Biuletyn 1(18)/2001  

Wratislavia Cantans 2000

Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans w 2000 r. skończył 35 lat i jest tak bardzo związany z Wrocławiem, że trudno sobie wyobrazić, że mogłoby go nie być. A zdarzyło się tak jesienią owego powodziowego roku, kiedy odbył się tylko jeden koncert, ale wtedy mało komu we Wrocławiu były w głowie koncerty.

Kto choć pobieżnie zna repertuar wrocławskiego festiwalu wie, że obejmuje on muzykę różnych epok. W czasie trwania (około 10 dni) odbywają się 2-3 koncerty dziennie, słuchacze mają do wyboru muzykę oratoryjno-kantatową i symfoniczną, kameralną, spektakle teatralne i baletowe, recitale wokalne i instrumentalne, koncerty-wernisaże, wystawy prac plastycznych – cudowna różnorodność! Gościło tu wielu wspaniałych polskich i zagranicznych artystów. Kogóż na tym festiwalu nie słyszeliśmy? Nie musiałam wyściubiać nosa poza Wrocław, by usłyszeć najlepszych wykonawców ulubionej muzyki dawnej, bo gościli tu R. Jacobs, E. Kirkby, J. Urbaniak i Ars Nova, Warszawska Opera Kameralna, A. Scholl, W. Christie z zespołem, Ch. Hogwood, T. Koopman i in. Niektórzy występowali kilkukrotnie.

Dzięki festiwalowi poznawaliśmy dzieła mało znane. Choćby Acisa i Galateę Händla. Mili Klubowicze z Krakowa wyrazili przypuszczenie, że dzieło nie było do lata 2000 wykonane w Polsce. Otóż nie! Było wykonane dwukrotnie na Wrastislavii – po raz pierwszy we wrześniu 1996 r. przez Wrocławską Orkiestrę Kameralną „Leopoldinum”, Chór Konserwatorium z Poitiers i uczestników Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej pod dyrekcją Roberta Satanowskiego. Po raz drugi usłyszeliśmy Acisa… miesiąc później podczas Międzynarodowego Dnia Muzyki, tym razem w operze, a „Leopodinum” grała pod batutą Jerzego Maksymiuka.

Wratislavii zawdzięczam wiele niezapomnianych koncertów, m.in. koncert zespołu The King’s Singers z utworami muzyki rozrywkowej zabawnie wykonanymi na bis, koncert trzech kontratenorów – Paul Eswood i przyjaciele, wieczór z ognistym flamenco – występ Paco Pena Flamenco Ensemble, fenomenalny występ rosyjskiego chóru pod dyrekcją W. Polianowskiego z muzyką cerkiewną, czy J. Maksymiuka ze Szkocką Orkiestrą BBC i Mozartem, albo Hallé Orchestra z Manchesteru pod S. Skrowaczewskim z Moniuszkowskim mazurem zagranym na bis tak, że mieliśmy wrażenie, że katedra św. Marii Magdaleny eksploduje. Wratislavia odkryła dla mnie przed laty muzykę wieków średnich, zapraszając zespół The Dufay Collective. Pamiętam to zarozumiałe nastawienie: co mi tam jakieś średniowiecze może pokazać? Pokazało! Pierwsza cantiga, następna i… Najpierw totalne zaskoczenie, potem zachwyt, a w przerwie bieg po płytę zespołu – do dziś jedną z ulubionych i najczęściej słuchanych.

Niezapomniane chwile, artyści, koncerty – lata mijają, a one tkwią w pamięci ciągle żywe, bo były wspaniałe, bo zostały programy, płyty, kasety video, festiwalowe gadżety, wspaniałe fotografie. M.in. te robione przez znanego wrocławianina Tadeusza Szweda, niestety nieżyjącego od ponad roku – chcę o Nim wspomnieć, bo był bardzo kulturalnym, eleganckim panem, obwieszony aparatami poruszał się bezszelestnie, nie przeszkadzając słuchaczom, bez tego nieznośnego zadęcia i szumu, jaki robią wokół siebie inni. Chwała Bogu, że pozostały choć albumy. Słyszę, bo widzę – powiada Marek Dyżewski we wstępie do albumu Wratislavia Cantans – spojrzenie na festiwal. Dzięki temu, że widzę, przywołuję w pamięci najpiękniejsze koncerty.

Malując laurkę na 35 urodziny Wratislavii, nie można zapomnieć o jego twórcy – Andrzeju Markowskim. Temu Artyście, jego uporowi i wielkiej pasji do muzyki oratoryjnej zawdzięczamy festiwal. Chwała Mu za to! Andrzej Markowski bardzo szybko przekazał pałeczkę Tadeuszowi Strugale, który dyrygował festiwalem przez 20 lat. A całą tę działalność równie pięknie ujął Marek Dyżewski w swoim świetnym – jak zwykle – eseju Quo vadis, Wratislavia Cantans?: Tadeusz Srugała. Rozbudował więc ten festiwal. Zmonumentalizował go. Zharmonizował jego kształt z gatunkiem prezentowanej muzyki. Małą „kantatę”, którą ten festiwal przypominał na początku – przekształcił w wielkie „oratorium”. (…) Cóż jest istotą takiej właśnie formy? Zmienność, kontrast, różnorodność. I za to kocha się Wratislavię. Słuchacz – miłośnik Wratislavii to słuchacz stęskniony wielkiej muzyki i pogodzony z jej nadmiarem, bo nawet jeśli powoduje zmęczenie fizyczne, to daje wiele wzruszeń, radości, „ładuje akumulatory” na cały rok. I kiedy przebrzmiewają ostatnie dźwięki późnowieczornego koncertu, już tęskni się za kolejnym wrześniem, by znów z dreszczykiem emocji wpatrywać się w wieżę Ratusza, z której płyną dźwięki festiwalowego hejnału, na znak, że zaczął się wielki maraton muzyczny.

Od kilku lat kierują festiwalem panie Lidia Geringer d’Oldenberg – dyrektor generalny i Ewa Michnik – dyrektor artystyczny. Wratislavia zmienia się i nie wszystko budzi zachwyt najdawniejszych melomanów. Ale najważniejsze, że jest.

W imię Bacha

Jako że w 2000 r. przypadała 250 rocznica śmierci Jana Sebastiana Bacha, w programie festiwalu dominowała muzyka lipskiego kompozytora. W imię Bacha – tak brzmiało motto millenijnej Wratislavii, taki też tytuł nosił koncert inauguracyjny w Ratuszu – występ angielskiego zespołu Florilegium. Zespołu stosunkowo młodego, bo powstałego w 1991 r., ale już docenianego i nagradzanego szczególnie za interpretacje muzyki XVII i XVIII w. W Ratuszu zagrali muzykę J. S. Bacha i dwóch jego synów. Młodzi artyści występowali z wybitnymi solistami – Derekiem Lee Raginem i Emmą Kirkby. A w czasie kolejnego wieczoru we Wrocławiu koncertowali z Michaelem Chancem. Artysta ten należy do najwybitniejszych i najbardziej rozchwytywanych kontratenorów świata. Chance wystąpił z pieśniami Purcella. Podbił publiczność już na wstępie; przywitał się mówiąc kilka zdań kapitalnie zabawną, łamaną polszczyzną. Zachowywał się jak showman, ale robił to taktownie, z umiarem, w granicach dobrego smaku. A potem już tylko pięknie śpiewał. Był też świetny aktorsko, tworzył z każdego utworu mały teatr. Na scenie był pełen swobody, ale też ujmującej kultury, taktu wobec muzykujących z nimi artystów, także wobec publiczności. Kapitalnie dialogując, muzycy bawili się, radowali, czym zarażali audytorium. Czuliśmy tę wielką radość muzykowania i życzliwość płynącą ku nam z estrady Auli Leopoldiny – ślicznej, bogato zdobionej, barokowej sali muzycznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Gdzież może muzyka dawnych mistrzów brzmieć równie pięknie?

Kantaty Bacha

Opera Dolnośląska wystąpiła z dwoma kantatami J. S. Bacha. Wiadomo, że lipski kantor nie pisał oper, ale znawcy przedmiotu uznają jego kantaty świeckie za namiastkę tego gatunku. Artyści wrocławscy pokazali dwie najsłynniejsze – Kantatę chłopską i Kantatę o kawie. Autorem tekstów obu tych kantat jest, współpracujący wiele lat z Bachem, niemiecki poeta i literat Ch. F. Henrici (Pimander).

Fabuła Kantaty chłopskiej jest nikła: do nowego pana przychodzą wieśniacy z życzeniami i gratulacjami. Pan zaprasza do karczmy, gdzie wszyscy bawią się wesoło, tańcząc i śpiewając. W Kantacie o kawie także niewiele się dzieje. Jest to satyra na modę picia kawy, która rozpowszechniła się w Europie na początku XVII w. Schlendrian, ojciec, usiłuje odzwyczaić córkę Lieschen od picia kawy. Córka niczego od ojca nie chce przyjąć, zgadza się dopiero, gdy tatuś obiecuje znaleźć jej męża. Sprytna dziewczyna liczy na to, że wymusi na narzeczonym pozwolenie na picie kawy.

Obie kantaty przygotował muzycznie Tomasz Szreder, a wyreżyserował i zainscenizował Robert Skolmowski. Są pełne humoru i uroku. Scenografia skromna, ale rekompensują wszystko kostiumy projektu Małgorzaty Słoniowskiej. W Kantacie chłopskiej cieszą bogactwem, bajeczną formą i kolorem – na scenie nie ma postaci ludzkich, lecz zabawnie poruszające się, dorodne warzywa, co nasuwa automatyczne skojarzenia z symbolicznymi obrazami włoskiego manierysty Giuseppe Arcimboldiego. A w Kantacie o kawie? Można sobie wyobrazić – różne akcesoria związane z parzeniem i piciem kawy. Czegóż tu nie ma? Worki z kawą, młynki do kawy, Schlendrian to dzbanek, a Lieschen to filiżanka paradująca z kostką cukru na głowie. I trzeba widzieć komiczne miny Andrzeja Witlewskiego (Ojciec), który stanowczo odbiera z rąk Natalii Kowalowej (Córka) kolejne filiżanki kawy i ze złośliwą satysfakcją odrzuca w kąt! To trzeba słyszeć! Odgłos tłukącej się zastawy potęguje efekt końcowy. Wśród wykonawców zwraca uwagę Natalia Kowalowa, bo śpiewa ładnie, jest pełna wdzięku. Artystka pochodzi z Ukrainy, jest solistką Opery we Wrocławiu, a w czasie festiwalu wystąpiła jeszcze w koncercie słynnego The Bach Ensemble pod dyrekcją Joshuy Rifkina. Warto ją zapamiętać. I wszystko byłoby udane, gdyby…

No właśnie. Poznaliśmy to przedstawienie wcześniej – premiera odbyła się wiosną 2000 r. w innej sali. Sala jak sala. Ale mnie tam muzyka barokowa jakoś nie brzmi i koniec! Dlatego radość nasza była wielka, gdy w czasie festiwalu zamierzano pokazać przedstawienie w Oratorium Marianum – ładnej, choć mniejszej od Leopoldiny sali muzycznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Ale jako nienasyceni wielbiciele Wratislavii, którzy chcieliby usłyszeć i zobaczyć wszystko, biegaliśmy z koncertu na koncert i wpadając pięć przed dwunastą, zastaliśmy już wszystkie przyzwoite miejsca zajęte. Siedliśmy zatem na podeście wciśnięci między organy a orkiestrę. Widać kiepsko, bo zasłaniają widzowie, słychać też nie najlepiej… I nic z miłych sercu nauk renesansowego mistrza Johannesa Tinctorisa o muzyce, która ma ludzi cieszyć, a obcowaniu ludzi przyjemności dodawać, bo zamiast przyjaznych kieruje się ku bliźnim – Bogu ducha winnym, ale przecież przeszkadzającym – złe myśli. Można rozsiąść się wygodnie, dać sobie spokój z patrzeniem, zamknąć oczy i słuchać. Ale przecież: słyszę, bo widzę. Lepiej słyszę, gdy dobrze widzę. Cóż pozostało – zrezygnować z oglądania tego, co na scenie, a zająć się oglądaniem tego, co bliżej – orkiestry i prowadzącego spektakl Tomasza Szredera. Rzadko kiedy publiczność ma okazję obserwowania dyrygenta z pozycji muzyka. A to całkiem pasjonujące wrażenie.

Wydarzenia nadzwyczajne Wratislavii

Poza wrześniową edycją Wratislavia Cantans zaprosiła melomanów na koncerty nadzwyczajne. Do nich należał występ zespołu Le Ballet Impérial de Russie 3 listopada. Artyści tego zespołu są gwiazdami lub solistami różnych wielkich baletów rosyjskich. Dyrektorem zespołu został G. Taranda, a M. Plisiecka – prezydentem honorowym. We Wrocławiu artyści Carskiego Baletu Rosyjskiego wystąpili na scenie Teatru Muzycznego. Na program wieczoru złożyło się divertissement z fragmentów słynnych baletów w układach klasycznych M. Fokina i M. Petipy (Giselle, Umierający łabędź, Don Kichot) i nowocześnie ułożonych, m.in. Carmen do muzyki Bizeta – Szczedrina. Tancerze zakończyli występ pełnym humoru kankanem Offenbacha z solistą-mężczyzną ubranym w damską suknię, wyczyniającym sztuczki baletowe, prawie cyrkowe. Mnie najbardziej spodobało się Bolero Ravela zatańczone zachwycająco na zakończenie pierwszej części wieczoru. Mimo że bolero to stary hiszpański taniec, dzięki choreografii wraz z artystami znaleźliśmy się w jakiejś tajemniczej hinduskiej świątyni. Narastająca muzyka z narastającym, prawie orgiastycznym tańcem robiły niesamowite wrażenie. Niesamowitości całej atmosferze dodawały jeszcze piękne czarno-złote kostiumy tancerzy. Perfekcja, piękno i oryginalność.

Oratorium Bożonarodzeniowe

W ramach nadzwyczajnych wydarzeń Wratislavii Cantans odbył się też koncert bożonarodzeniowy. Nie znam lepszego utworu – choć jest wiele dzieł napisanych na tę okazję – nad Bacha Weihnachtsoratorium. I co z tego, że – w opinii znawców tematu – nie jest to faktycznie oratorium, tylko gatunek kantaty, na dodatek nie jest kompozycją oryginalną, bo muzyk w nowym dziele wykorzystał arie i chorały ze starych kantat (BWV 213, 214, 215). Mieszanie gatunków, zapożyczenia – to praktyka często stosowana w dobie renesansu i baroku. Poza tym, skoro sam Bach nazwał dzieło „oratorium”… W każdym razie utwór jest piękny. Wśród wykonawców tego świątecznego koncertu znaleźli się Iwona Hossa, Agnieszka Rehlis, Tomasz Krzysica, Radosław Żukowski, orkiestra Leopoldinum i poznański chór „Polskie Słowiki” pod dyrekcją Wojciecha A. Kroloppa.

Nastrój bożonarodzeniowego wieczoru, natchniona muzyka Bacha, wzruszające wykonanie, zwłaszcza fantastyczne chłopięta z chóru W. A. Kroloppa – to mnóstwo nieopisanych wrażeń. Niebagatelne były też czas i miejsca wykonania utworu. Tu i teraz – tu, czyli w kościele, miejscu, dla którego wielki Bach przeznaczył swój utwór, teraz – czyli w okresie Bożego Narodzenia. A jeżeli Boże Narodzenie – to w naszej tradycji kolędy, zaśpiewane na bis. Ostatnim bisem W. A. Krolopp powrócił do Bacha, zamykając tym samym obchody 250 rocznicy śmierci kompozytora i 35 edycję festiwalu Wratislavia Cantans.

A od 1 do 9 września 2001 kolejne wielkie muzykowanie we Wrocławiu. Zapowiadane są występy m.in. C. Bartoli, M. Vengerova, A. Wita, K. Pendereckiego, F. Biondiniego, Europy Galante, Sinfonii Varsovii. Warto być w tym czasie we Wrocławiu.

Elżbieta Kubiak