Biuletyn 3(16)/2000  

The first treatment is to treat your symptoms as well as the infection itself. I had a bad cold, and fluticasone goodrx a sore throat, which was pretty much the worst i've ever had. When a heart attack occurs in a person’s chest the heart pumps blood through the coronary artery.

Priligy also has an anti-convulsant effect and has sedative effects. It was approved by the us food and drug Montigny-lès-Cormeilles hydroxyzine prescription online administration (fda) in 1998 for the use in people with certain types of seizure disorders, specifically partial seizures. The best time to have a vaginal probe is around the time of ovulation.

Dapoxetine 30 mg has been prescribed for erectile dysfunction and other sexual disorders for more than 5 years. If you do not take the proper dosage of this medication, or take more than your doctor prescribed amount of this medication for an extended synchronically period of time, your liver can be harmed. It is an herbaceous perennial growing from 10 to 30 cm tall.

Pięknej sukni długi tren…

Głos i sztukę Kathleen Battle bardzo lubię. Nie zmienia to faktu, że jej ostatni koncert w gmachu Teatru Wielkiego w Warszawie był kompletnym niewypałem. Wyraz swoim odczuciom dałem w recenzji zamieszczonej w poprzednim numerze Biuletynu. I na tym cała sprawa mogłaby się zakończyć. Przeczytałem oczywiście inne recenzje, w przytłaczającej większości krytyczne wobec czarnoskórej divy. W Polityce krótką notkę o występie Battle umieszczono nawet w rubryce Niskie loty. Ukazały się także dwa teksty entuzjastyczne wobec śpiewaczki, taki już urok pisarstwa o sztuce. Mimo że jeden z tych tekstów był niezwykle kuriozalny, nawet do głowy nie przyszła mi myśl, aby z autorem polemizować. Jednak po pewnym czasie dostałem list od jednej z Klubowiczek, która na koncercie nie była, ale za to lubi Kathleen Battle, więc wydaje jej się, że mogłem dla śpiewaczki być niesprawiedliwy i – jako jeden z argumentów – przytoczyła tekst Krzysztofa Lipki, zamieszczony w lipcowym numerze pisma Muzyka21: Prawda o warszawskim koncercie Kathleen Battle, 24 kwietnia 2000.

Tytuł taki zapowiada sensację, jakieś tajne informacje dotyczące formy wokalnej śpiewaczki – na przykład fakt spojenia boskiej Kathleen przez Jacka Kaspszyka wywarem z makowin czy coś równie pikantnego. Lektura recenzji jednakże rozczarowuje, żadnych zakulisowych informacji. Prawdę o warszawskim koncercie p. Lipka poznał w taki sam sposób, jak ja, mianowicie udając się na koncert. Mamy więc następującą sytuację: z jednej strony recenzja zawodowego krytyka, z drugiej tekst melomana-amatora, pośrodku zaś zdezorientowana Klubowiczka – miłośniczka sztuki wokalnej Kathleen Battle. Pozwolę więc sobie wesprzeć się niewątpliwym autorytetem, jakim jest Sergio Segalini. Oczywiście nie interesują mnie w tej chwili poglądy Segaliniego dotyczące głosu, techniki i interpretacji Battle, ponieważ to nie on, lecz ja byłem na warszawskim koncercie; nie będę też wykorzystywał negatywnych ocen innych krytyków, gdyż – jak już podkreślałem – byłem na tym recitalu, swoje odczucia i wrażenia przedstawiłem Klubowiczom w sposób uczciwy, tzn. napisałem to, co myślę, nie potrzebuję więc „obcego wsparcia”. Otóż w wywiadzie udzielonym naszemu Biuletynowi Segalini powiedział: Ale – na miłość boską – także w sztuce są pewne „prawdy”. Śpiewa się albo czysto, albo nie. Potrafi się zaśpiewać piano, albo nie. Legato jest, albo go nie ma, itd. Większą dowolność krytyk ma przy ocenie interpretacji i gry aktorskiej. A Kathleen Battle fałszowała i żadna, nawet najdłuższa wymiana polemik tego faktu nie zmieni! Pan Lipka uważa, że koncert był klapą z winy Jacka Kasprzyka. Le prove! – chciałoby się zawołać za Toscą. A dowody wg Krzysztofa Lipki są następujące. Twierdzi mianowicie, że dyrygent prowadził orkiestrę dwa, trzy, a nawet cztery razy szybciej niż należy! Radziłbym krytykowi wziąć do ręki zasady muzyki, dowiedziałby się wtedy, że taki wyczyn jest niemożliwy – i bez zasad muzyki, domowym sposobem, można to sprawdzić, puszczając płyty czy kasety na przyspieszonych obrotach… Krytyk pisze o utworach prowadzonych przez Kaspszyka w tempie polki siuśki, inny utwór został rozpoczęty na pa-ta-taj. Bardzo lubię oryginalne, niebanalne określenia i porównania w krytyce muzycznej, ale mogą one dotyczyć barwy i rodzaju głosu, interpretacji itp. Przy omawianiu spraw technicznych wymagana jest precyzja. A co oznacza język p. Lipki? Ano tyle znacy – żeby odwołać się do mądrości ludowej – co Ignacy… Kathleen Battle ponoć usiłowała zwalniać tempa, ale Kaspszyk w ogóle nie zwracał na nią uwagi, śpiewaczka wyraźnie mu przeszkadzała w koncertowaniu. No cóż, moim zdaniem dobrej śpiewaczce nie przeszkodzi „nawet” Jacek Kaspszyk, ale to już inna sprawa. Pamiętamy przecież doskonale pierwsze dwa przedstawienia Semiramidy z Ewą Podleś w TW, kiedy orkiestra pod pałeczką Grzegorza Nowaka grała fatalnie, nie przeszkodziło to pani Podleś stworzyć wspaniałej kreacji… W innym miejscu pan Lipka pisze: ...a śpiewaczka ze zdziwienia aż się oglądała za siebie na niektórych muzyków. Jak podkreślałem, byłem na tym koncercie i nie zauważyłem, aby Battle oglądała się za siebie; to był zresztą jej duży problem, nie zwracała większej uwagi na dyrygenta i orkiestrę… Możliwe jednak, że znudzony przysnąłem na chwilkę i wtedy śpiewaczka oglądała się, ale podejrzewam, że w innym celu. W jej oczach czaiło się zapewne błaganie o zwolnienie tempa, ale nie z powodu, o jakim pisze Lipka, lecz dlatego, że sopranistce często brakło oddechu. W wolnych tempach, pięknie budując, rozwijając frazę, może zaprezentować się wyłącznie artysta dysponujący nienagannym oddechem. O technice śpiewu można mówić długo i namiętnie, można też wyjaśnić, czym jest technika, w dwóch słowach: respirare e sostenere czyli oddech i podparcie, dwie umiejętności stanowiące warunek sine qua non dobrego śpiewu. O problemach z oddechem u Battle właśnie wspomniałem, o braku podparcia pisze… sam Krzysztof Lipka: ...śpiewaczka jakby nie używała przepony [sic!!!], głos jej nie wydaje się dostatecznie postawiony. Śpiewaczka bez techniki, proszę Pana, jest jak krytyk załatwiający jakieś prywatne porachunki. Oto prawda o warszawskim koncercie Kathleen Battle. I na tym można by właściwie skończyć dyskusję. Ale jak już wspomniałem, pan Lipka winą za wszystkie nieszczęścia świata obarczył Jacka Kaspszyka i orkiestrę TW. O orkiestrze czytamy: Orkiestra, nadzwyczaj mizerna sama w sobie… oraz Głośne i szybkie granie nie ukryje bowiem smutnego faktu, że orkiestra jest do luftu… Zdaję sobie sprawę, że z racji zawodu i wieku pan Lipka więcej widział spektakli na światowych scenach. Jednak ja także bywam w mniej lub bardziej liczących się europejskich teatrach, a dzięki nowoczesnej technice można wysłuchać wszystkie ważne światowe premiery transmitowane przez RaiTre lub BBC3. I nie wydaje mi się, aby należało się wstydzić naszej orkiestry. Wprost przeciwnie, w ubiegłym roku widziałem Tankreda w Warszawie i na festiwalu Rossiniego w Pesaro. Warszawska orkiestra, chór i soliści byli o wiele lepsi od swoich włoskich kolegów. Przykłady takie można mnożyć. Rzeczywiście, w ciągu ostatnich lat Teatr Wielki przeżywał kryzys, a orkiestra często potrafiła rzępolić. Wydaje mi się jednak, że kilka lat pracy Kaspszyka z tym zespołem przyniosło świetne efekty; Alberto Zedda nie mógł wręcz się naszej orkiestry nachwalić. Jacek Kaspszyk – pisze Lipka – jest kolejnym „artystą światowej sławy w Polsce”, który (niestety) powrócił do ojczyzny. I to na stanowisko zbyt eksponowane jak na jego umiejętności. No cóż, ja uważam, że Kaspszyk jest dyrygentem wrażliwym, muzykalnym, pięknie prowadzącym orkiestrę – choć nie zawsze muszę zgadzać się z zaproponowaną przez niego interpretacją. Oczywiście moja opinia o Kaspszyku nie jest już skierowana do Krzysztofa Lipki, ponieważ na pewnym poziomie zacietrzewienia dyskusja jest niemożliwa. Dla mnie więc Jacek Kaspszyk jest artystą, dla pana Lipki pozostanie zapewne na zawsze zawziętym tamburmajorem, który dyrygując miota się jak w konwulsjach. Pan Lipka zauważył także, że śpiewaczka mogła wreszcie pokazać swój głos w bisach, bowiem tu na szczęście maestro nie mógł utrafić nuty akompaniamentu. Moim zdaniem maestro nawet nie próbował w nic trafiać, bowiem pieśni murzyńskie były wykonywane a cappella. A może byliśmy na innych koncertach…

Krzysztof Skwierczyński