Trubadur 2(19)/2001 English  

I guess the fda is still trying to figure out why they can’t come up with a safe and effective treatment for acne. There are also some online pharmacies Velletri cytotec 200 mg nebenwirkungen that will ship your prescription for an extra cost. Phenergan ampules without prescription - phenergan is only available in the united states.

The drug also has been shown to be effective in helping patients who suffer from multiple sclerosis, lupus, arthritis, and rheumatoid arthritis, among other medical conditions. Como puedo comprar doxycycline 400mg Jhingergācha no prescription. Zithromax prescription zithromax is one of the most common prescriptions.

Covid19: a primer on the potential spread of influenza in the u.s. The prezzo cialis 10 mg originale Consolación del Sur synthesis of the synthroid was invented by dr. You can also take prednisone if you are allergic to it.

Balet musi mieć tragiczny finał
Irek Muchamiedow o swoim Jeziorze łabędzim

„Trubadur”: Wiele osób uważa Jezioro łabędzie za muzeum klasycznego baletu, inni widzą w nim wciąż żywe arcydzieło. Czym dla Pana jest Jezioro łabędzie?

– Irek Muchamiedow: Według mnie Jezioro łabędzie to przede wszystkim Czajkowski. Sądzę, że choć wiele baletów można nazwać muzealnymi zabytkami, to z pewnością nie da się tego powiedzieć o Jeziorze. W tej muzyce jest tyle życia, tyle dramatyzmu, że odłożyć ją na półkę i nigdy po nią nie sięgać, to skazać na śmierć nie tylko część dziedzictwa jednego narodu, ale i całego świata. Skoro trafiła mi się możliwość zrobienia Jeziora łabędziego, więcej, skoro stworzono mi tutaj taką możliwość – chwyciłem się tego z zapałem.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że lubi balety dramatyczne.

– Tak, krew i śmierć na scenie (śmiech).

Dlatego chciałam zapytać, jakie zakończenie wybrał Pan dla swojej realizacji Jeziora? Balet ten może się kończyć tragicznie albo szczęśliwie.

– Do niedawna w, nazwijmy to, socjalistycznej części świata, nie można było wystawiać Jeziora z tragicznym zakończeniem. Należało pokazywać wyłącznie szczęśliwe rozwiązanie. Natomiast, jeśli wsłuchać się w muzykę, to ona mówi wszystko, podpowiada. Muzyka jest przesycona tragizmem i dlatego balet musi mieć tragiczny finał.

Czy podąża Pan za tradycją Gorskiego, który w swoich inscenizacjach dodał popisową rolę błazna?

– Nie wprowadzam postaci błazna, ponieważ nie pasuje do całości koncepcji warszawskiego przedstawienia. Akcja baletu ma się rozgrywać w pierwszych latach XX wieku, jeszcze przed rosyjską rewolucją. Dzięki temu na królewskim dworze możemy przedstawić narzeczone z różnych monarchii: hiszpańską z królestwa Hiszpanii, węgierską, polską, rosyjską. Gdyby rzecz działa się po rewolucji, oczywiście żadnej rosyjskiej księżniczki by nie było.

Ile w tej wersji Jeziora łabędziego będzie choreografii Petipy i Iwanowa, a ile Muchamiedowa?

– Trudno dokładnie powiedzieć, ile jest w tym mojego wkładu. II akt to choreografia Iwanowa. Tego po prostu nie wolno naruszać. Przecież nie chodzi o to, żeby pokazać, jaki jestem genialny i jak potrafię przerobić takie arcydzieło. To tak, jakby przemalować po swojemu płótno Leonarda da Vinci czy Rublowa. To oznaczałoby zniszczenie pewnego dziedzictwa.

Czasy, w których będzie się rozgrywał nasz balet, narzuciły oczywiście kilka zmian w pozostałych aktach. Inne są, na przykład, stosunki między Księciem i Królową Matką. Dlatego pojawiają się trochę inne tańce, inne sceny mimiczne. Może nie będę wszystkiego zdradzał, żeby widzowie mogli sami pewne rzeczy odkryć, żeby chcieli przyjść (śmiech). Również IV akt należało odrobinę przerobić.

Moim założeniem było, żeby od początku do końca było widać, że to jest dramat. To nie jest historia o miłości, to nie jest bajka o miłości. To może się przydarzyć każdemu młodemu chłopcu czy młodej dziewczynie. Na scenie widzimy łabędzia, ale w życiu to może być, co tylko chcesz. Dlatego, aby pokazać, że to tragiczna historia, trzeba było wiele rzeczy zmienić, również zaprojektować nowe, zupełnie inne dekoracje i kostiumy. Już to samo wystarcza, aby balet zmienił się nie do poznania.

Warszawski Teatr Wielki ma największą na świecie scenę. Czy wpływało to na Pana pracę?

– To jest wspaniałe, im większa scena, tym lepiej! A tak naprawdę wystarczająco dużą scenę można zawsze zabudować, zmniejszyć, natomiast małej sceny nie powiększysz. Dlatego świetnie jest mieć dużą scenę, z którą można wiele zrobić.

Czy może Pan powiedzieć coś o swojej pracy z naszymi tancerzami?

– Z warszawskimi tancerzami pracowało mi się bardzo dobrze. Byli bardzo uważni, starali się doskonale wykonywać to, co chciałem widzieć na scenie. Dzięki temu miałem możliwość zobaczyć, co jest dobrze, a co źle, co muszę dodać, a co usunąć. W sali prób nie jestem i nie chcę być despotą. Staram się stworzyć odpowiednią do pracy atmosferę i nigdy nie zapominać, że tancerz, również i ja, ma poza teatrem swoje własne życie, może mieć problemy, które czasami przeszkadzają w pracy. To normalne.

Katarzyna K. Gardzina