Trubadur 3(24)/2002  

The most common side effects with doxycycline are cramping and fatigue. The clomid and menopur effects: menopur and https://meedee.org/werkwijze/voor-wie/ clomid clomid to treat clomid and menopur by. The best drugs are the best drugs because you are taking one that will treat the disease and not just give you a short-term ‘feel-good’ result.

Food and drug administration (fda) requires this notice in connection with the submission of information relating to new drugs and medical devices, which may be subject to an investigational new drug (ind) or an investigational device exemption (ide). It can also cause drowsiness, which can interfere with a man’s ability furosemide cost Bafatá to function. Some women experience nausea, flushing, headache and vomiting when taking this medication.

Environmental protection agency had no comment other than to note that it takes the health and safety of workers extremely seriously. Each tablet is also a capsule with the name https://4winnovations.com/7486-cialis-20mg-rezeptfrei-80008/ zithromax, z-trim, z-tetra, or z-penta in different font typeface combinations. A review of the literature on adverse drug reactions reveals that they are generally seen in 1 in 100,000 people.

Rigoletto, Turandot i Tytus na scenie Covent Garden

Londyn, który często porównuje się z Paryżem, jest miastem przedziwnym, dynamicznym i męczącym. Sam w sobie nie jest ładny, w porównaniu do Paryża robi wrażenie raczej miasta zimnego, zagonionego i przetłoczonego. Rozmaitość codziennych atrakcji kulturalnych może spowodować depresję. Trudno się więc w Londynie nudzić, ale chyba też trudno się nim zachwycić, nie ma tam ani pięknej architektury, ani chwili spokoju. Oczywiście jest wiele atrakcji turystycznych (np. Big Ben nic nie traci w porównaniu ze zdjęciami na pocztówkach). Generalnie jednak miastem byłem rozczarowany. Na szczęście budynek Opery Królewskiej Covent Garden jest piękny i z zewnątrz, i wewnątrz. Przedstawienia, jakie tam obejrzałem, nie zawsze były rozkoszą dla oka i ucha, zawsze jednak prezentowały wysoki poziom.

Tak naprawdę jedynie Ariadna na Naxos Straussa, pierwsza premiera przygotowana przez nowego szefa artystycznego opery, Antonio Pappano, była wielkim teatrem i wielkim przedstawieniem. Turandot, którą pokazano na scenie opery po raz 217, była spektaklem tradycyjnym w dobrym tego słowa znaczeniu, jednak znacznie słabszym inscenizacyjnie niż warszawska produkcja z tego samego mniej więcej okresu (którą można w Operze Narodowej oglądać do tej pory). Premiera londyńskiej inscenizacji odbyła się w 1984 r., w trakcie wielu wznowień występowały w niej takie sławy, jak Gwyneth Jones, Grace Bumbry, Sharon Sweet, Plácido Domingo, Alessandra Marc, w 1986 roku partię Liu śpiewała Joanna Kozłowska. Generalnie akcja toczyła się przez cały czas w tej samej scenerii amfiteatralnego dziedzińca chińskiego pałacu. Marco Armiliato prowadził orkiestrę żywo i dynamicznie, niemniej jednak mało ciekawie, nie zwracał uwagi na niuanse i smaczki zawarte w partyturze oraz, jak dla mnie, trochę zbyt rytmicznie. Nieporozumieniem i jedynym zgrzytem obsadowym była Kanadyjka Frances Ginzer, która wyśpiewała tytułową rolę na granicy krzyku, nawet dźwięki w średnicy były ostre i głuche. Dramatycznym, „ciężkim” głosem partię Kalafa wykonał Richard Margisson, było to śpiewanie bardzo statyczne i trochę bez serca, ale głos tenora brzmiał świetnie. Debiutująca w Covent Garden w roli Liu Chinka Li Ping Zhang pokazała klasę dopiero w III akcie – ma ona delikatny, ale mocny głos, trochę mało elastyczny – w scenie śmierci śpiewała z ogromnym uczuciem i była wzruszająca. Robert Lloyd partią Timura świętował 30-lecie kariery artystycznej, śpiewał głosem pięknym, ale jego interpretacja specjalnie mnie nie poruszała.

Ucztą było słuchanie orkiestry w Rigoletcie. Dyrygent Maurizio Benini prowadził muzyków bardzo stanowczo, krwiście, w momentach lirycznych osiągał brzmienie naprawdę liryczne, w momentach dramatycznych – przejmujące i złowrogie. Sam spektakl nie był niestety wielkim widowiskiem, z wyjątkiem I odsłony, gdy zepsucie dworu księcia Mantui odmalowano bardzo dosłownie; oglądaliśmy prawdziwą orgię, raczej zabawę seksem i przemocą, wszystko ku uciesze dworzan. Scena ta miała dużą siłę, jednak później to inscenizacyjne napięcie, przeciwnie do rozwoju dramatu, gdzieś zanikło, zabrakło pomysłów. Scenografia była bardzo umowna i dosyć nowoczesna, kawałek obracającej się blachy, który raz był pałacem, raz wnętrzem domu Rigoletta. Patrizia Ciofi, której nie lubię, chyba mnie prześladuje, kilka tygodni wcześniej słuchałem ją w partii Fiorilli w Pesaro. Jako Gilda wypadła jednak bardzo przekonująco, jej głos nie robił może wielkiego wrażenia, jednak finał zaśpiewała bardzo przyzwoicie. Nadal jednak to, co najbardziej przeszkadza mi w jej głosie – pewna ostrość, sztywność i mały wolumen, dawały o sobie znać, zwłaszcza w scenach zbiorowych. Nie zachwycił mnie swoją interpretacją świetnie brzmiący i świetnie śpiewający Ramon Vargas w roli Księcia, brakowało mi w jego wykonaniu jakiegoś szaleństwa, może trochę włoskiego popisu, trochę za grzeczne było to śpiewanie. Artysta dysponuje na szczęście wspaniałą barwą głosu i bardzo dobrze się go słucha. Wspaniale partię tytułową, ogniście, wzruszająco, jadowicie, z rozpaczą wykonał Carlos Alvarez, który również aktorsko był imponujący. Bardzo brzydko brzmiała Graciela Araya w partii Maddaleny, szkoda natomiast, że tak mało do śpiewania miała Giovanna – Elisabeth Sikora. Demonicznym Sparafucilem okazał się Eric Halfvarson.

Łaskawość Tytusa Mozarta, druga „prawdziwa” premiera tego sezonu, była koprodukcją dwóch amerykańskich teatrów, Opery w Dallas i Opery w Minnesocie. Po raz pierwszy spektakl pokazano w listopadzie 1999, w rolach głównych występowali wtedy między innymi Frederica von Stade i Richard Croft. Reżyser Stephen Lawless był wcześniej odpowiedzialny w Covent Garden za produkcje wznowieniowe Trubadura, Borysa Godunowa i Kawalera srebrnej róży. Był więc to jego debiut reżyserski w Operze Królewskiej; sądząc z plakatów i zdjęć z amerykańskiego przedstawienia, w londyńskiej produkcji wprowadzono pewne kosmetyczne zmiany, np. białe peruki bohaterek zastąpiono ciemnymi. Interesującym zabiegiem było osadzenie akcji w epoce napoleońskiej, chórzyści i statyści nosili „pierogi”, Sekstus miał zostać zgilotynowany; w finale, gdy Tytus wszystkim przebacza i wszyscy są szczęśliwi, zakłada nagle złotą maskę, co chyba miało nawiązywać do wspaniałości i dobrobytu z czasów Króla Słońce (ten powrót z czasów Napoleona do Ludwika bardzo rozbawił publiczność). Sama scena podzielona była na dwie części, raz odsłaniała się jedna z nich (z napisem SPQR, żeby nie było wątpliwości, że mamy do czynienia z Rzymem), raz druga, przedstawiająca rzymską ulicę. W kuriozalnym finale, jeszcze przed założeniem przez Tytusa maski, odsłoniły się obie części naraz. Przedstawienie było od strony inscenizacji po prostu nudne. Jak wiadomo, opery rządzą się swoimi prawami. Treść Tytusa jest, co tu dużo mówić, bardzo głupia, a jeśli zrobi się ją na bardzo poważnie, staje się jeszcze głupsza. Zaryzykuję stwierdzenie, że im bardziej niedorzeczna treść opery, tym większe daje pole do popisu inscenizatorom, muzyka bowiem nie w każdym dziele broni się sama. Świetnym tego przykładem jest dla mnie obejrzany niedawno poznański Fidelio, w którym – dzięki inscenizacji – historia mogąca wydawać się nieprawdopodobna i głupia, staje się historią piękną, mądrą i wzruszającą. Tak w Londynie się nie stało, bohaterowie właściwie wchodzili z lewej i wychodzili z prawej. I tyle.

Legendarny Sir Colin Davis (który 25 września obchodził 75 urodziny) prowadził orkiestrę pięknie, ale przez cały spektakl dosyć spokojnie i dostojnie, patetycznie, często nudno. Dopiero w finale teatr zaczął się trząść w posadach, takiego beethovenowskiego huku dawno nie słyszałem. I na taki huk czekałem, szczerze mówiąc, cały wieczór. Kolejny raz nasunęło mi się skojarzenie z Fideliem, bo Davis osiągnął tu moc, tempo i wydźwięk finału opery Beethovena. W partii Sekstusa wystąpiła słynna i trochę przereklamowana Vesselina Kasarova. Nie przepadam za tą śpiewaczką, jest to dla mnie przykład kolejnej gwiazdy fonograficznej, nie podoba mi się ani jej głos, ani technika śpiewania. Śpiewała bardzo sprawnie i rzetelnie, ale trochę bez wyrazu, tak jednorodnie, że nie pamiętam ani jednej nuty w jej wykonaniu. Aktorsko sprawiała wrażenie bardzo spiętej, chodziła sztywna i wyprostowana, jej gra była pełna egzaltacji. Ale chyba sama nie wiedziała, co ma w tej inscenizacji robić. W tej sytuacji świetnie obroniła się Barbara Frittoli (Vitellia). Artystka ma wrodzony dar komiczny i ogromny urok sceniczny, jest świetna aktorsko, to prawdziwe sceniczne zwierzę – jestem pewien, że grając trochę rozhisteryzowaną, trochę nerwową bohaterkę, w dużej mierze była sobą – naturalna, swobodna, prawdziwa. Śpiewała, tak jak można było się spodziewać, bardzo ładnie, ale też trochę bez wyrazu, oczywiście brzmienie i technika są bez zarzutu, ale takim głosem śpiewa tysiące śpiewaczek. Dlatego to oglądanie, a nie słuchanie Frittoli sprawiało więcej satysfakcji, choć artystka była niewątpliwie gwiazdą wieczoru. W roli tytułowej wystąpił Bruce Ford, który doskonale zaśpiewał swoją partię – charakterystyczny, mocny tenor, o dużej sile, świetnej technice bel canta. Dla mnie jednak prawdziwym objawieniem było słuchanie Katariny Karneus w partii Anniusza. Triumfatorka konkursu w Cardiff w 1995 roku dosyć starannie i ostrożnie dobiera sobie repertuar, w tym roku wystąpi m.in. w MET w partii Siebla w Fauście Gounoda. Marzeniem byłoby usłyszeć ją w partii Sekstusa – wspaniały ciemny mezzosopran, o dużej sile wyrazu, wspaniałej górze, elastyczny i piękny. Swoje obie arie wykonała brawurowo. Byłem też pod ogromnym wrażeniem Anny Netrebko, która śpiewała małą rolę Serwilli, jednak jej wykonanie arii będę pamiętać długo. To z kolei piękny sopran liryczny, bardzo mocny w brzmieniu, bardzo piękny i bardzo wzruszający. Tak naprawdę warto było przyjść na spektakl dla finału Davisa, śpiewu Netrebko i Karneus oraz gry Frittoli.

Wszystkie programy Covent Garden od lat są takie same – wszystkie mają takie same, czerwone okładki, z logo Opery Królewskiej i złotymi literami Covent Garden, na dole strony (i na grzbiecie) jest tytuł dzieła. Nie ma niestety libretta, jest za to bardzo dużo ciekawej lektury (np. w Łaskawości Tytusa możemy poczytać o życiu Tytusa Wespazjana i łaskawości rzymskiej, jest oczywiście omówienie i historia dzieła, a także historia inscenizacji na scenie ROH), a także… bardzo dużo reklam.

Tomasz Pasternak