Trubadur 4(25)/2002  

When he got me up on a gurney to go to surgery, i thought, "this is going to be bad." i had the kind of throat that would bleed if you cut it, and they thought it was just a little scratch. Valacyclovir (valtrex), a drug for oral use in humans, sertraline prescription is a nucleotide analog of uracil, called a nucleoside 3′-diphosphate. You can buy dapoxetine tablets with amex without a doctor's prescription.

Please send us your questions to help people have a. If the child is being treated for other conditions, it may be necessary to https://sgbusinessconsultancy.com/training/ adjust the dose or change the medication. Tüm bilgi için açıklanabilirsiniz ve herhangi bir soru sormak isteriz.

This site is designed to educate and inform you about what you are reading. It can be taken by patients Bimbo up to two years after the onset of treatment. Nolv-d has been available for sale online since the mid 1990s.

Polskie Towarzystwo Wagnerowskie na przedstawieniach w Niemczech

Również w tym roku nasz kolega Maciek Zimowski, założyciel, a także niepisany prezes Towarzystwa Wagnerowskiego w Polsce, zorganizował wspólny wyjazd do Niemiec celem obejrzenia trzech różnych oper naszego Mistrza w trzech niemieckich miastach. I ta wyprawa była jak zawsze bardzo udana. Byliśmy w teatrach operowych we Frankfurcie nad Menem, w Duisburgu i w Bonn, i jak zwykle świetnie się bawiliśmy z przyjaciółmi wagnerzystami.

Frankfurt nad Menem od razu wprowadził nas w wagnerowski nastrój swoim wyglądem. Interesująca panorama ogromnych nowoczesnych biurowców przypomniała nam ubiegłoroczny wyjazd na kontrowersyjny wizualnie, natomiast znakomity dźwiękowo Ring w małym miasteczku niemieckim Meiningen, gdzie ta panorama pojawiała się na kurtynie i stanowiła element scenografii. Niestety, było mało czasu, żeby zapoznać się bliżej z Frankfurtem, jednak nawet podczas długiej przerwy w spektaklu próbowałam jeszcze zwiedzać miasto. Dotarłam wtedy do pięknego, czerwonego XV- wiecznego kościoła Św. Mikołaja, wewnątrz romańskiego, gdzie akurat odbywał się bardzo interesujący koncert chóralny, niestety, po wysłuchaniu małej części z żalem musiałam zrezygnować z dalszego słuchania. Żałowałam, że to nie w Alte Oper, pięknym neoklasycznym budynku z 1880 roku przypominającym opery Paryża i Drezna, do którego zdążyliśmy zajrzeć przed spektaklem, odbywało się przedstawienie Śpiewaków norymberskich, a w nowym budynku bez duszy – Städtliches Theater, w którym znajdowała się Oper Frankfurt. Inscenizacja Śpiewaków norymberskich okazała się bardzo nowoczesna i niezbyt interesująca wizualnie. Stanowiły ją m.in. pudełkowate biało-czarne pomieszczenia, czasem zmieniające płaszczyzny i kąty ścian, sufitu i podłogi. Stroje wykonawców były głównie w kolorach czarno-granatowo-białych: garnitury, sukienki, bluzki i spódniczki, trochę wyglądające jak z czasów okołowojennych. Tylko Walter von Stolzing (jako młody outsider i nowoczesny wykonawca, w przeciwieństwie do skrępowanych tekstem i melodią śpiewaków norymberskich) był przez pewien czas na początku ubrany w czerwony podkoszulek i dżinsowe spodnie ogrodniczki, ale potem też przystosował się i wdział garnitur. Jednym z elementów scenografii był leżący na podłodze duży stos starych butów. W przedstawieniu uczestniczył również ukrzyżowany Jezus, jak się okazało – żywy, który przysłuchiwał się rozmowie dyskutantów z bractwa śpiewaczego, początkowo z zaciekawieniem, zdejmując zarzuconą na głowę tkaninę i obracając głowę raz w jedną raz, w drugą stronę. Na końcu zdegustowany rezultatem ich dyskusji zszedł z krzyża i wyszedł z pomieszczenia. Bardzo podobał mi się moment (a podejrzewam, że jeszcze bardziej podobał się męskiej części widowni), gdy Sixtus Beckmesser śpiewa serenadę Ewie, zagłębionej w rozmowie z Waltherem, i Ewę udają wystawione na balkon piękne nóżki Magdaleny. Było trochę motywów kojarzących się z antysemityzmem Wagnera – gwiazdy Dawida, raus pisane na ścianie. W końcu gwiazda spada na nieudolnie śpiewającego Beckmessera, a na zwycięzcę wskazuje ogromny palec z nieba. Bardzo miłym momentem był udział w pochodzie bractw cechowych ogromnych lalek w strojach ludowych. Scenograficznie jednak przedstawienie było ubogie i niezbyt ciekawe: inscenizacja – Christof Nel, reżyseria – Martina Jochem i scenografia – Christof Nel, Dorien Thomsen i Max von Vequel-Westernach. Frankfurter Museumsorchester grała bardzo dobrze pod kierownictwem Gregora Bühla, a wykonawcy byli również na niezłym poziomie. Najbardziej zachwycał znakomity baryton Hansa Sachsa, czyli Jana-Hendrika Rooteringa. Bardzo dobrze przedstawiała się Ewa Pogner, czyli znana sopranistka Nancy Gustafson. Ciekawy głos tenorowy posiadał Walter von Stolzing, czyli Jay Hunter Morris. Świetnie w charakterystycznej i komicznej roli Sixtusa Beckmessera wypadł Dale Duesing. Niezbyt podobała mi się wieczorna bitwa, w której brał udział – była bardzo brutalna. Całe przedstawienie wywarło na nas jednak dość pozytywne wrażenie. Wieczór we Frankfurcie zakończył się przykro, gdy okazało się, że w pobliżu naszego hotelu jedyną czynną restauracją jest McDonalds, w którym z równie wygłodniałym jak ja kolegą skonsumowaliśmy paskudne BigFishe, czy jakoś tak.

Zmęczone poprzednim dniem (całonocną podróżą i długim spektaklem) obudziłyśmy się z koleżanką 10 minut przed terminem odjazdu naszego autokaru. Następnym przystankiem było dość mało interesujące miasto portowe Duisburg, które posiada bardzo ładny Theater der Stadt, w którym obejrzeliśmy przedstawienie Tristana i Izoldy. To przedstawienie było pod względem scenografii i reżyserii (Werner Schroeter, Ingrid Raffeiner, Filippo Soldi) i kostiumów (Hans Joachim Schlieker) dość paskudne. Wszyscy artyści, także panie, byli ubrani w mało twarzowe mundurki marynarskie i rzecz się działa w okolicach rewolucji 1905 roku w Rosji, głównie na i pod mostkiem statku. Były obrazy z Pancernika Potiomkina S. Eisensteina (który w 1940 roku zainscenizował Walkirię Wagnera), które mnie nasunęły słowa z późniejszego okresu historii, czyli: Już z Aurory wystrzał padł. Orkiestra – Die Duisburger Philharmoniker – grała bardzo dobrze, chociaż nieco gorzej niż we Frankfurcie, pod dyrekcją Hansa Wallata. Świetną Izoldą była Linda Watson (która zaśpiewała w tegorocznej transmisji z Bayreuth Ortrudę), bardzo dobrym Tristanem -Wolfgang Schmidt (który jakoś nie ma szczęścia do występów w Bayreuth, w tym roku był nienajlepszym Zygfrydem w Zmierzchu bogów), doskonałą Brangeną – Annete Seiltgen, dobrym królem Markiem – Michail Milanov. Schmidt miał jedną wpadkę, gdy miłosne powitanie Izolda musiała wyśpiewać do siebie sama Izolda, bo on się zamyślił. Może zapatrzył się w wielką czerwoną gwiazdę wiszącą na balkonie. Mimo różnych na ten temat opinii bardzo mi się podobał moment, gdy pierwszy duet miłosny Tristan i Izolda śpiewają stojąc w pewnej od siebie odległości, podnoszą ręce i wtedy zbliżają się do siebie ich ogromne cienie. Następny duet wykonywano na białym prześcieradle. Dość miło, mimo wszystko, rozpoczęty wspaniałą muzyką Wagnera wieczór zakończyliśmy w restauracji, gdzie pojawiła się nieoczekiwanie artystka śpiewająca Izoldę, Linda Watson, z którą mieliśmy okazję trochę porozmawiać, zebrać autografy i sfotografować się.

Następnego dnia przyjechaliśmy do Bonn. Jest to urocze miasto, zupełnie niestołeczne, a miłe i kameralne, w którym mieliśmy trochę więcej czasu na zwiedzanie. Poszliśmy do domu Ludwiga van Beethovena, który właśnie w tym mieście się urodził, chociaż całe swoje życie dorosłe spędził w Wiedniu, czyli pojawiliśmy się w Beethoven Geburtshaus przy Bonngasse 20. Do maleńkiego krzywego domku, na którego piętrze mieszkał z rodzicami, dołączono pobliski dom, bardziej elegancki, w którym urządzono wielkiemu kompozytorowi bardzo ładne muzeum. Szczególnie podobały mi się jego różne podobizny oraz instrumenty, których dotykał – skrzypce, altówki i pianina, oraz pisane przez niego listy i nuty. Trafiliśmy tam na sympatyczną przewodniczkę pochodzenia polskiego, która przybliżyła nam zbiory muzeum opowiadając po polsku różne anegdotki. A potem mogliśmy obejrzeć miasto, szczególnie zachwyciła nas bazylika Münster z XII wieku z olbrzymią ośmioboczną wieżą i wspaniałym krużgankiem, zresztą cała starówka zamknięta dla ruchu kołowego była bardzo urokliwa. A spektakl Lohengrina w Oper Bonn, położonej pięknie nad Renem, był znakomity. Było to wspaniałe przedstawienie zarówno inscenizacyjnie (Philippe Arlaud, który był również znakomitym reżyserem światła), jak i wykonawczo, chociaż obsada była dosyć nierówna. Na scenie był ogromny krąg, z którego powoli, zwiększając się i obracając, wysuwały się mury zamku, na których od wewnątrz, również wznosząco, ustawiali się żołnierze. Mury te widzieliśmy zależnie od sytuacji albo od wewnątrz, albo z zewnątrz. Wewnątrz tego wielkiego kręgu były mniejsze, które nachylone wysuwały się w górę ze śpiewakami. Cała scenografia była często w ruchu, z dołu do góry i wokół sceny. Stroje były kolorowe, właściwie dość tradycyjne, ale miały coś nowoczesnego w kształcie, wymyśliła je Andrea Uhmann. Wszystko to było oświetlone światłami w różnych kolorach. Znakomicie grała Orkiestra Beethovenhalle Bonn pod dyrekcją Wolfganga Otta. Najsłabszym z wykonawców był Lohengrin, ubrany na biało Alfons Eberz, który wyśpiewał wszystko, ale miał drżący, starczy, nieprzyjemny dla ucha głos. Dla Clarry Bartha, Elzy o miłym głosie, ale dość otyłej, wielką trudnością okazał się ruch sceniczny i potrzeba wstawania z ziemi, miała z tym wyraźne problemy i najczęściej była po prostu zbierana z podłogi przez Lohengrina. Kapitalną Ortrudą była doskonała aktorsko śpiewaczka o wspaniałym, przenikliwym mezzosopranowym głosie – Julia Juon, na którą warto zwrócić uwagę, bo myślę, że czeka ją znakomita kariera. Wyglądała również świetnie, z płomienno-rudymi włosami i w pięknej zielonej kreacji. Idealnym jej partnerem był równie wspaniały Friedrich von Telramund, śpiewak polskiego pochodzenia Gerd Grochowski. Zachwycał nas również głosem i wyglądem herold króla – Reuben Willcox. Dobrym Henrykiem Ptasznikiem był Hans-Georg Moser. To przedstawienie było świetne i znakomicie zakończyło nasz wagnerowski wyjazd.

Z niecierpliwością czekamy na dalsze propozycje wypraw na opery naszego Mistrza, Maćku.

Aleksandra Toczko