Trubadur 3(28)/2003  

Mariusz Kwiecień triumfuje na scenie MET

Zdarzają się na świecie śpiewacy operowi, którzy pojawiając się na scenie, każdorazowo wzbudzają sympatię u publiczności. Bez względu na to, czy grają bohatera pozytywnego, czy też negatywnego ich kreacja bywa przyjmowana z zachwytem. Dostarczają wrażeń wprost wyjątkowych również w epizodycznych rolach. Do tego – wąskiego – grona specjalistów należy Mariusz Kwiecień. Takie wnioski wyciągam po obejrzeniu kilku przedstawień z udziałem wybitnego polskiego barytona na kilku europejskich i amerykańskich scenach. Nie inaczej było 1 kwietnia 2003 w nowojorskiej Met, gdy po raz pierwszy wystąpił tam jako Marcello w Pucciniowskiej La Boheme.

Tę partię artysta przygotował na 14 stycznia 2000 dla Michigan Opera w Detroit. Następnego roku od 12 czerwca z wielkim powodzeniem śpiewał na scenach De Vlaamse Opera w Gandawie i Antwerpii. Kwiecień brzmiał olśniewająco, rozwijając głos w długich frazach i nadając mu urzekający blask w górze skali. Dla pełnego wyrazu niekiedy rezygnował z pięknej barwy głosu. W mistrzowski sposób brylował głosem w duecie O Mimi, tu piú non torni. Dzięki doskonałemu opanowaniu stylu belcanto, niezbędnego u Pucciniego, do publiczności docierał każdy niuans, każdy detal pieczołowicie przez Kwietnia opracowany. Marcello tworzony przez Kwietnia kipiał energią i żywiołowością, szczególnie podczas słynnego walca Musetty Quando me’n vo'… Wyrazistą i sugestywną grą maksymalnie przybliżał widzów do tego, co dzieje się w duszy Marcella, rozdartej między dumą zdradzonego kochanka a ciągle trwającym uczuciem. Szczyty ekspresji osiągnął przepięknie zaczynając od wysokiego „e” Gioventu mia, tu non sei morta. Tak ogromnej muzykalności nie sposób zapomnieć.

Mając w pamięci belgijskie sukcesy Polaka z niecierpliwością czekałem na nowojorski debiut, jakby nie było, w popisowej dla niego partii. Dla artysty okolicznością sprzyjającą był fakt, że poprzednio, to jest od 1999 roku, zaśpiewał w Met już 6 ról drugiego i trzeciego planu, a zatem warunki akustyczne sceny znał doskonale. Teraz przyszła pora na plan pierwszy. Nie doszukałem się, z którego roku jest omawiana produkcja, zdaje się, że z 1985. Była grana ponad sto razy i na sezon 2002/2003 zaplanowano 13 przedstawień. W pierwszych sześciu Mariusz Kwiecień był dublerem, a od 1 kwietnia w następnych siedmiu śpiewał Marcella.

Przedstawienie w nakreślonej mistrzowską ręką scenografii, której autorem jest Franco Zeffirelli, od początku do końca rozgrywa się na dwóch planach i zasługuje na miano genialnego. Malownicze poddasze z widokiem dachów Paryża, wypełnione tłumem okolice kawiarni Momus w Dzielnicy Łacińskiej i bajecznie ośnieżone rogatki miasta w trzecim obrazie powodowały oszałamiające wrażenie. Oczywiście, można rozpisywać się o detalach, ale po co, skoro wszystko, co dzieje się na scenie, układa się w logiczny ciąg i jest w pełni zrozumiałe. Nawet malkontent reżyserię Zeffirelliego oceni tylko jednym słowem – doskonała. (W opinii o tym reżyserze utwierdziła mnie również 5 listopada 2002 Carmen ze świetną Denyce Graves).

Prowadzący spektakl Julius Rudel w bieżącym sezonie obchodzi 25-lecie pracy w Met (debiut – Werther, 1978). Pod jego batutą orkiestra grała znakomicie. Dyrygentowi nie uszedł ani jeden szczegół, ani jeden detal. Odnosiło się nieodparte wrażenie, że dźwięki muzyki przepoiły także całą przepiękną scenografię.

Z doborowego zestawu solistów zasmucił mnie tenor Frank Lopardo śpiewający partię Rodolfa. Zarówno tego wieczora, jak i poprzednio, kiedy 15 stycznia na scenie Lyric Opera of Chicago śpiewał Alfreda, sprawiał wrażenie, że lata świetności ma już poza sobą. Bardziej podobała się Musetta, którą rewelacyjnie odtwarzała Angela Maria Blasi. Jako Schaunard miłe wrażenie wywierał błyskotliwy Franco Pomponi. Bas Richard Berstein z dużą kulturą wokalno-aktorską wykonał partię Colline’a, której ukoronowaniem była subtelnie zaśpiewana aria Vecchia zimarra. Tego śpiewaka wcześniej nie słyszałem, lecz mówiono mi, że dysponuje bardzo dużym głosem. Niekłamaną boginią wieczoru była Mimi rewelacyjnie kreowana przez Hei-Kyung Hong. Artystka związała się z Met w 1984 roku i w ponad 175 przedstawieniach pokazała się w 20 rolach. Dysponuje przepięknym sopranem lirycznym i nieskazitelną techniką wokalną. Zjednała sobie publiczność olśniewającą interpretacją roli biednej i szlachetnej hafciarki śpiewającej arię Mi chiamano Mimi. Wokalnym majstersztykiem był właściwie każdy dźwięk i każda fraza w jej wykonaniu, niezwykle wzruszający był pełen uroku duet miłosny O soave fanciulla. W omawianym spektaklu znalazła wspaniałego partnera w osobie Mariusza Kwietnia fenomenalnie kreującego partię Marcella.

Mariusz Kwiecień posiada wszystko, co niezbędne do zagrania biednego malarza. Jest młody, ma świetną aparycję. Dobrze wyszkolony głos wraz z urzekającą ucho barwą dopełniają tego, co musi wzbudzać podziw. W I obrazie od początkowego dźwięku w duecie z Rodolfem Questo Mar Rosso można było zauważyć, że głos Mariusza Kwietnia nabrał jeszcze większej szlachetności i metalicznej dźwięczności. Głosem i gestem malował atmosferę studenckiego pokoiku na poddaszu. Jako Marcello emanował zarówno ogromną siłą dramatycznego wyrazu, jak i wirtuozowską techniką wokalną. W dalszych ansamblowych scenach od wejścia Colline’a (Pensier profondo!) olbrzymią rozpiętością lirycznego z natury głosu i nieskazitelnie dopracowaną frazą muzyczną pieścił uszy słuchaczy. Szczególnie zniewalającymi okazały się swobodnie kształtowane, pełne blasku wysokie tony. Postać malarza, błyskawicznie zmieniającego się od frywolnego młodzieńca, poprzez zdradzanego i jednocześnie uwodzonego kochanka, aż do subtelnego i roztropnego przyjaciela, wyposażył w mnóstwo szczegółów mających kolosalne znaczenie dla tworzenia klimatu kolejnych scen i obrazów. Fenomenalny wyraz artystyczny osiągnął w II obrazie, choć ma w nim nieco mniej do śpiewania niż do zagrania. Podczas słynnego walca Musetty grał wybornie, ile żaru włożył w słowa Legatemi alla seggiola! i z jak niezmierną radością zaśpiewał Gioventu mia – nie da się opisać, to trzeba osobiście przeżyć. Każde spojrzenie, każdy, nawet najdrobniejszy gest miał logiczne uzasadnienie i całkowicie wtapiał się w warstwę muzyczną. Trudno wyczuć, w jakim stopniu są to zasługi współpracy z Zeffirellim, a w jakim własnego wyczucia praw sceny i – przypuszczam – tytanicznej pracy nad sobą pod względem prezentowania postaci scenicznej. W każdym razie fenomenalnie budował sceniczne napięcia, zdumiewająco ukazywał inscenizacyjno-estetyczne rozwiązania akcji, w których efektownie brał udział. W obrazie III scena Mimi?! Speravo di trovarti qui należała do niezapomnianych fragmentów przedstawienia, gdyż soliści od początku do końca utrzymali szlachetną harmonię dźwięku i ruchu, a dramatycznie kształtowana przez Kwietnia fraza wywierała przejmujące wrażenie. Odmiennie wyrazowo zaprezentował się w scenie z Rodolfem Or rincasate. Również w IV obrazie przemawiał do widza, bawiąc go i wzruszając. Przepełniony muzykalnością, treść poszczególnych scen w zależności od potrzeb wypełniał całą symfonią nastrojów, odzwierciedlających ironię, nadzieję, miłość, smutek, aż do ostatniego wyrazu Coraggio!

Po takim sukcesie w Met chciałoby się powiedzieć, że Mariusz Kwiecień jest bez wątpienia interesującym interpretatorem wielkich werystycznych ról. Ale nie tylko, bowiem jesienią 2002 roku tego samego artystę podziwiałem w Detroit za mistrzowskie opanowanie sztuki śpiewania w stylu belcanto. Więc ośmielam się sądzić, że wszystko, za co się zabierze, zrobi najlepiej, jak to zrobić można. Nie mam co do tego wątpliwości, bowiem pamiętam również, jak wspaniale Kwiecień grał całkowicie komicznego Papagena. Powiedział mi kiedyś, że do takich partii nie chce wracać, jak i to, że Figara w Cyruliku sewilskim nigdy nie zamierza włączyć do repertuaru. Szkoda. Jednak liczę na to, że może zmienić zdanie.

Powyższa relacja dotyczyła 35. przedstawienia, w którym Mariusz Kwiecień występował w Metropolitan Opera. Przeglądając repertuar Met na sezon 2003-04 zauważyłem, że bohater niniejszej relacji jesienią br. ponownie będzie pojawiał się jako Marcello, a zimą jako Ali (Włoszka w Algierze), czyli w roli, w której na tej scenie poprzednio występował w 2001 roku.

Wilfried Górny