Trubadur 3(24)/2002  

If you want to know more about topamax, you can visit a health center that specializes in depression. Bacterial pneumonia, meningitis, ear infections, and sinus https://osdjjaksic.edu.rs/category/obavestenja/ infections (a sinus infection is an infection of the sinuses). Nolvadex is an antiestrogen used to treat hot flashes.

She gave me a shot and then she gave me more and more. Women who are overweight or obese, suffer from hormonal imbalances, are taking https://mustaqbal.af/ birth control pills, or have a history of endometriosis. In the united states, orlistat is available through a prescription.

If you are taking any of the medications noted below, please check with your doctor or pharmacist before taking this medication, as they may be too close to your current medication(s) or you may be allergic to the medications. Viruses price metformin 500 mg are divided into two main groups: dna and rna viruses. Dolo neurobion forte y cafeina para hacer el desayuno.

Froh Seid Alle!
czyli o tym i owym

Warszawa, Teatr Wielki, Eugeniusz Oniegin, akt II, obraz 1. Leński czyni wyrzuty Oldze, ona odpowiada Nie rozumiem, czego ode mnie chcesz – i nagle przez salę przetacza się tłumiony jęk, który narasta i nieubłaganie przemienia się w zbiorowy śmiech. Orkiestra przestaje grać, śmieją się widzowie, dyrygent, soliści, a najserdeczniej sam Leński (widać „przerabiał” to już podczas prób). Sen? Nic podobnego, sama byłam w latach 70. wśród publiczności na owym przedstawieniu, w którym wszyscy śpiewali po polsku, a Leński… po węgiersku, toteż nie tylko Olga „nic nie rozumiała”.

Myślę, że udusiłabym się ze śmiechu, gdyby dane mi było uczestniczyć w spektaklach, do których często wraca w swych wspomnieniach Domingo. W latach 1963-65 przeszedł on ostre terminowanie sceniczne w Tel Awiwie, gdzie zespół opery stanowili młodzi śpiewacy przybyli z różnych stron świata. Stąd np. Germonta śpiewał baryton z Węgier… po węgiersku, Niemka-Traviata znała swą rolę tylko po niemiecku, chór śpiewał po hebrajsku, a Domingo-Alfredo po włosku. Ulubienica publiczności Michiko Sunahara śpiewała w Butterfly po japońsku (tak samo zresztą, jak w filmie Gejsza, gdzie użyczyła głosu grającej Cio-cio-san Shirley MacLaine), Plácido-Pinkerton i pozostali soliści po włosku, chór jak zwykle po hebrajsku. A równie „międzynarodowy” Rigoletto, w którym po Addio, addio speranza ed anima Dominga z ust jego partnerki padało Szalom, szalom…? Madame Enis de Philippe, dyrektorka opery, chyba nie tylko z oszczędności nie zatrudniała suflera – każdy na jego miejscu by oszalał.

To, co dzisiaj nas śmieszy, było dawniej w operze normą. W XIX-wiecznym świecie, choć żył o tyle wolniej niż nasz, nowości operowe błyskawicznie rozprzestrzeniały się po różnych krajach i trafiały na inne kontynenty. Libretta, które wcale nie były traktowane jako integralna część opery, tłumaczono – czy zawsze starannie? – aby uczynić dzieło zrozumiałym dla szerokiej publiczności. (Gdybyż „przysposabiano” w ten sposób tylko libretta! Zdarzały się rzeczy, które są dziś dla nas niepojęte: np. wkrótce po mediolańskiej prapremierze wystawiono Otella Verdiego w Mexico City, Amsterdamie i Konstantynopolu w wersji pirackiej, zorkiestrowanej wg wyciągu na głos i fortepian). Wszyscy wiemy, jak doniosła rewolucja w pojmowaniu opery jako nierozerwalnej całości słów i muzyki dokonała się w 2. połowie XX wieku. Tak wrogo początkowo przyjęty Karajanowski „teatr gwiazd” od dawna stał się po prostu „teatrem solistów”, którzy swobodnie włączają się w każde przedstawienie na świecie, mając wyuczoną oryginalną wersję libretta. Jeszcze ważniejsze jest to, że ochroniona zostaje – nieprzeinaczona odmienną melodyką języka translacji, odmienną prozodią samogłosek etc. – muzyczna warstwa dzieła operowego. W niemieckim tłumaczeniu Otella prawie mi już nie przeszkadza Froh seid alle! zamiast Esultate!, der Hauptmann Kasjo czy Rache! Rache! Rache! miast Sangue… etc., ale nie mogę przeboleć tej przejmującej tercji małej przy słowie Mor-to?… Desdemony w IV akcie, tego misterium nagłego zrozumienia, tego pełnego bólu zawieszenia między życiem a bliską śmiercią… Po niemiecku jest jeden dźwięk i krótkie Tot? Muzycznie to jest zupełnie inna bajka.

Nie wszyscy muszą być i są podobnego zdania. Ostatnimi czasy Józef Kański w Ruchu Muzycznym chwali nasze teatry za wystawianie oper po polsku lub zachęca je do tego, a w Trubadurze nr 1(22) Tomasz Flasiński, w żywo napisanej relacji z Tannhäusera, podkreśla swą wdzięczność dla Opery Śląskiej za polski przekład. (Ciekawa jestem zdania naszych wagnerzystów – o ich bezgranicznej wiedzy, znajomości muzyki i tekstów dzieł Wagnera tak ładnie napisała niegdyś p. Elżbieta Kubiak, Trubadur nr 1(10)). W nr 2/2000 Papagena Andrzej Ibis-Wróblewski, pośród zupełnie bałamutnych argumentów na rzecz translacji librett wyznawał, że Ta rączka taka zimna, pozwól, pani, ogrzać ją go wzrusza, a Che gelida manina… już nie. A mnie odwrotnie. Chcąc np. posłuchać oryginalnego Fausta, siłą usuwam z pamięci polskie słowa, owe Bądź pozdrowiony domku bia-ały, zakątku cenniejszy niźli zło-o-o-to (choć cały ten akurat przekład był b. dobry, a Wiesław Ochman – olśniewający!), bowiem możność obcowania z operą w jej nienaruszonej jedności muzyczno-słownej uznałam swego czasu za powrót do źródeł. Dla naszych wspaniałych młodych Klubowiczów – to oczywistość. Oni nie musieli zdobywać w ośrodkach kultury KDL winylowej Lucii… po węgiersku czy Don Giovanniego po czesku. Dorastali, mając możność kupowania CD z librettami czy korzystania z Internetu, w którym jest operowe eldorado. Znają na wylot oryginalne teksty, często sami je dla siebie tłumaczą. Kilka lat temu dwie młodziutkie Polki skomplementowano podczas festiwalu w Weronie, że mówią po włosku płynnie, tyle że tak trochę… dziwnie. A one trajkotały po prostu językiem librett, „oddawały to, co czerpały”, żeby użyć słów Sienkiewicza ze Wspomnienia z Maripozy. Co wobec tego z mniej zagorzałymi wielbicielami opery albo z tymi, którzy mają z nią kontakt sporadycznie i tylko dlatego, że to „wypada”? Wcale nie są pokrzywdzeni. Trudno, opera to nie sitcom. Nigdy nie będzie łatwą dziedziną sztuki, co – gdy przyjdzie moda na zdrowy snobizm, a przyjdzie! – z wady zmieni się w zaletę. W programach drukuje się teraz pełne tłumaczenia librett, a w wielu teatrach można śledzić tekst na wyświetlaczach (lub na oparciach krzeseł, jak w Met, z możliwością wyboru kilku języków). Bezcenne dla początkujących operomanów były prezentacje spektakli w TV Regionalnej, z polskimi napisami, niestety opery w ogóle zniknęły z TVP3 i inicjatywa upadła, nim zdążyła stać się dobrą tradycją.

Marcel Prawy

Jedynym chyba człowiekiem na świecie, który większość librett oryginalnych i tłumaczonych zna na wyrywki, jest profesor Marcel Prawy, chodząca encyklopedia wiedzy o muzyce i operze. Choć był sekretarzem i przyjacielem Jana Kiepury, nawet w tym jubileuszowym roku nie doczekał się zainteresowania ze strony polskich mediów, ani TV (choć można było kupić od ORF filmy dokumentalne, nakręcone z okazji 85. i 90. urodzin profesora), ani prasy – Przeglądu, Wprost, Rzeczpospolitej. Dawniej na pierwszym miejscu wymieniłabym Przekrój, ale niestety jego obecna kreatywność koncepcyjna dotyka zupełnie innych nisz kulturowych, zwłaszcza muzycznych. Dlaczego? Może dlatego, że trzeba by wiedzieć, kogo poprosić o wywiad i jakie zadawać pytania. Muzyka klasyczna, a zwłaszcza opera nie tylko zniknęły ze sfery zainteresowań mediów, ale negatywny stosunek do nich zaczyna stawać się wzorcem pozytywnym. W Dzienniku Łódzkim zachętą do oglądania nowego serialu Kasia i Tomek był taki oto wyróżnik charakterologiczny bohatera: Nienawidzi wścibskiej sąsiadki, sztywnych obiadków u teściowej i opery. Ot, swojak. A Przekrój wybija jako leed w ramce tuż pod tytułem wywiadu z Kazikiem Staszewskim podobne hasło: nienawidzi nut i opery. I nie jest to bynajmniej prowokacja. Ot, zuch. Nie przynudza. A 90-letni erudyta, poliglota, wielki animator życia muzycznego, kochający śpiewaków wnikliwy i sprawiedliwy krytyk, niepodważalny autorytet w dziedzinie opery i jej fantastyczny telewizyjny popularyzator, postać barwna i jedyna w swoim rodzaju, Marcel Prawy, mógłby przynudzić. Tylko kogo? Czytelników, czy władających prasą? Tym większe wyrazy uznania należą się Ruchowi Muzycznemu (nr 7, 31.03.02 – tekst Ewy Heine) i naszej niestrudzonej Redakcji Trubadura, bo to ona sprawiła, że mogę się nisko pokłonić p. Marii Fołtyn za Jej gawędę o wiedeńskiej gali i o Marcelu Prawym, dzięki któremu nadal trwa to, co minęło. Ad multos annos, Panie Profesorze!

Dziękuję również p. Michałowi Szydłowskiemu za tekst O słuchu i wzroku reżysera operowego. Boleję nad tym, że nie znajduję argumentów, by podjąć polemikę z autorem, mogę się z nim tylko w pełni zgodzić: Mariusz Treliński rzeczywiście broni opery przed nią samą i nie wierzy w oddziaływanie muzyki jako najcenniejszego jej składnika. Poza tym z mieszanymi uczuciami przyjęłam swego czasu wieść o jego odmowie reżyserowania Lucii z Lammermoor w Waszyngtonie, nie dlatego że odmówił SAMEMU DOMINGOWI, lecz dlatego że zawsze widziałam w tej operze, poza nieprzebranym bogactwem cudownej muzyki coś więcej niż tylko fabularną ramotę. I pewnie tak jest, skoro po waszyngtońskiej premierze (14.09 br.) chwalono reżyserię Marthe Keller (też ze świata filmu, znana aktorka) za wyobraźnię i za położenie nacisku na to, że opera ta jest właściwie dramatem muzycznym („Lucia” Divine Tragedy, Wash. Post, 16.09.02.). No cóż, miejmy nadzieję, że p. Trelińskiemu wspaniale powiedzie się reżyserowanie Don Giovanniego w Los Angeles (z Erwinem Schrottem w roli głównej, zwycięzcą hamburskiej edycji Konkursu Operalia, tak ciepło przyjętym w ub. r. w Poznaniu – Trubadur 1/22). Niestety, tu w Warszawie przez lata będę chodzić na spapranego Otella i przekoncypowanego Oniegina, zawsze z nadzieją, że może to ja się mylę, że może śpiewacy i muzyka nie są balastem naruszającym dyktat myślenia obrazami. Chciałabym mieć też nadzieję, że w następnych warszawskich realizacjach OKO (Treliński/Kudlicka) i UCHO (Kaspszyk) połączy pełna harmonia. A Teatr Wielki wart jest tego, by zawsze miały tu miejsce prawdziwie wielkie wydarzenia artystyczne, aby był sercem Warszawy, tak jak sercem Nowego Jorku w strasznych dniach po 11 września 2001 r. była Metropolitan Opera. Nie tylko rozpoczęła sezon zgodnie z planem 24.09., ale dwa dni wcześniej ten sam program (I akt Balu maskowego, III akt Otella i III akt Rigoletta; w hołdzie Verdiemu) wystawiono w celu zebrania funduszy na rzecz rodzin ofiar ataku na WTC. W obydwa wieczory na frontonie Met zainstalowano zaś, po raz pierwszy w dziejach tego teatru, big screen, jako darmowy podarunek dla tysięcy nowojorczyków. To ważne, aby mogli być razem i wspólnie przeżywać wzruszenia. Mam nadzieję, że ten żywy przekaz ze sceny Met pomoże w zaleczaniu ran psychicznych zadanych mieszkańcom naszego miasta – powiedział dyrektor generalny Met, Joseph Volpe (Associated Press, 19.09.01). Trudno o piękniejsze przypomnienie jednej z ról, jakie może pełnić w życiu człowieka wielka sztuka. A o żywotności i sile przyciągania jednego jej elementu, opery, świadczy nasz „Trubadur”, który zjednoczył ludzi miłujących tę rzekomo „najbardziej sztuczną i konwencjonalną ze sztuk”. Poczujmy swoją siłę, zacznijmy głośno upominać się o obecność opery w radiu i telewizji, o godziwe dla niej miejsce w prasie, o szeroki dostęp do informacji o wydarzeniach operowych. Ilu z nas domyśliło się z zapowiedzi prasowych – ARTE, 28.08., Turandot – że będzie to świeżutki spektakl z Salzburga, ten z nowym finałem Luciana Beria? W To i Owo w ogóle zniknął wszak dział MUZYKA, zastąpiony rubryką ROZRYWKA. Nie mam nic przeciw rozrywce, byle pośród „gal biesiadnych” w TVP2 pojawiła się np. Gala Verdiowska z Parmy, i odwrotnie: aby ciężka tromtadracja telewizyjnej reklamy koncertów José Cury nie sugerowała, że są one czymś więcej niż rozrywką. Na szczęście – Esultate!, Froh seid alle! (lub O radości!, jak u A. Bardiniego) tekę ministra kultury objął Waldemar Dąbrowski, człowiek, który ma mądre menedżerstwo we krwi i który wie, jak bardzo są u nas zaburzone proporcje między rozrywką (której ponoć pożąda lud) a wysoką kulturą (której tak naprawdę nie cierpią chyba tylko decydenci medialni). Czy uda mu się coś zdziałać?

Jadwiga Piller