Biuletyn 4(17)/2000  

My doctor told me to start with a low dose which was 250mg a day in the morning then 400mg at night. There is no better place to get answers on why doxycycline can lead to skin rashes nizoral cream price watsons Raduzhnyy than at the official c. As with many other drug categories, meclizine's side effects are rare and mild in most patients.

You are now aware of how to find a drug store that is close to where you live and will have the best prices on your medications. Tamoxifen is a drug that has tab azee 500 price Ben Mehidi been in use for the treatment of breast cancer for decades. Buy nolvadex (generic nootropics), buy nootropics nootropics, where can i buy nolvadex.

Buy doxycycline for dogs buy doxycycline and doxycycline-medicated capsules are intended solely or potentially for use in the veterinarian's clinical practice. I have been doing some reading about the diabecon, madhunashini and shigao-shugi exercises and was valaciclovir buy manly wondering if there was any difference between them. Nolvadex is used for the treatment of alcohol dependence in the us and some other countries.

Wagner – Holender Tułacz

Niewielki niemiecki statek handlowy „Thetis” zmierzał 26 lipca 1839 roku z Pilawy, bałtyckiego portu leżącego w pobliżu stolicy Prus Wschodnich, Królewca, do Londynu. Po bezpiecznym przejściu przez Bałtyk statek napotkał gwałtowny sztorm w Kattegacie, cieśninie oddzielającej Danię od Szwecji. Sztorm nie zelżał, gdy sta tek wszedł do Skagerraku, szerokiego ramienia Morza Północnego wci skającego się między północne wybrzeże Danii i południowe Norwegii. Podczas gdy kapitan statku i jego sześcioosobowa załoga zajęci byli walką z żywiołem, troje pasażerów schroniło się w wąskiej kabinie kapitańskiej. Dwoje z nich powaliła morska choroba. Tych dwoje to dwudziestosześcioletni Niemiec i jego piękna żona; trzecim pasażerem był ogromny pies, nowofundlandczyk, o dźwięcznym imieniu Robber. Pies, należący uprzednio do ryskiego kupca, mógł być już obyty z morzem, dla dwojga była to pierwsza morska podróż. Młoda kobieta leżała wyciągnięta na łóżku kapitana z uczuciem, że za chwilę umrze, a mężczyzna nie był w wiele lepszym stanie. Ludzie cierpiący na chorobę morską z reguły nie są w stanie myśleć o czymkolwiek, od czuwanie cierpienia pochłania ich całą uwagę. Wiedząc, że mężczyzną tym był Ryszard Wagner, czy możemy sądzić, że myślał on wtedy o legendzie Holendra Tułacza jako temacie nowej opery? Czy był wtedy w stanie nadającym się do myślenia o czymkolwiek? Tego raczej nie dowiemy się nigdy.

Dotychczasowym życiem Wagnera w dużej mierze rządził przypadek. Z natury żywy i pozytywnie nastawiony do życia został wciągnięty w duszną atmosferę prowincjonalnego środowiska teatralnego w Niemczech. Szczerze mówiąc, nie miał większego wyboru. Jako były student lipskiego uniwersytetu musiał w wieku lat dwudziestu rozejrzeć się za jakimś zajęciem. A że jedyną rzeczą, jaka go naprawdę interesowała, by ła opera, jego starszy brat Albert, czołowy tenor opery w Würzburgu, znalazł mu tam posadę korepetytora chóru. Tam też, w czasie letniej przerwy w występach, rozpoczął komponowanie swej pierwszej opery Boginki, którą ukończył w sześć miesięcy później, już po wygaśnięciu jego umowy o pracę w Würzburgu. I tu pech, który jeszcze wiele razy miał go w życiu prześladować, dał znać o sobie. Gdy wrócił do rodzinnego domu w Lipsku i zaoferował swe dzieło tamtejszej operze, jej kierownictwo nie odrzuciło jej wprost, ale zwodziło Wagnera wystarczająco długo, by zrozumiał, że tej opery w Lipsku nikt, poza samym Wagnerem, nie ma zamiaru wystawiać. Przedstawiono mu jednak propozycję objęcia posady dyrektora teatru w Magdeburgu, który wystawiał zarówno sztuki teatralne, jak i opery. Brzmiało to rozsądnie i zachęcająco do czasu odbycia wstępnej rozmowy z Bethmannem, dyrektorem magdeburskiego teatru, który zrobił na Wagnerze wrażenie osoby niekompetentnej i niedbałej. Już miał zamiar zrezygnować, gdy natknął się na najpiękniejszą aktorkę magdeburskiego zespołu Minnę Planer i zmienił zdanie. Trudno dziś dociekać, jakimi przymiotami dysponowała panna Planer, ale Wagner nie tylko się z nią ożenił, ale zakotwiczył w Magdeburgu na dwa lata, choć sytuacja w teatrze nie była zachęcająca. Te dwa lata spędzone w Magdeburgu to ciężka praca i niewystarczające zarobki. Same stawki były nawet na poziomie pozwalającym związać koniec z końcem, gdyby były wypłacane regularnie. Bethmann utrzymywał swoje przedsiębiorstwo na powierzchni nie płacąc artystom według umówionych stawek i w terminie. Powodowało to stan permanentnego zadłużenia. Poza tym fakt, że Minna miała wielu „admiratorów” wśród grona lokalnych miłośników teatru, był dla Wagnera przyczyną nieustannego uczucia zazdrości. Mimo to młody dyrektor muzyczny starał się jak najlepiej wykonywać swoją misję, potrafił zdyscyplinować zespół, podniósł się poziom przedstawień, a nawet udało mu się wystawić Fidelia i Wolnego strzelca. Całkiem nieźle, jak na kogoś, kto zaczynał tę pracę zupełnie bez doświadczenia.

Należy też nie zapominać, że cały okres magdeburski, i nie tylko ten, jak się niebawem przekonamy, był dla Wagnera jednym wielkim stresem spowodowanym stanem nieustannego zadłużenia wobec różnych osób; albo pożyczał pieniądze: albo zastawiał, lub co gorsza sprzedawał jakieś wartościowe przedmioty, żeby uzyskać środki na przeżycie. Zapewne, nie kiedy bywał rozrzutny, ale z tym, ile i jak płacił Bethmann, tak czy inaczej musiał popaść w długi.

Pod koniec drugiego roku pracy w teatrze Wagner nabył prawo do benefisu. Zamierzał dyrygować dwoma przedstawieniami swej świeżo skompono wanej opery Zakaz miłości, a z uzyskanych pieniędzy pospłacać naj pilniejsze długi. Ale krótko przed terminem benefisu nastąpiła długo oczekiwana katastrofa – Bethmann zbankrutował, a niespłaceni artyści zaczęli opuszczać tonący okręt. Niemniej, część z nich postanowiła wielkodusznie pozostać jeszcze tydzień lub dwa i doprowadzić, oczywiście bez zapłaty, do wystawienia opery swego młodego dyrektora. Jed nak Bethmannowi udało się i tym razem przechytrzyć Wagnera; zawarli umowę, że dochód z pierwszego przedstawienia będzie przeznaczony na opłacenie nowych dekoracji do opery, dochód z drugiego pójdzie do kieszeni beneficjenta. Bethmann przewidywał, że przy tak małej ilości prób premiera zrobi klapę i drugie przedstawienie odbędzie się przy pustej widowni. I tak też się stało. Ponadto ze względów oszczędnościowych nie wydrukowano, jak to było w zwyczaju, dodatkowych egzemplarzy libretta dla widowni, która nie bardzo orientowała się w intrydze dziejącej się na scenie. Drugie przedstawienie, mające być właściwym benefisem kompozytora, nawet się nie odbyło z powodu bójki całego zespołu (chodziło oczywiście o kobietę), ale nawet bójce towarzyszyła prawie pusta wido wnia. I tak wyglądał koniec drugiej opery Wagnera i koniec jego pracy w Magdeburgu.

Zdobycie nowej pracy dla kogoś takiego jak Wagner nie było sprawą łatwą. Łatwiej było znaleźć nowe zatrudnienie jego żonie, aktorce. Po niedługim czasie została zaangażowana przez teatr w Królewcu. Do Prus Wschodnich wyjechali razem w nadziei, że na miejscu i dla niego znajdzie się jakaś praca. Minna zgłosiła kandydaturę męża na stanowisko dyrektora muzycznego teatru, chociaż obecny dyrektor teatru w Królewcu, Louis Schuberth, wcale nie miał zamiaru ustąpić. Był wprawdzie w Królewcu zatrudniony tymczasowo (jego Teatr Niemiecki w Rydze był aktualnie w przebudowie), ale odkąd związał się uczuciowo z królewiecką primadonną, wcale nie śpieszyło mu się do żony. Kierownictwo teatru zaoferowało Wagnerowi posadę drugiego dyrygenta i w tej sytuacji nie pozostało mu nic innego, jak zaakceptować marną pensyjkę i dalej brnąć w długi. Swoją drogą, jak osoba z talentem i ambicjami Wagnera zgodziła się na takie stanowisko na odległej prowincji, z dala od cen trum kultury niemieckiej?

Mniej więcej w tym samym czasie dali znać o sobie wierzyciele z Magdeburga. Stosując formalny kruczek prawny podsunięty przez sprytnego adwokata, udało się Wagnerowi wywinąć na jakiś czas z kłopotu, ale suma długów przez to się nie zmniejszyła. Zapoznał się też i zaprzyjaźnił z Abrahamem Möllerem, miłośnikiem teatru, człowiekiem majętnym i doś wiadczonym, ustosunkowanym w kołach teatralnych i nie tylko. Dzięki jego pomocy uzyskał w końcu Wagner stanowisko dyrektora muzycznego w miejsce Schubertha. Niestety, powtórzyła się sytuacja z Magdeburga. W miesiąc po objęciu nowej posady teatr zbankrutował i nasz bohater znów został bez pracy. Jakby tego było mało, doszły jeszcze kłopoty osobiste – odeszła od niego żona. Ciągłe życie z dnia na dzień, brak pieniędzy, pożyczki, zastawy i molestowanie przez wierzycieli doprowadziły do tego, że pewnego dnia uciekła z jednym z „admiratorów jej talentu”, jacy się zawsze wokół niej kręcili. Minna, osoba opanowana, pewna siebie i nie pozbawiona tupetu, była dla Wagnera oparciem w tru dnych chwilach, dlatego jej odejście było prawdziwym ciosem. Pognał za nią aż do Drezna, przekonywał i błagał, aby wróciła do niego, a gdy groźby i prośby nie skutkowały, wszczął formalne kroki rozwodowe.

W tym czasie uzyskał angaż na stanowisko dyrektora muzycznego Tea tru Niemieckiego w Rydze (dokąd Schuberth jednak nie powrócił). Stanowczość w postępowaniu z Minną okazała się właściwą metodą. W niedługim czasie napisała do Wagnera długi, pełen skruchy list, w którym prosiła o przebaczenie i zezwolenie na powrót. On przyjął ją z otwartymi ramionami, ale nie bez zastrzeżeń; musiała zrezygnować z kariery aktorskiej i zerwać z „admiratorami”. Minna przyjęła te warunki i pożycie ich na jakiś czas wróciło do normy. Ale układ ten sprawił, że te raz obowiązek utrzymania ich obojga spadł całkowicie na jego barki. Co skłoniło Wagnera, że przyjął posadę dyrektora muzycznego Teatru Niemieckiego w Rydze? Wygląda na to, że z braku lepszych propozycji wziął to, co było jeszcze do wzięcia, własne ambitne zamierzenia odkładając na lepsze czasy. Ryga, wprawdzie niezbyt odległa od Królewca, leżała na terytorium rosyjskim i była zamieszkała przez niewielką kolonię niemiecką. Holtei, dyrektor teatru, był pozbawiony smaku muzycznego. Teatr uważał za miejsce czystej rozrywki, im bardziej frywolnej, tym lepiej. Mimo to Wagnerowi udało się w pierwszym roku wystawić piętnaście oper, a w drugim aż dwadzieścia dwie. Co więcej, wy cofał się całkowicie z życia towarzyskiego i udało mu się ukończyć pierwsze dwa akty swej trzeciej opery Rienzi. Zdegustowany niskim poziomem prowincjonalnych teatrów niemieckich tak zaplanował i skompo nował tę operę, żeby mogła być wystawiona tylko w Mekce wszystkich kompozytorów operowych, w Grand Opera w Paryżu.

Wysłał listy do Meyerbeera, ówczesnego najsłynniejszego kompozytora oper wystawianych w Operze oraz do Scribe’a, najbardziej wziętego pa ryskiego librecisty, szukając u nich poparcia. Wysłał też do Paryża partyturę Zakazu miłości wraz z librettem przetłumaczonym na fran cuski. „Zdobycie Paryża” – ta myśl zdominowała jego wszystkie działania. Tymczasem wskutek intrygi Holtai’a Wagner utracił posadę w teatrze. Co gorsza, jego długi osiągnęły taki poziom, że wierzyciele zajęli jako zabezpieczenie jego paszport. Kierownictwo teatru skłonne było wy płacić mu jako odprawę dwumiesięczne pobory. Sytuacja stała się więc dramatyczna, a ucieczka jedynym wyjściem (paszport był u wierzycieli). Tylko, dokąd? Na terytorium niemieckim mógł być dalej ścigany za długi przez niemieckich wierzycieli. Wobec tego przyjął Wagner następujący plan: ucieknie do Paryża, aby zostać poza prawnym zasięgiem wierzycieli. Tam wystawi w Operze Rienziego i po osiągnięciu ogromnego sukce su stanie się sławny i bogaty, a jeszcze lepiej bogaty i sławny. Jak widać, jego wiara w siebie była niezachwiana. Minna zgodziła się towarzyszyć mu w tej eskapadzie, a Robbera nie pytano już o zdanie. Żadne z nich nie było do końca świadome, na jakie niebezpieczeństwa mo gą być narażeni w czasie takiej podróży. Jak się wydaje, jedyną osobą świadomą wszystkich trudności i niebezpieczeństw w tej podróży był Abraham Möller, który pośpieszył Wagnerom z finansową i logistyczną pomocą. Wsadził całą trójkę do swego powozu i przez dwa dni bocznymi drogami jechali w kierunku granicy. W pobliżu granicy Möller zostawił pasażerów w jakiejś przemytniczej kryjówce pod opieką zaufanego przewodnika, a sam legalnie przekroczył granicę w powozie. Po zapadnięciu zmroku przewodnik zabrał ich pieszo pod samą linię graniczną, po czym kazał im biec przed siebie jak najszybciej, tak długo, aż znajdą się poza zasięgiem ognia kozackich karabinów. I tak też zrobili. Dzięki Bogu Robber nie zaszczekał ani razu. Możemy się tylko domyślać, że już wtedy Minna miała dość tej podróży!

Möller czekał na nich po niemieckiej stronie granicy i wkrótce jechali jego powozem w kierunku Arnau, gdzie wypoczywali kilka dni po tym zdarzeniu, choć był to dopiero początek przygód. Ponieważ ze względu na wierzycieli nie mogli pokazać się w Królewcu, bocznymi drogami uda li się do Pilawy. Po drodze powóz się wywrócił, Minna dotkliwie potłukła się i przez następne kilka dni dochodziła do siebie w jakiejś wiejskiej chacie. W końcu dotarli do Pilawy i zostali przeszmuglowani nocą na pokład „Thetis” w wynajętej łódce, a na czas odprawy celnej ukryci w jakimś schowku. Wreszcie statek postawił żagle i Wagner po pięciu okropnych dla niego latach wyruszył do Londynu i dalej, do Paryża po sukces i sławę. A potem, w Kattegacie, dopadł ich sztorm.

Następnego dnia po tym, od którego zaczęliśmy tę opowieść, kapitan statku zmuszony został przez gwałtowny zachodni wiatr do szukania schronienia u południowych wybrzeży Norwegii. Gdy zbliżali się do brzegu, Wagner wyszedł na pokład i obserwował, jak statek mija labirynt skał u wejścia do spokojnego fiordu. Gdy dotarli do przystani w okolicach małej rybackiej wioski Sandwike, rzucono kotwicę, a załoga zajęła się zwijaniem żagli. Wagner doznał wtedy nieopisanego uczucia, słuchając jak śpiew marynarzy odbija się echem od granitowych ścian fiordu. Zdarzenie to tak pobudziło jego wyobraźnię, że odnajdujemy je jako pieśń żeglarzy norweskich śpiewaną na początku pierwsze go aktu Holendra Tułacza (gdy statek ich bezpiecznie dotarł do Sandwike!).

Już chyba w tym czasie rozważał Wagner legendę o Holendrze Tułaczu jako temat do nowej opery. Pytał marynarzy z „Thetis”, która wersja tej legendy jest im znana, a po doświadczeniu osobistym z prawdziwym sztormem temat ten mógł już nabierać poetyckiego i muzycznego kształtu w jego umyśle. Treść legendy mówi o holenderskim kapitanie statku, który starając się opłynąć jakiś przylądek napotkał złą pogodę i prze ciwne wiatry. Był jednak tak uparty, że kontynuował swój zamiar w tych warunkach i postanowił, że będzie to robił aż do dnia Sądu Ostatecznego, jak sam podobno powiedział: …choćby wszystkie diabły w piekle miały mi w tym przeszkodzić. Lucyfer złapał go za słowo i skazał na wieczną żeglugę. Pozwolił jednak Holendrowi raz na siedem lat zawinąć do portu i szukać kobiety, która by zechciała pokochać go i być mu wierną aż do śmierci. Tylko w ten sposób mógł wyzwolić się Holender od ciążącej na nim klątwy. Ta wersja legendy była tematem sztuki wystawionej kiedyś w Amsterdamie, o czym czytał Wagner w którymś z artykułów Heinego. Zbawienie przez miłość – oto był temat godny Wagnera! Ale było jeszcze przed nim wiele sztormów do przetrwania.

31 lipca, w czasie próby wyjścia z Sandwike, „Thetis” otarł się o skałę i musiał wrócić dla dokonania przeglądu. Po wyjściu z fiordu następnego dnia statek napotka najpierw kilka dni ciszy, a następnie sil ny wiatr z północy, który mógł przyspieszyć zakończenia podróży. Niestety, 6 sierpnia przyszedł kolejny sztorm, który szalał 2 dni. Minna modliła się, by umrzeć raczej od pioruna niż przez utonięcie. Wagner bardziej niż sztormu bał się wrogich spojrzeń marynarzy, którzy uważali go za Jonasza, który sprowadził na statek pecha. I mieli po temu powody; o tej porze roku podróż na tej trasie powinna trwać osiem dni, a byli na morzu już blisko trzy tygodnie.

Gdy sztorm ucichł, okazało się, że statek znajduje się w rejonie mielizn u wybrzeży Holandii. Obrano właściwy kurs i wkrótce „Thetis” znalazł się u wybrzeży Anglii w rejonie Southwold. Na statek przybył pilot, który pomógł przejść przez niebezpieczny akwen i zakotwiczyć u ujścia Tamizy 12 sierpnia 1839 roku. Zaczynał się nowy okres kłopotów w życiu Wagnera.

(ciąg dalszy w następnym numerze)

Jerzy Grocz


Patrz też: