Trubadur 2(19)/2001  

Gabapentin has a short half-life, meaning it begins to be broken down relatively quickly after the initial injection, which is usually within a few hours. Amoxicillin is benadryl cough syrup price hindi Pontiac also available without a prescription and is sold as a generic. Most of women need them in order to protect the penis from the most common erectile problems.

In other words, brand name medicines work for you, not because they are cheaper than a generic, but because they work better for you than a generic. It is always good to have some astoundingly form of pain relief. When visiting pharmacies, always have your prescription with you to be sure their products do not conflict with those of gilead sciences, inc.

Copyright (c) 2012-2017 tu vienna university of economics and sciences. This infestation causes extensive damage to the skin and orlistat online purchase the underlying tissues. Clomid pill online, clomid buy in usa, order clomid in canada online.

Śpiewanie nie lada jakie
IV Festiwal Oper Staropolskich w WOK

Podczas odbywającego się w dniach 18 – 30 kwietnia br. Festiwalu Oper Staropolskich na scenie przy Al. Solidarności można było obejrzeć kolejno: Nędzę uszczęśliwioną Macieja Kamieńskiego, Cud czyli Krakowiaków i Górali Jana Stefaniego, Szarlatana Karola Kurpińskiego oraz tzw. wileńską Halkę Stanisława Moniuszki. Dzieląc sprawiedliwie czas między przesłuchania Konkursu Wokalnego im. St. Moniuszki i Festiwal udało mi się zobaczyć trzy z czterech wymienionych dzieł (premierę Krakowiaków i Górali miałam przyjemność oglądać w zeszłym sezonie, więc tę jedną pozycję, choć z ciężkim sercem, darowałam sobie tym razem).

Festiwal rozpoczęto spektaklem pierwszej polskiej opery – Nędzą uszczęśliwioną. Tym razem jednak uszczęśliwiona została nie tylko nędza czyli ubodzy, ale poczciwi Kasia i Antek, lecz również. „Trubadur”. Dzięki bezpłatnym (!) biletom przekazanym nam przez dyrekcję Warszawskiej Opery Kameralnej na widowni zasiadło kilkunastu naszych Klubowiczów. Dyrekcji WOK serdecznie dziękujemy za niezmienną życzliwość dla naszego Klubu. O ile mogłam wnioskować z uwag wymienianych po spektaklu, naiwna śpiewogra z jakże aktualnym finałem (szczęście ubogich zależy. od sponsora) w wykonaniu artystów WOK bardzo przypadła do gustu zarówno miłośnikom Mozarta, jak Verdiego i Wagnera. W spektaklu wystąpili: Kasia – Justyna Stępień, zawadiacki Antek – Krzysztof Kur, Anna, matka Kasi – Aleksandra Hofman, mieszczanin Jan – Jerzy Mahler, podstarości – Bogdan Śliwa i w roli narratora popularny aktor Rafał Królikowski.

Na przedstawienia Szarlatana czekałam od dawna. Spektakl widziałam ponad dwa lata temu, w zeszłym roku już, już ostrzyłam sobie zęby, żeby pokazać go swoim muzykalnym krewnym i znajomym, ale spektakl odwołano. Dlatego niezmiernie ucieszyłam się, że mogę bez uszczerbku dla uczestnictwa w przesłuchaniach Konkursu Moniuszkowskiego zobaczyć chociaż jeden spektakl (choć chciałoby się dwa.)

W Szarlatanie Kurpińskiego zrealizowanym na scenie WOK przez Jitkę Stokalską (reżyseria), Jerzego Dobrzańskiego (opracowanie muzyczne), Tadeusza Karolaka (kierownictwo muzyczne) i Andrzeja Sadowskiego (scenografia) urzeka mnie wszystko. Oczywiście przede wszystkim samo dzieło – dowcipne, lekkie, pełne humoru i pięknej muzyki, w której o lepsze walczą najświeższe ówcześnie zachodnie operowe prądy i narodowa, prawdziwie polska melodyka. No i ta zadziwiająca aktualność. Gdy burmistrz Drużbant śpiewa:

Ach, koledzy urzędnicy, użyczcie mi tajemnicy (.)
Co robicie, co czynicie, do czego się uciekacie,
Czy do trzosa, czy do względów,
żeby wam nie wzięto sprzed nosa urzędów?

widza nachodzi mało zabawna refleksja: minęło ponad 150 lat i nic się nie zmieniło.

Prościutkie, funkcjonalne dekoracje i bardzo ładne kostiumy tworzą klimat lekkiej komedyjki z akcentami satyry z jednej i dramatu romantycznego (scena na cmentarzu) z drugiej strony. Przedstawienie jest żywe i zabawne dzięki pomysłowej reżyserii i świetnej grze aktorskiej śpiewaków. Jerzy Mahler jako burmistrz śmieszy do łez. Mimo że jest to postać negatywna, to nie sposób nie sympatyzować z tym łasym na zaszczyty i pieniążki buńczucznym safandułą. Niech już, jak śpiewa jego sekretarz Fabelhanc, rządzi nam łaskawie po białej bułce i po mlecznej kawie – bo jak wiadomo: władza głodna, to zła. Charakterystyki stanu urzędniczego dopełnia postać sekretarza (Witold Żołądkiewicz) płaszczącego się przed kim trzeba i wręczającego szarlatanowi łapówkę, żeby nie wskrzesił poprzedniego sekretarza, którego, podobnie jak burmistrz swego poprzednika, pozbył się w nie całkiem uczciwy sposób. Podobnie rzecz się ma z konsyliarzową Zolimani (wspaniała Aleksandra Hofman), siostrą burmistrza. Stała się ona wdową dzięki „troskliwej” opiece nad mężem i pomocy aptekarza Fantuzjusza (jak zwykle przezabawny Bogdan Śliwa), którego teraz popiera w zabiegach o rękę córki burmistrza Julii (urocza Agnieszka Kurowska). Konsyliarzowa ma w tym swój interes: Julia odbiła jej wielbiciela, młodego Alfonsa, syna poprzedniego burmistrza. Gdy Alfons przepadł po śmierci ojca, Zolimani spaliła za nim mosty, stawiając mu nagrobek na miejscowym cmentarzu i zapewniając wszystkich o jego śmierci. Gdyby nawet teraz powrócił, zastanie Julię zaręczoną z aptekarzem. Alfons (Zdzisław Kordyjalik) pojawia się w przebraniu maga Alinata w towarzystwie wiernego sługi Karmelka (Andrzej Klimczak). Oznajmiają oni, że potrafią wskrzeszać umarłych, czym wprawiają całe towarzystwo w popłoch. Teraz wszyscy kolejno będą błagać maga by nie wskrzeszał niewygodnych dla nich nieboszczyków. Alfons, nawet zdemaskowany przez zazdrosnego Fantuzjusza, będzie bezpieczny, bo poznał brzydkie sekrety „śmietanki towarzyskiej” miasteczka Kwirlikwicz, gdzie rozgrywa się akcja. Wszystko więc kończy się szczęśliwie świetnymi kupletami, z których choć dwa pozwolę sobie zacytować:

Jeśli kogo śmierć powali, a śmierć i najwyżej trafia,
Miłe nam są epitafia i nagrobki dla rywali.
Wysupłamy grosz nasz wdowi na marmury i kolumny
Strzegąc dzień i noc do woli, by geniusz nie wstał nam z trumny.

Szkoda, że ja głupi chłopiec nie umiem na nowo tworzyć.
Wiedziałbym, jak komu dopiec, kogo wskrzesić lub umorzyć.
Naprzód ci niech się ocucą, co godzili świat wspaniale,
Owi zaś, co burzą, kłócą, niech zrobią salto mortale.

W tym miejscu powinnam wszystkim tym, którzy nie mieli okazji widzieć i słyszeć Szarlatana, wyjaśnić, skąd się wziął tytuł mojej relacji. Otóż jest to parafraza fragmentu libretta z opery Kurpińskiego. Kiedy bowiem Alfons i Karmelek zbierają grupkę muzykantów, by udawali duchy na cmentarzu, tak oto narzekają na „poziom artystyczny” owej kapeli: Granie jeszcze jakie – takie, lecz śpiewanie lada jakie. Na scenie przy Al. Solidarności mieliśmy zaś śpiew i aktorstwo najwyższej próby, o magicznych sztuczkach i gimnastycznych popisach niektórych śpiewaków nie wspominając.

Festiwal zakończyły dwa przedstawienia dwuaktowej Halki Stanisława Moniuszki, zwanej wileńską. Dla miłośników twórczości ojca polskiej opery zawsze interesujące jest śledzenie różnic, jakie wprowadził do muzyki i libretta poszerzając swoje dzieło do rozmiarów czteroaktowej opery z tańcami. Niestety, sam spektakl nie budzi aż takich emocji, chyba z racji zbytniej koturnowości. Widzów przyzwyczajonych (czytaj: rozpieszczonych) do znakomitej zwykle gry aktorskiej artystów WOK może razić swoista maniera czy konwencja przyjęta przez reżysera Kazimierza Dejmka. O ile jeszcze w Krakowiakach i Góralach tego samego reżysera nie drażni to tak bardzo dzięki błahej tematyce i dowcipowi libretta, o tyle w dramatycznej i ponurej Halce (również ze względu na burą scenografię i ciężkie kostiumy) sprawia wrażenie czegoś nie z tej epoki. I nie mam tu na myśli historycznej stylizacji: ruch sceniczny jest po prostu schematyczny, a gesty przesycone operetkową patetycznością. Niewątpliwie najlepszą wokalnie kreację stworzyła Zofia Witkowska w roli Halki, dobrze partnerował jej Dariusz Machej (brutalny Janusz) i Witold Żołądkiewicz (Jontek). Bardzo ładnie grała orkiestra pod batutą Rubena Silvy.

Obserwując nie tylko sam Festiwal, ale i to, co na jego temat mówiono i pisano w mediach, byłam zaskoczona. Pisano sporo i dobrze, z czego należy się tylko cieszyć, ale. Festiwal Oper Staropolskich odbył się już po raz czwarty, przedstawiając publiczności te same dzieła, co rok temu. Mimo to przy poprzednich edycjach znaleźć w prasie informacje o tym wydarzeniu było bardzo trudno. Jedynie przy okazji ubiegłorocznej premiery Krakowiaków i Górali reklamowano spektakl Cudu mniemanego., podczas gdy przedstawienie WOK nosi tytuł Cud czyli Krakowiacy i Górale. Cóż, wypada jedynie jeszcze raz pogratulować dyrekcji i zespołowi Opery Kameralnej, że dzięki cierpliwości i uporowi zdołali się przebić do świadomości mediów również z muzyką polską.

Katarzyna K. Gardzina