Trubadur 4(25)/2002  

Nie mam problemu

Podczas lektury poprzedniego numeru Trubadura zwrócił moją uwagę tekst Michała Szydłowskiego zatytułowany Któryś z nas dwóch ma problem. Rzecz dotyczy Warszawskiej Opery Kameralnej. Nie od dziś jestem wiernym widzem tej sceny – oczywiście nie bezkrytycznym, ale generalnie odpowiada mi zarówno polityka repertuarowa, jak i obsadowa WOK. Odpowiada mi też (w większości) styl WOK-owskich realizacji, ale ten punkt pominę, bo zgadzam się z Michałem Szydłowskim, że o gustach się nie dyskutuje, czy raczej: bardzo trudno o nich dyskutować – każdy ma własny i już. Zbulwersowało mnie jedynie, mało chyba adekwatne do tematu, porównanie różnic w gustach publiczności: jedni lubią denaturat, inni schłodzone białe Bordeaux. Trudno, niech już będzie, że lubię denaturat. W żadnym razie nie uważam krytykowania spektakli WOK za herezję, pozwalam sobie natomiast mieć odmienne zdanie.

Jakież bowiem zarzuty stawia Michał Szydłowski dyrekcji WOK? Że realizuje bardzo wyraźną politykę obsadową, zapraszając do współpracy głównie dwóch reżyserów, Jitkę Stokalską i Ryszarda Peryta. Pozwolę sobie sprostować: Stokalska i Peryt to dwoje stałych reżyserów WOK (patrz m.in. wydawnictwa okolicznościowe Kameralnej i strona internetowa tejże). Podobnie Andrzej Sadowski i Łucja Kossakowska to dwoje stałych scenografów WOK. Drugi zarzut jest poważniejszy: że ostatnio, w wyniku pokazywania „rzemieślniczych” – zdaniem autora – inscenizacji, marnuje się potencjał muzyczny WOK. Ciekawe, jak może się marnować potencjał orkiestr, chórów i solistów, którzy mają tu jedyną czasami szansę występować na scenie w unikatowym repertuarze, grać, śpiewać, próbować, przygotowywać i realizować nowe partie – nawet jeśli reżyseria i oprawa plastyczna owych spektakli nie trafia w pewne – rozumiem, że wyrafinowane – gusta. Michał Szydłowski pyta, czy pamiętamy, kiedy ostatnio zdarzyło nam się płakać w teatrze. Ja pamiętam, bo było to niedawno – podczas finału trzeciego spektaklu Imeneo Händla w październiku tego roku (w WOK, oczywiście). I śmiem przypuszczać, że owo (nie boję się wielkich i niemodnych słów) katharsis zawdzięczam marnującym się tam możliwościom nierzadko znakomitych solistów. Przedstawienie Imeneo od jego premiery w 1998 roku widziałam wielokrotnie. W październiku br. widziałam wszystkie trzy spektakle, oczy wilgotniały mi już podczas drugiego, gdy Marta Boberska śpiewała arię Clomirii E' si vaga del tuo bene, ale dopiero trzeci wieczór wycisnął mi łzy z oczu. A przecież inscenizację znam, lubię, choć mam spore zastrzeżenia, np. do kostiumów. A jednak, a jednak…

Nie wiem, czy Imeneo to dobry przykład, może akurat ta inscenizacja trafia w gust Michała Szydłowskiego, nie precyzuje on bowiem, do których spektakli z ostatnich kilku lat zgłasza swoje zastrzeżenia. Jeszcze mniej zrozumiałe jest dla mnie, co autor ma na myśli pisząc o „współczesnej reżyserii i scenografii” (skoro realizacje Peryta i Stokalskiej nazywa przykładami współczesnej antyreżyserii i antyscenografii)? Czy współczesne to nie po prostu to, co jest tworzone nam współcześnie? Czy wyróżnikiem współczesnej reżyserii ma być użycie współczesnych środków technicznych (video, multimedia, czort wie, co jeszcze), czy nowoczesnych materiałów scenograficznych (szkło, plastyk, metal i pianki poliuretanowe)? Czy może wreszcie wyróżnikiem współczesnej reżyserii ma być dopisywanie przez reżysera podtekstów, komentarzy, odniesień do współczesności? A do libretta nie wystarczy? Dlaczego wystawiony mniej lub bardziej „po bożemu” Falstaff ma być spektaklem o niczym? A sam Falstaff nie jest tu tematem? Cóż robić, mnie zupełnie wystarczy, że Oniegin spotyka się z rodziną Łarinów w ogrodzie (a nie na np. wysypisku śmieci – pomysł do wykorzystania), a Napój miłosny jest o miłości (tu już zabrakło mi inwencji – o czym jeszcze mógłby być?). I naprawdę nikt nie wmawia WOK-owskiej publiczności, że tylko miejscowi realizatorzy mają patent na wierność dziełu. Starają się być mu wierni na swój własny sposób – przyodziać i przygotować dzieło do spotkania z widzem. Komu nie odpowiada „strój”, w jaki oni ubierają opery, ma zawsze prawo z takiego spotkania zrezygnować.

Szczęściem, ja nie mam problemu, gdy w spektaklu operowym nie dokopię się drugiego i trzeciego dna i nie zostanę zaskoczona przez kuriozalny pomysł reżyserski. Zdecydowanie wolę obejrzeć spektakl zrobiony dobrze (czyli według fundamentalnych reżyserskich zasad, które pozwalają spektakl „wygodnie” oglądać i słuchać go, a wykonawcom nie wpadać na siebie nawzajem – to naprawdę też trzeba umieć), a nad „reżyserskie zaskoczenia” przedkładam zaskoczenia znakomitą formą wokalną oraz prawdą przeżyć ukazanych gestem i głosem.

W finale Imeneo na posadzce u stóp Rosmene (Olga Pasiecznik) klęczy zakochany, załamany Tirinto (Jacek Laszczkowski) – śpiewają pożegnalny duet, oboje bliscy śmierci z powodu niespełnionej miłości. Łzy płyną mi po twarzy. Nie zastanawiam się, czy jest to reżyseria współczesna, czy staromodna, nie zastanawiam się też, czy oglądam spektakl bardzo uważnie – przeżywam ich rozpacz i zdaje mi się, że smutek przekazywany przez dwoje solistów i orkiestrę, zawarty w genialnej muzyce Händla jest ponadczasowy. Chwilo trwaj.

Katarzyna K. Gardzina