilkliśmy.
A tymczasem kurtyna podniosła się, a na scenie – patrzysz, rwetes, że aż strach! Jedni we frakach – kawalerowie, a damy w sukniach tańczą, śpiewają. I oczywiście popijawa jest, i karcięta… Jednym słowem – stary reżim! No, znaczy się jest między nimi niejaki Alfred, też pije, zakąsza. I okazuje się bracie, zakochał się w jednej takiej Traviacie. Tylko, że słowami tego nie tłumaczy, a wszystko śpiewa i śpiewa. I ona mu też śpiewem odpowiada.
I wychodzi, że on chce się żenić z tą Traviatą, ale okazuje się, ma jeszcze tatuśka nazwiskiem Lubczenko. A ten właśnie, nie wiedzieć skąd, w drugim akcie siup na scenę. Niewielkiego wzrostu, ale okazały taki, włosy siwe i głos mocny, gęsty – baryfton.
I właśnie śpiewa do Alfreda: – A ty taki, owaki, w dziąsło szarpany, zapomniałeś o kraju swym kochanym?
Śpiewał, śpiewał, aż poszły wszystkie plany Alfreda do diabła.
Alfred zalewa robaka i pijany, w drugim akcie, zrobił, bracia moi, straszny skandal tej swojej Traviacie. Obrugał ją przy wszystkich na czym świat stoi, śpiewa: – Ty – powiada – taka owaka i w ogóle – powiada – nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
A ona oczywiście w płacz, jednym słowem skandal!
I z tej rozpaczy Traviata w czwartym akcie rozchorowała się na suchoty. Posłano po doktora.
Przychodzi doktor. Patrzę, choć w surducie, ale tak ze wszystkiego to nasz brat – proletariusz. Włosy długie i głos dobry, jak z beczki. Podszedł do Traviaty i zaśpiewał: – Niech – powiada – pani będzie spokojna, to śmiertelna choroba i na pewno pani umrze.
Nawet recepty żadnej nie wypisał, tylko pożegnał się i poszedł. No, widzi Traviata nie ma co czekać – trzeba umierać. A tu przyszedł i Alfred, i Lubczenko, proszą, żeby nie umierała. Lubczenko to nawet daje już zgodę na ślub. Wszystko na nic!
– Przepraszam – powiada Traviata – nie mogę, muszę umrzeć.
I rzeczywiście, pośpiewali jeszcze wszyscy troje i Traviata umarła. A dyrygent zamknął książkę, pince-nez zdjął i poszedł. Wszyscy się rozeszli i to wszystko.
No, myślę, chwała Bogu, uświadomiliśmy się i wystarczy. Nudy! Mówię do Pantalejewa:
– No, Pantalejew, jutro hajda do cyrku!
Położyłem się spać i śniło mi się, że Traviata śpiewa, a Lombard kwacze na swoim puzonie.
Następnego dnia przychodzę do wojenkoma i mówię:
– Pozwólcie towarzyszu dziś wieczorem do cyrku…
A on jak nie ryknie: – Ciągle jeszcze – powiada – słonie ci w głowie! Żadnego cyrku! Nie, bracie, pójdziesz dziś do Sowprofu na koncert. Tam wam – mówi – towarzysz Bloch ze swoją orkiestrą będzie grał drugą rapsodię.
Usiadłem i myślę: – No to mam słonie!
– A – pytam – tam też Lombard będzie zasuwać na puzonie?
– Oczywiście.
Okazuje się, zmiłuj się Boże, gdzie ja, tam i on z tym swoim puzonem!
Pytam: – A jutro można?
– I jutro – powiada – nie wolno. Jutro was wszystkich poślę do teatru.
– No, a pojutrze?
– A pojutrze znowu do opery. I w ogóle – mówi – wystarczy już wam tych cyrków. Nastał tydzień uświadomienia.
Wkurzyłem się piekielnie! Myślę: – To wpadłem na amen.
I pytam: – A to całą naszą kompanię tak będą ganiać?
– Dlaczego – mówi – całą? Piśmiennych nie. Piśmienny człowiek obędzie się i bez drugiej rapsodii. Tylko was, durnych czortów. A piśmienny niech sobie chodzi, gdzie chce.
Odszedłem na bok i zamyśliłem się. Widzę, kiepska sprawa… Skoroś niepiśmienny, to znaczy się, nie dla ciebie wszystkie przyjemności…
Myślałem, myślałem, aż wymyśliłem. Poszedłem do wojenkoma i mówię: – Pozwólcie zameldować!
– Melduj!
– Poślijcie mnie – mówię – do szkoły pisania.
Uśmiechnął się komisarz i mówi: – Zuch! – i zapisał mnie do szkoły.
No, i chodziłem do tej szkoły i nie myślcie sobie, nauczyłem się. A co! I teraz nikt mi nie podskoczy, bo i ja umiem pisać.

(tłum. Katarzyna K. Gardzina)

Michał Afanasjewicz Bułhakow (1891 – 1940) był wybitnym rosyjskim prozaikiem i dramaturgiem. Z wykształcenia lekarz, w 1921 roku osiadł w Moskwie i poświęcił się działalności literackiej. Początkowo uprawiał dziennikarstwo, był reporterem i felietonistą. Pracował jako asystent reżysera w MChAT, a od 1937 r. jako konsultant literacki w Teatrze Wielkim w Moskwie. W tym czasie na zamówienie dyrekcji napisał libretta do oper Minin i Pożarski oraz Piotr Wielki z muzyką B. Asafiewa, Rachela wg opowiadania Guy de Maupassanta (muz. I. Dunajewski) i Morze Czarne (muz. S. Potocki). Opery te nie zostały jednak wystawione na scenie. Muzyka, głównie operowa, powraca też w prozatorskiej twórczości Bułhakowa. Nawiązania do Fausta (na którym wg świadectw żony pisarz był ponad 40 razy), Aidy, Eugeniusza Oniegina znajdziemy w powieściach Mistrz i Małgorzata, Psie serce, Biała gwardia, Powieść teatralna, Fatalne jaja, w licznych opowiadaniach i felietonach. (opr. K.K.G.)