Trubadur 4(29)/2003 English  

Bryn Terfel we Frankfurcie nad Menem

Często zagraniczne wyjazdy, których celem nie jest uczestniczenie w wydarzeniach muzycznych, stają się okazją do zobaczenia ciekawego spektaklu lub koncertu. I tak na początku grudnia wyjazd do Frankfurtu nad Menem pozwolił mi wysłuchać na żywo recitalu pieśni walijskiego bas-barytona Bryna Terfela.

W programie wieczoru znalazły się różnorodne utwory, między innymi pięć pieśni Roberta Schumanna, wybrane utwory z Schwanengesang Franciszka Schuberta, pieśni Rogera Quiltera, Benjamina Brittena i Francesco Tostiego oraz pieśni ludowe.

Jak to zwykle bywa jesienną i zimową porą, na widowni było sporo osób kaszlących, zwłaszcza w pauzach pomiędzy kolejnymi utworami. Bryn Terfel wdał się w zabawny dialog z tą pokasłującą publicznością, wywołując salwy śmiechu. Nie był to zresztą jedyny moment, kiedy pozwolił sobie na krótką rozmowę z widzami. Publiczność tłumnie zgromadzona we frankfurckiej operze już na samym początku powitała artystę owacją i entuzjazm ten rósł w miarę, jak Bryn Terfel wykonywał kolejne utwory. Zachwyt znajdował ujście w huraganowych brawach również w trakcie cykli pieśni, co właśnie stało się okazją do kolejnego dialogu z publicznością. Część widzów próbowała uciszać klaszczących sąsiadów, ale niewiele to dało i oklaski odzywały się po każdej pieśni. W końcu Bryn Terfel w kolejnej przerwie pochylił się nad rozłożonym na fortepianie programem i odczytał ze śmiechem po niemiecku prośbę, by nie przerywać oklaskami cykli pieśni. Nie na długo się to jednak zdało i do końca koncertu po każdym utworze ktoś się wyrywał z brawami, widocznie nie mogąc się opanować.

Nie dziwię się jednak temu brakowi opanowania ze strony publiczności, gdyż koncert był rzeczywiście świetny. Sprawił to zarówno piękny głos Bryna Terfela, bardzo dobra dykcja, jak i wspaniała, przemyślana interpretacja. Nie pozostawiała ona wątpliwości co do treści zawartych w kolejnych utworach, każda pieśń w jego wykonaniu tworzyła odrębny świat. W pierwszej z nich, Dei beiden Grenadiere, przykuł uwagę słuchaczy wspaniale prowadzoną linią opowieści o grenadierze, który chce pozostać wierny swemu Cesarzowi nawet po śmierci, świetnie stopniował napięcie aż do zaśpiewanego z mocą finału. W trakcie recitalu nie nadużywał jednak siły głosu – w drugiej z kolei pieśni, Leis' rudern hier, mein Gondolier zauroczył publiczność uwodzicielsko operując pianami, brzmiącymi równie wspaniale, jak wcześniejsze forte. Świetnie odmalował także uczucie miłości, w kolejnej pieśni Schumanna, Widmung. Potem były między innymi mieniący się barwami Abschied Schuberta (jak różnie można zaśpiewać ade!), rozkosznie pijany Bakchus w Trinklied, ale też hipnotyzująco niesamowity Der Doppelgänger, którego finał sprawił, że nawet najbardziej zagorzali „oklaskiwacze” siedzieli w ciszy, jakby bojąc się poruszyć. Potem znów rozbawił publiczność prześmiesznym wykonaniem The Foggy, Foggy Dew czy The Wee Cooper O’Fife, by po chwili wprawić w zadumę Down by the Salley Gardens. Gdy miał wykonać My Little Welsh Home, zapowiedział po walijsku i angielsku, że ten utwór i następny (Suo-Gân) zaśpiewa dla siedzących na balkonie ludzi z walijskim smokiem. Na koniec oczarował nas trzema pieśniami Tostiego, wykonanymi mistrzowsko prowadzonym głosem, przypominającym w tym momencie przelewający się aksamit.

Oczywiście nie mogło się obyć bez bisów. Dzięki temu usłyszeliśmy między innymi zabawną opowieść o spotkaniu z dużym brązowym niedźwiedziem i – na sam koniec – serenadę Don Giovanniego Deh vieni alla finestra. Terfel był Don Giovannim nieodparcie uwodzicielskim, ale i cynicznym. By wykonać ten ostatni utwór, zeskoczył na widownię z różą wyjętą z otrzymanego bukietu. Zaśpiewał serenadę do wybranych pań z publiczności: jedną z nich obsypał płatkami róży, przed drugą ukląkł, a na koniec obie ucałował.

Świetnym partnerem był często akompaniujący Brynowi Terfelowi pianista Malcolm Martineau. Widać było – i słychać – jak doskonała i dopracowana jest ta współpraca, obaj artyści świetnie się uzupełniali i razem stworzyli niezapomniany wieczór.

Po koncercie obaj bohaterowie wieczoru rozdawali autografy otoczeni tłumem rozentuzjazmowanych wielbicieli. Ten niezapomniany koncert sprawił, iż mam nadzieję, że życzenie Bryna Terfela dla „Trubadura” wyrażone w dedykacji spełni się ku radości naszych Klubowiczów.

Katarzyna Walkowska