Trubadur 4(29)/2003 (Dodatek baletowy)  

Our online tamoxifen (tamoxifen tablets) pharmacy is safe, fast and secure. The zithromax is also a generic of cipro, which was approved for https://portlandpromise.org/our-vision-and-history/ treating infections caused by sexually transmitted diseases. The next three words sounded like this, and she could not understand the fourth word.

Buy tamoxifen (nolvadex) is a drug of the tamoxifen family. Doxycycline is used to comprare priligy generico treat, buy doxycycline 500 mg online. People who have the condition cannot afford health care or medication.

Priligy dapoxetine 30mg it is a medication used to treat depression or moderate to severe cases. Topical tamoxifen buy online Leawood allegra d 24 hour cost with no prescription. Prednisone (generic), also known as dexamethasone, is a corticosteroid used to treat allergic.

Kto jest kim w balecie i nie tylko
Rozmowa z choreografem Borisem Ejfmanem

– „Trubadur”: W przeciągu zaledwie kilku miesięcy po raz drugi zawitał Pan do Warszawy…

– Boris Ejfman: Tak, w czerwcu pracowałem z zespołem Teatru Wielkiego nad przygotowaniem premiery mojego baletu Czajkowski. Teraz przyjechałem z moim zespołem pokazać nasz najnowszy spektakl Who’s Who. Zawsze z radością wracam do Warszawy i warszawskiej publiczności, która przyjmuje nas wspaniale. W Teatrze Wielkim czujemy się jak w domu, otacza nas tu taka troska i przyjaźń, że warunki do pracy mamy po porostu idealne.

Jak pojawił się pomysł baletu Who’s Who, tak różnego od poprzednich Pana spektakli?

– Po pierwsze, w Nowym Jorku po tragedii 11 września pojawił się pomysł, aby spektakl, który miał mieć premierę właśnie tam, niósł wiele optymizmu i pozytywnej energii, żeby przywracał radość. A przecież zwykle moje spektakle mają wymowę bardzo tragiczną. Po drugie, chciałem stworzyć spektakl „amerykański”, ponieważ Ameryka podarowała mi bardzo wiele – sukces, uznanie – i w ten sposób chciałem oddać coś w zamian, zrobić z tego przedstawienia prezent dla moich widzów w Ameryce. Postanowiłem także, że będzie to spektakl pełen radości życia, pełen jasności. Zastanawiając się nad tematem spektaklu, pomyślałem o parze emigrantów, ich przygodach w Ameryce, zabawnych zdarzeniach. Ten wątek doprowadził mnie do filmu Pół żartem, pół serio. Film Billy’ego Wildera podsunął mi wiele pomysłów i idei, które wykorzystałem w balecie Who’s Who. W ten sposób połączyły się mój oryginalny pomysł i temat filmu.

W swoich przedstawieniach wykorzystuje Pan najróżniejszą muzykę, od Mozarta i Beethovena do współczesnego rocka. Jakie utwory usłyszymy w Who’s Who?

– Tu pojawiają się trzy nurty. Pierwszy to szwajcarski zespół Kol Simcha, który wspaniale aranżuje muzykę klezmerską i wykonuje ją z udziałem wielkiej orkiestry symfonicznej. Ta muzyka wyraża w balecie temat i emocje związane z emigracją. Głównym tematem spektaklu jest oczywiście jazz, muzyka amerykańska. Tu najważniejszy był dla mnie Duke Ellington. Ten motyw to Ameryka, jazz i show biznes, w którym szukają pracy moi bohaterowie. Trzeci, nostalgiczny motyw wprowadza muzyka Rachmaninowa. Rachmaninow także był emigrantem, mieszkał w Ameryce i w jego muzyce stale jest obecny duch tęsknoty za Rosją. Te trzy muzyczne sfery ukazują i budują trzy krawędzie dramaturgiczne, na których opiera się mój spektakl.

Mawia Pan często, że najbardziej lubi pracować z własnym zespołem, że inspirują Pana konkretni tancerze. Czy tak było i w tym wypadku?

– Nie powiedziałbym, że poszczególne role w Who’s Who były tworzone specjalnie dla konkretnych tancerzy. Oczywiście, kiedy pracuje się z wykonawcą, z tańczącym aktorem, to mimowolnie jego fizyczne cechy, charakter i artystyczne możliwości zaczynają wpływać na ostateczny kształt partii. Dlatego sądzę, że tacy tancerze jak Aleksy Turko czy Jurij Ananian dzięki swej własnej plastyce ruchu mieli swój udział w tworzeniu powierzonych im ról. Również nasze baleriny: Wiera Arbuzowa i Natalia Poworozniuk wniosły wiele swojego do roli Lynn, którą tańczą. Można więc powiedzieć, że choć nie był to spektakl tworzony specjalnie z myślą o nich, to moi artyści wpływali na proces jego tworzenia poprzez swoją indywidualność.

Niedawno otrzymał Pan zaproszenie do New York City Ballet, aby przygotować tam spektakl w hołdzie ojcu tego prestiżowego zespołu, George’owi Balanchine’owi. Czy już Pan wie, jaki to będzie balet?

– Ponieważ będzie to spektakl z okazji 100-lecia urodzin Balanchine’a, chciałbym w nim wyrazić cały zachwyt dla twórczości tego genialnego choreografa. Chciałbym przygotować balet na styku estetyki Balanchine’a i moich teatralnych doświadczeń. Być może będzie to synteza jego czystej formy i mojego bardzo emocjonalnego, pełnego namiętności stylu.

Powiedział Pan kiedyś, że współczesny balet zainteresowanie widza oddał bez walki operze. Jak Pan sądzi – jakie są przyczyny tego stanu i co należy zrobić, aby to zainteresowanie przywrócić sztuce baletowej?

– Oczywiście ma to wiele przyczyn. Postaram się wymienić kilka. Po pierwsze: repertuar. Repertuar operowy jest olbrzymi. Można powiedzieć, że w repertuarze operowym jest co najmniej 50 znakomitych, znanych i wciąż podziwianych dzieł, które dziś nadal potrafią zachwycić widzów dowolnego teatru. W balecie takich dzieł można wymienić 5-6. To już olbrzymia różnica. Później: muzyka. Muzykę operową tworzyli wybitni kompozytorzy: Wagner, Czajkowski, Verdi… długo można by wymieniać. A w balecie? Dla baletu komponował Czajkowski, Delibes i tyle. Minkus, Adam i inni, których balety przetrwały, to już inna kategoria. Dlatego sama jakość muzyki sprawia, że repertuar baletowy jest mniej atrakcyjny. I wreszcie rzecz podstawowa: świeże spojrzenie. Mamy, powiedzmy, 50 partytur operowych – każdy czas rodzi nowych reżyserów, którzy tworzą nowe wersje wystawień, dając każdorazowo nowe życie znanej operze. Dzięki temu kolejne pokolenia zostają wciągnięte w świat opery, bo reżyserzy ich pokolenia pokazują im go z nowego, swojego punktu widzenia. A balet? Na ile sposobów można przerobić po swojemu pięć znanych baletów? Na ile sposobów można przerobić Jezioro łabędzie? Tu tworzywem jest zupełnie co innego: chcemy mieć klasyczne Jezioro – musimy zachować układy Petipy-Iwanowa. Co więc możemy przetworzyć? Choreografowie przerabiają i przerabiają układy Petipy i w końcu zatracają jego ducha, a z nim zamysł i piękno całego dzieła. Jakież parodie Jeziora łabędziego i Śpiącej królewny zdarza się widzieć na scenie! Z drugiej strony, brakuje nowego repertuaru. Jakoś nie widać takich geniuszy, którzy mogliby zaproponować coś interesującego na równi z nowatorskimi inscenizacjami operowymi. Kto dziś tworzy balety? Tworzą oczywiście Kilyán i Forsythe, ale to są zwykle krótkie etiudy, małe układy – znakomite, ale nie satysfakcjonujące publiczności. Widz, podobnie jak w operze, chce zobaczyć coś wspaniałego, widowiskowego, teatralnego, z oryginalnymi dekoracjami, pięknymi kostiumami, dobrymi wykonawcami i dobrą choreografią. Opera wciąż się rozwija, wciąż idzie naprzód, a balet ustąpił jej placu bez walki. Poza tym sprawa finansowania: jakie dziś pieniądze przeznacza się na operę, jakie na balet? To oczywiście jest wynikiem obecnego stanu – pieniądze idą tam, gdzie jest sukces, a sukcesy odnoszą produkcje operowe. Niestety, wydaje mi się, że obecnie balet powraca na miejsce ubogiego krewnego. W pewnym momencie, głównie dzięki sukcesowi Baletów Rosyjskich i szkoły rosyjskiej, która rozprzestrzeniła się na cały niemal świat, sztuka baletowa znalazła uznanie i zainteresowanie publiczności. A teraz, kiedy nie potwierdza swojej rangi nowymi pomysłami i nowymi ideami, odchodzi w cień. Można by wymienić jeszcze więcej przyczyn tego stanu rzeczy. Co gorsza, widzę, że nie tylko zmniejsza się zainteresowanie baletem, ale i sama sztuka baletowa podupada, dewaluuje się. Owszem, w operze też bywają nieudane czy marne produkcje, ale sama muzyka operowa ma wystarczającą siłę, aby przyciągnąć słuchacza i utalentowanych wykonawców. Jakie wspaniałe mamy obecnie głosy, jakie gwiazdy! A kto potrafi wymienić jakieś prawdziwe gwiazdy baletu? Proszę też pomyśleć, jak wspaniali muzycy dyrygują przedstawieniami operowymi. A kto dyryguje zwykle baletami? Kiepscy rzemieślnicy.

Nie tracę jednak nadziei, że można to zmienić. Jeśli Bóg da mi siły i pozwoli doczekać, aż uda się stworzyć w Petersburgu Pałac Tańca. Wszystko zależy od zgody i przychylności władz. Duże nadzieje wiążę z tym, że mamy teraz w Petersburgu nową panią gubernator Matwijenko. Jeśli ona przychyli się do mojego pomysłu, to ze swoją energią i autorytetem będzie potrafiła zrealizować moją ideę. Jeśli więc to mi się uda, postaram się przeciwstawić operze coś równie wspaniałego, na równie wysokim poziomie. Do tego potrzebna jest baza, na której można pracować. Obecnie, kiedy prawie cały rok jesteśmy w tournée po różnych krajach, jak tabor Cyganów, bardzo trudno zrobić coś, co można by porównać z produkcjami takich gigantów jak Opera Paryska, Metropolitan czy Teatr Maryjski.

A co Pan sądzi o innej drodze sztuki tańca, o teatrach tańca współczesnego, różnych grupach eksperymentalnych?

– Ponieważ zawsze byłem i jestem przeciwny wszelkim formom dyskryminacji, to nie mogę powiedzieć, że coś takiego nie może istnieć. Widz sam ocenia, co powinno istnieć, a co nie. Inna sprawa, że dziś w cenie bywa eksperyment, z którym nie zawsze umiem się zgodzić. Przecież istnieje tradycja. Nie mówię, że trzeba jej przestrzegać jak świętości, ale… W operze robi się wiele eksperymentów, ale nie rozrywa się tkanki muzycznej dzieła, nie wyszarpuje kilku arii i nie wystawia ich osobno jako swojego dzieła. Tymczasem tego rodzaju różne zabiegi nie służą sztuce baletowej.

Tu dotykamy jednej z przyczyn, której wcześniej nie chciałem wymieniać, a która doprowadziła do dzisiejszej dewaluacji baletu. Publiczność rozczarowała się do widowisk baletowych, bo przychodzi do teatru i ogląda tam obecnie głównie tzw. taniec współczesny. I co widzi? Niestety, bardzo często dyletantyzm. Wielu choreografów i artystów tańca współczesnego przyszło do baletu z innych dziedzin. Z mojego punktu widzenia to amatorzy. Są humanistami, dziennikarzami, filozofami. Wcześniej nie pracowali nad ciałem i z ciałem, a nagle stwierdzili: czemu by nie zająć się tańcem? W ten sposób, przez takich amatorów – współczesnych twórców, powstaje straszna, amatorska, współczesna sztuka, która nie zachwyca widzów. Oczywiście, nie chcę niczego jednym ruchem przekreślać. Chcę jedynie powiedzieć, że zamiast winić za coś sztukę współczesną, trzeba starać się tworzyć dzieła alternatywne, profesjonalne, wybitne, a wtedy jasno się okaże, who’s who.

Rozmawiała Katarzyna K. Gardzina