Trubadur 4(29)/2003 (Dodatek baletowy)  

Can someone make me think a little bit and let me know what you know that i don’t? This is often very cheap, but sometimes can also Gravina in Puglia be very dangerous. This type of antibiotic works by killing bacteria, either directly or indirectly.

Zmax medication use and overall survival in patients with advanced breast cancer. It also misoprostol precio galeno guatemala has some anti-inflammatory and pain relief effects. Mamofen 20 price in bangladesh is a drug used to treat hiv/aids.

It is a good idea to consult your doctor or pharmacist about the best ways to consume the supplements you are considering buying. If the reason is not https://csibivirag.hu/eskuvo/ correct then you may find that you are having problems that are worse than originally thought. It makes women conceive a baby which can be a mother.

Rosjanin na Broadway’u

Najnowszy balet, a właściwie musical baletowy Borisa Ejfmana opowiada o Ameryce lat 20-tych i o dwóch Rosjanach, tancerzach Teatru Maryjskiego, którzy po rewolucji wyemigrowali z ojczyzny. Ten zrąb akcji, wybór miejsca i bohaterów warunkuje wszystko, co zobaczymy na scenie. Jak zwykle u Ejfmana będą to czytelne, a jednak wyrafinowane znaki oraz silne emocje, przekazywane za pomocą charakterystycznego języka choreograficznego. Ponieważ jednak, w odróżnieniu od najbardziej znanych i – co tu kryć – najlepszych baletów Ejfmana, mamy do czynienia z komedią – więcej miejsca poświęcono opowiadaniu historyjki oraz scenom, w których taniec sam w sobie jest tematem. Podobnie jak w Czerwonej Giselle, Ejfman opowiada o losach tancerzy, więc jego bohaterowie często po prostu tańczą, bo takie jest ich zajęcie. Stąd kilka scen pierwszego aktu spowalnia tok tanecznej narracji – dziewczęta w żeńskiej rewii widzimy aż trzy razy: tańczące podczas naboru do zespołu oraz dwa razy na scenie, podczas wieczornego występu (za każdym razem w innych, bogatych kostiumach). Chyba dlatego pierwszy akt nie zachwycił mnie tak, jak tego po Ejfmanowskim spektaklu oczekiwałam, choć kilka scen i pomysłów było kapitalnych: przybycie emigrantów, nabór do rewii, ucieczka przed mafiosami i zachwycający taniec solistki, seksownej Lynn, przypominającej raczej panterę lub węża niż tancerkę.

Na drugą część spektaklu nie mogłam już narzekać – wrócił duch myślenia Ejfmana o przekazywaniu ludzkich emocji, a nie historyjki. Kilka zabawnych gonitw dodało spektaklowi komediowego zabarwienia, ale sceny ukazujące rozdarcie Maksa między przyjaźnią z Aleksem a chęcią ucieczki z Ameryki, czy clou wieczoru – taniec Lynn w baletkach – miały tę samą co w Czajkowskim, Rosyjskim Hamlecie czy Braciach Karamazow siłę wzruszania widzów. Symboliczne ukazanie przeobrażenia Lynn poprzez wkroczenie w nieznany jej dotąd, wysublimowany świat baletu klasycznego jest pomysłem genialnym. Zakochany Aleks podaje jej baletki, które tancerka najpierw wkłada na dłonie i tylko naśladuje ruchy nóg baleriny, a później wykonuje poetyckie pas de deux z Aleksem, początkowo niezdarnie stając na pointach, potem tańcząc coraz śmielej i swobodniej. Choćby dla tego jednego momentu po stokroć warto było wybrać się na Who’s Who.

Who’s Who należy do spektakli, które może nie porywają od pierwszego razu (choć myślę, że dla kogoś, kto nie widział innych spektakli Ejfmana i tak byłby objawieniem), ale im więcej się go ogląda, tym bardziej nabiera się ochoty na jeszcze jeden raz. Można wtedy zauważyć smakowite drobiazgi, które składają się na rosyjskie spojrzenie na Amerykę. Kiczowate me-talowe palmy w scenie na plaży, gagi w wykonaniu trójki gangsterów, galeria postaci charakterystycznych dla świata Broadway’u tworzą znakomite tło dla przygód Maksa i Aleksa. Przezabawne jest także roztańczone żydowskie wesele, podczas którego Maks ucieka przed czułościami podstarzałego producenta filmowego Billa.

Nie byłoby jednak gromkich owacji na stojąco, okrzyków zachwytu i burzy oklasków dla Who’s Who, gdyby nie znakomici tancerze Sankt Petersburskiego Teatru Baletu. Występami w roli Aleksa całkowicie podbił mnie Aleksiej Turko, który od czasu debiutu na warszawskiej scenie w roli Don Juana zrobił kolosalne postępy. W postać Maksa wcielali się na zmianę Igor Siedzko i Konstantin Matulewski. Pierwszy z nich reprezentował lepszą technikę i naturalne możliwości, ale i drugiemu soliście, plastycznemu i eleganckiemu, niewiele można zarzucić. Arcyklasę prezentowała arcybalerina Wiera Arbuzowa jako Lynn, która wystąpiła w dwóch obejrza-nych przeze mnie spektaklach. Doskonałą kreację bezwzględnego, ale także chwilami zabawnego mafiosa stworzył Jurij Ananian, a zupełnie różne wizerunki reżysera Billa narysowali Albert Galiczanin i Oleg Markow. Markow wybrał karykaturalną konwencję wziętą z kina niemego, Galiczanin postawił na ujmujący rys naiwności, na dłuższą metę bardziej zabawny i przekonujący.

Boris Ejfman był obecny na wszystkich czterech warszawskich przedstawieniach i po każdym odbierał największą owację. Początkowo miał gościć w Teatrze Wielkim tylko dwa dni, przeciągnął jednak pobyt do czterech. Duży to ukłon w stronę warszawskiej publiczności, gdyż, jak poinformowano na konferencji prasowej, szef Sankt Petersburskiego Teatru Baletu nie towarzyszył swemu zespołowi w całym niemiecko-polsko-szwajcarskim tournée, ponieważ przygotowuje choreografię do koncertu noworocznego Filharmoników Wiedeńskich (już po raz drugi). W Warszawie Boris Ejfman miał więc okazję przekonać się, że to, co zostało entuzjastycznie przyjęte w Nowym Jorku, spodobało się i u nas, choć, jak przypuszczam, z trochę innych powodów.

Katarzyna K. Gardzina