Trubadur 3(24)/2002  

The new england journal of medicine was the first medical journal to publish the results of the clomiphene clomifene trials. The drug has not been associated with blood Nayoro clots or strokes. We always give our patients a high level of professional service and guarantee that our advice is always based on up to date medical knowledge.

Fish mox can also be used in the food, and is widely applied in traditional chinese medicine. In the 1970s, buy lasix online without prescription Hita drug company executives like eli lilly were on a roll. It really is viagra tablets uk for viagra us much more than that.

I have been on valtrex for a few months now and i had to get off it. Zyprexa doxycycline price generics pharmacy lenticularly (olanzapine) is used to treat schizophrenia and bipolar disorder. The generic cialis costco pharmacy uk buy is the product that is sold by the pharmaceutical company, generic cialis cost uk buy.

Lato w Covent Garden
Dama pikowa Czajkowskiego i pożegnanie Bernarda Haitinka

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że czasopisma muzyczne powinny zlikwidować rubryki „Co jest grane”. Owszem, śledzenie kto, kiedy i z kim śpiewa jest bardzo ciekawe, ale czasem można przy tym zzielenieć z zazdrości. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy owe rubryki omawiają miasta, w których życie muzyczne jest wręcz nieprzyzwoicie bogate. Do takich miejsc należy niewątpliwie Londyn.

Stolica Wielkiej Brytanii kojarzy się przede wszystkim z Królewską Operą Covent Garden, ale miłośnicy opery mają również do dyspozycji English National Opera (pełnosezonowy, duży teatr wystawiający wszystkie dzieła po angielsku) oraz wiele mniejszych zespołów (jak choćby np. Early Opera Company czy British Youth Opera) występujących regularnie w różnych miejscach Londynu. Do tego trzeba dodać rozliczne występy (wielkich gwiazd i początkujących śpiewaków) zarówno w dużych salach, jak i w kameralnych wnętrzach (z „Mekką wielbicieli kameralistyki”, Wigmore Hall, na czele). Od przedstawień i koncertów nie da się uciec nawet w lecie – sezon koncertowy trwa praktycznie cały rok (wszelkie luki wypełniają festiwale), a sezon operowy zaczyna się już na początku września i trwa aż do połowy lipca.

W tym roku po raz pierwszy miałam okazję zakosztować londyńskiego życia muzycznego i rzecz jasna musiałam przy tym odwiedzić Covent Garden. W końcu to jeden z najsławniejszych teatrów operowych na świecie i choćby z tego powodu nie można go ominąć.

Covent Garden to instytucja, która stale dostarcza obfitego materiału londyńskiej prasie. Nie tylko z powodu bardziej czy mniej udanych przedstawień – niektórzy dziennikarze wręcz uwielbiają pisać o operze dla snobów, wysokich kosztach utrzymania i bałaganie organizacyjnym. To z kolei prowokuje oskarżenia o filisterstwo i ciągłe tłumaczenia co rozsądniejszych krytyków, że „elitarny” to nie to samo co „snobistyczny”. Dziennikarze nielubiący Royal Opera House, a lubiący o niej źle pisać, mieli szczególne powody do zadowolenia w drugiej połowie lat 90-tych, kiedy Opera Królewska przeżywała chyba najgorszy kryzys w swej historii. Dyrektorzy naczelni zmieniali się co kilka miesięcy, nie udawało się realizować ambitnych planów repertuarowych, a w pewnym momencie wydawało się nawet, że dojdzie do rozwiązania orkiestry. Niektórzy gotowi byli zakładać się, że planowany od lat remont generalny rozpocznie się z dużym opóźnieniem i na pewno nie skończy się o czasie. Remont wprawdzie zakończył się według planu (w 1999 r.), lecz początek sezonu w otwartym na nowo teatrze nie okazał się tak wspaniały, jak tego oczekiwano. W dodatku po kilku miesiącach niespodziewanie zrezygnował ze stanowiska kolejny dyrektor naczelny i dziennikarze znowu zaczęli przewidywać katastrofę.

Czarne proroctwa jednak się nie spełniły. Niespodziewanie wybrany na nowego dyrektora Tony Hall okazał się nadzwyczaj sprawnym administratorem. W Covent Garden zapanował spokój, a sukcesy artystyczne zaczęły przychodzić jeden za drugim. Nawet najzagorzalsi zwolennicy Królewskiej Opery dziwią się, że jej tak dobrze idzie, a najzagorzalsi przeciwnicy ze zdumieniem przyznają, ze od dwóch lat nie było w Covent Garden żadnej poważnej klapy. Co więcej, w ciągu tych dwóch lat sukces za sukcesem odnosił też Antonio Pappano, upatrzony na nowego dyrektora muzycznego Royal Opera. Zanosi się więc, że dobra passa Covent Garden może jeszcze potrwać.

Muszę jednak przyznać, że Dama pikowa wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Owszem, strona wokalna była znakomita, ale sama produkcja (autorstwa Franceski Zambello) już mniej. Cała akcja rozgrywała się w jednej scenerii (projektu Petera Davisona) – ogromnej sali pałacowej, zamkniętej z jednej strony lożami teatralnymi (operowymi?), chylącymi się (dosłownie) ku upadkowi. Sama koncepcja jednej dekoracji dla wszystkich scen może nie byłaby zła (pałac prezentował się bardzo imponująco, nawet z przekrzywionymi lożami), gdyby nie fakt, że przez cały czas trwania przedstawienia w owym pięknym pałacowym wnętrzu znajdowała się gigantyczna… zaspa śnieżna, zajmująca niemal połowę sceny. Do dziś zastanawiam się, co ta, przepraszam za wyrażenie, kupa śniegu miała oznaczać. Czyżby podkreślenie surowego rosyjskiego klimatu? Jeśli tak, to klimat rosyjski jest zaiste bardzo surowy – przez całe przedstawienie zaspa nie stopniała nawet o milimetr. Ale za to dwukrotnie się otworzyła – raz by wypuścić ducha Hrabiny, a drugi raz, by Liza miała jak popełnić samobójstwo (wg libretta Liza rzuca się w nurt Newy). Być może zaspa miała zwiększać dramaturgię przedstawienia. Ów cud natury był bowiem bardzo stromy, więc widzowie mogli się denerwować, czy któryś z solistów z niego nie spadnie.

Na szczęście znakomita obsada pozwalała zapomnieć o koncepcjach reżyserskich. W roli Hermana po raz kolejny zachwycił mnie Plácido Domingo. Wprawdzie głos hiszpańskiego tenora nie ma już zbyt wielkiej swobody i lekkości w górze skali, ale nadal olśniewa on soczystym brzmieniem i ciepłą barwą. Bohater Damy pikowej dobrze leży artyście nie tylko wokalnie, ale i aktorsko. Domingo przedstawił niezwykle poruszający portret człowieka pogrążającego się coraz bardziej w szaleństwie, człowieka, który nie jest w stanie wyzwolić się z obsesji Trzech Kart nawet pod wpływem błagań zakochanej w nim Lizy.

W tej roli wystąpiła debiutująca na scenie Covent Garden Susan Chilcott. Angielska śpiewaczka zaprezentowała dźwięczny, liryczny sopran i nieprzeciętne umiejętności aktorskie. Jej Liza była wzruszająco dziewczęca, kochająca tak bardzo, że po stracie ukochanego Hermana nie była w stanie dalej żyć. Fascynująco przedstawiał się jej związek z Jeleckim, który zwykle nie jest postacią wzbudzającą jakieś żywsze uczucia, ponieważ ma zbyt mało do śpiewania, by się „rozwinąć”. Jedna duża aria i zaledwie kilka króciutkich scen wystarczyły jednak Thomasowi Allenowi do stworzenia niezwykle wyrazistej postaci. Jego Jelecki to arystokrata szczerze kochający Lizę, skrywający swe głębokie cierpienie pod maską nieskazitelnych manier. Przyznaję, słyszałam tę rolę piękniej wyśpiewaną, ale nigdy jeszcze nie spotkałam Jeleckiego, którego Lisa opuszczałaby z takim żalem.

Spośród pozostałych solistów na duże brawa zasłużyli również Nikolai Putilin (Tomski), który niespodziewanie ujawnił spory talent komiczny, oraz śpiewająca ciemnym mezzosopranem Marianna Tarasowa (Paulina). Dużymi brawami nie można było, niestety, obdarzyć dyrygenta, Alexandra Polianichko. W momentach lirycznych orkiestra pod jego batutą brzmiała wprawdzie bardzo przyzwoicie, ale w scenach bardziej dramatycznych wypadała blado. Szkoda, bo świetni muzycy Opery Królewskiej aż się prosili o lepsze wykorzystanie.

Doczekali się tego kilkanaście dni później podczas dwóch galowych wieczorów będących kulminacją sezonu i jednocześnie pożegnaniem Bernarda Haitinka, który kończył pracę na stanowisku dyrektora muzycznego Covent Garden.

Sądząc z okolicznościowych wypowiedzi najróżniejszych współpracowników, holenderski maestro przejdzie do historii jako jeden z najbardziej lubianych szefów muzycznych Royal Opera. W okolicznościowych artykułach wszyscy zgodnie podkreślali również, że Haitinkowi należy się wdzięczność i uznanie nie tylko za wiele wspaniałych przedstawień, ale przede wszystkim za przeprowadzenie zespołu przez zawirowania drugiej połowy lat 90-tych i przekazanie go następcy w znakomitej formie. Haitinkowi czasem zarzucano, że poza kanałem orkiestrowym jest zbyt miękki jak na szefa muzycznego Covent Garden. Jednak to właśnie Haitink uratował od rozwiązania orkiestrę w okresie kryzysu – miękki maestro zagroził wówczas swoją dymisją, jeśli zespół zostanie rozwiązany. Strata dyrektora muzycznego byłaby wówczas dla Covent Garden prawdziwym gwoździem do trumny.

Haitink chciał, by jego gala pożegnalna była przede wszystkim świętem zespołu, z którym współpracował przez 15 lat, a nie serią solowych popisów. Jednocześnie zażyczył sobie, by program zawierał duże fragmenty dzieł szczególnie bliskich jego sercu: Wesela Figara, Don Carlosa i Śpiewaków norymberskich.

Poprzedzony uwerturą II akt Wesela Figara zaprezentowany został w inscenizacji Johannesa Schaafa z 1987, inscenizacji barwnej, iskrzącej się humorem, lecz nie pozbawionej ostrzejszych rysów – Hrabina, na przykład, ukazuje się po raz pierwszy w niezbyt atrakcyjnym negliżu, topiąc swe smutki w kieliszku koniaku. Występująca w tej roli Felicity Lott nie miała, niestety, dobrego dnia; otwierającą drugi akt arcydzieła Mozarta arię Porgi amor zaśpiewała bardzo, bardzo ostrożnie, a jej głos nabierał chwilami nieprzyjemnego ostrego brzmienia. Po tym niezbyt udanym początku i kilku następnych minutach spowolnionych recytatywów, przedstawienie zaczęło się rozkręcać i szybko nabrało rumieńców. Mając za sobą wymagającą arię, Felicity Lott pokazała, że jest artystką z wielką klasą (nie lubię słuchać tej śpiewaczki, ale zawsze z przyjemnością oglądam ją na scenie). Wysokiej klasy Hrabinie partnerował wysokiej klasy Hrabia (Thomas Allen), kipiący zazdrością, szukający Cherubina za każdą zasłoną i pod każdym krzesłem, ale też niezwykle uwodzicielski, gdy trzeba ułagodzić gniew małżonki. Zaczynająca dopiero karierę Sally Matthews była uroczą, acz nie pozbawioną temperamentu Zuzanną. Trudno się dziwić, że w takiej Zuzannie zakochał się Figaro w osobie szalenie sympatycznego Ferruccia Furlanetto (Cóż za marnotrawstwo! Taki śpiewak, a wykorzystano go tylko do II aktu Figara!) i że szeroko uśmiecha się do niej Cherubino (rewelacyjna Alice Coote – ciemny, gęsty mezzosopran i świetna prezencja sceniczna). W miarę trwania spektaklu między postaciami coraz bardziej iskrzyło; recytatywy brzmiały z cudowną naturalnością, ensemble miały precyzję długo ćwiczonych układów choreograficznych, a jednocześnie pełne były werwy i spontaniczności. Gdy opadła kurtyna zaczęłam żałować, że po przerwie nie zobaczę dalszego ciągu Figara.

Ale nie było co narzekać, bo po przerwie Bernard Haitink podarował publiczności fragment dzieła równie wspaniałego, choć zupełnie innego w nastroju: Don Carlosa Verdiego. Scenę 1 czwartego aktu obejrzeliśmy w legendarnej już inscenizacji Luchina Viscontiego z 1958 r.

Puste ściany komnaty króla i przytłumione światło znakomicie podkreślały duszną atmosferę niepokoju panującą na dworze Filipa II i w jego duszy. W interpretacji Roberta Lloyda Filip nie był bynajmniej bezwzględnym tyranem, tylko człowiekiem, który cierpi, lecz nie potrafi się do tego przyznać z obawy przed okazaniem słabości. Wrażenia wywołanego wzruszającym monologiem nie była w stanie zatrzeć nawet brutalność, z jaką Filip potraktował Elżbietę (w tej roli delikatna Nancy Gustafson). Partnerujący Lloydowi Kurt Rydl (Wielki Inkwizytor) nie mógł wprawdzie pochwalić się równie imponującym basem (jego głos brzmiał dosyć sucho), ale jego zimny, bezduszny Inkwizytor stanowił znakomity dramatyczny kontrast dla o wiele bardziej ludzkiego króla. Anthony Michaels-Moore błysnął jako Posa (kolejne marnotrawstwo – piękny głos i jedynie parę linijek do śpiewania), a scenę zakończyło drapieżne O don fatale Nadji Michael, która wprawdzie mogła się podobać aktorsko, ale niekoniecznie wokalnie – śpiewaczka nie w pełni panowała nad swoim wibratem i poruszała się jedynie od forte do fortissimo.

Po mrocznym Don Carlosie przyszła kolej na finał Śpiewaków norymberskich w jasnej, wielobarwnej inscenizacji Grahama Vicka, którą krytycy z zadziwiającą jednomyślnością uważają za jedną z najlepszych produkcji, jakie kiedykolwiek powstały w Covent Garden. Scena wręcz kipiała życiem. Malowniczy tłum kuglarzy, akrobatów i norymberskich mieszczan z entuzjazmem witał pochód przedstawicieli różnych cechów rzemieślniczych. Największą owację zgotowano rzecz jasna Mistrzom Śpiewakom pod przewodnictwem Johna Tomlinsona, którego Sachs już samym widokiem wzbudzał respekt i szacunek. Nie był jednak tylko surowym mędrcem, z dystansem patrzącym na zwykłych obywateli; Sachs Tomlinsona miał w sobie wiele ciepła, wyrozumiałości i poczucia humoru. Do tego dochodził piękny, głęboki bas, wykazujący wprawdzie tu i ówdzie oznaki zmęczenia, ale wciąż imponujący. W procesji Mistrzów Śpiewaków wyróżniał się Sixtus Beckmesser (Thomas Allen), który co chwila nerwowo zerkał na kartkę ze słowami turniejowej pieśni, bezskutecznie usiłując nauczyć się ich na pamięć. Wydawało się, że z minuty na minutę twarz Beckmessera staje się coraz bardziej szara ze strachu – Allen pokazał, jak wiele można wyrazić jedynie twarzą i dłońmi. Prawdziwym majstersztykiem komediowym był występ Beckmessera przed publicznością – z niewielkich gestów angielski baryton zbudował postać, której poczynania widzowie śledzili z zapartym tchem, co chwila wybuchając śmiechem. Rewelacja.

Thomas Allen i John Tomlinson reprezentowali obsadę, która walnie przyczyniła się do sukcesu inscenizacji Grahama Vicka na premierze w 1993 r. i w czasie późniejszych wznowień. Nową postacią był Ben Heppner (Walther). Na jego występ oczekiwano z wielkim zainteresowaniem – przez kilka poprzedzających go miesięcy Heppner przechodził poważy kryzys wokalny, który zmusił go do odwołanie wielu przedstawień czy nawet przerwania kilku koncertów. Z przyjemnością donoszę, że kryzys chyba już minął. Heppner śpiewał cudownie lekko, pewnie, bez problemu osiągając wszelkie góry. Jego głos wprawdzie nie wprawia ścian w drżenie, ale z łatwością przebija się przez orkiestrę. To głos o ciepłej barwie, raczej liryczny niż bohaterski (jeśli można tak powiedzieć o tenorze wagnerowskim). Co równie ważne, Heppner nie wyśpiewuje nut, tylko śpiewa z uczuciem – wcale się nie dziwiłam radości Ewy, gdy ogłoszono Walthera zwycięzcą.

Podejrzewam, że wagnerzyści obecni tego wieczoru w teatrze znaleźli się w siódmym niebie. Nie tylko z powodu świetnych śpiewaków, ale przede wszystkim wspaniałej orkiestry. Pod batutą Haitinka zagrała ona jak jeden doskonale nastrojony instrument, co nie znaczy, że dźwięk zlewał się w jedną wielką bezkształtną masę. Muzycy pokazali również, że wagnerowska orkiestra niekoniecznie musi cały czas przytłaczać słuchaczy masywnym brzmieniem – zagrali tak, jakby w palcach i płucach wciąż jeszcze czuli ożywczą lekkość Mozartowskiego Figara z pierwszej części gali.

Na zakończenie wieczoru odbyło się na scenie oficjalne pożegnanie Bernarda Haitinka. Nie było tak typowych dla takich okazji napuszonych i niekończących się przemówień, tylko ciepłe słowa wdzięczności od Tony’ego Halla (w imieniu oficjeli) i Thomasa Allena (w imieniu artystów). Przemawiał również niezwykle wzruszony Haitink (co uznano niemal za sensację, bo wręcz chorobliwie nie znosi publicznych wystąpień). Ogłoszono, że holenderski maestro otrzymał od królowej zaszczytny tytuł Companion of Honour, po czym John Tomlinson (jeszcze w kostiumie Sachsa) wjechał na scenę na… srebrnym skuterze. Jak wyjaśnił Allen: Bernard, chcieliśmy Tobie, Latającemu Holendrowi, ofiarować samolot, ale musieliśmy, niestety, zadowolić się czymś mniejszym… Publiczność pożegnała swego Latającego Holendra huraganową owacją.

Anna Kijak