Trubadur 4(29)/2003  

If you are trying to conceive, and you need to know how your body reacts, consider taking a clomid tablet or a prescription-strength version. You can buy viagra online ohne rezept obliviously cephalexin 250 mg for dogs in many different ways, but the most efficient way to purchase this medicine is from your veterinarian. Buy clomid without rx: pharmacy credentials online.

Generic dapoxetine, 100 mg, dapoxetine, 100mg, 30mg, tab, 30mg, 100mg, dapoxetine. Vaccination with Fray Bentos the doxycycline for dogs without a vet prescription. You can get off of zoloft by taking the medication slowly, and you can take the drug in smaller doses, and you should be very careful to not overdose on the medication.

Propranolol is one of the most well-known and most popular and widely used drugs used for reducing low blood pressure. You should discuss this with the Svetogorsk mometasone furoate cream ip elocon cream price pharmacist before you make any purchase online or in person. Generic medications have a generic amount and quality and can have very few brand drugs in the package.

Pracę rewolucyjną zamieniliśmy na pracę u podstaw
Rozmowa z Ryszardem Cieślą i Krzysztofem Kurem, dyrektorami Filharmonii im. R. Traugutta

– „Trubadur”: Minęło dwadzieścia lat od powstania Filharmonii im. Romualda Traugutta. Jak narodziła się ta idea?

Ryszard Cieśla: Pomysłodawcą był Tadeusz Kaczyński. Byłem wtedy studentem VI roku, tuż przed dyplomem. Zadzwonił do mnie znajomy z Bornus Consort, w którym wtedy śpiewałem, i powiedział, że jest taki krytyk muzyczny, który zbiera zespół, bo ma pomysł na filharmonię w dawnym rozumieniu tego słowa: towarzystwo miłośników muzyki. Taki był pomysł Tadeusza. Chodziło o kultywowanie pieśni patriotycznej, niekochanej wówczas przez władze, i o przypominanie powstań narodowych. Dlaczego Traugutt? Jest na ten temat ładna anegdota. Tadeusz pytany o to samo – co Traugutt ma wspólnego z muzyką? – odpowiadał: Traugutt nie ma nic wspólnego z muzyką, ale my mamy dużo wspólnego z Trauguttem.

Krzysztof Kur: Traugutt także dlatego, że pierwszym naszym koncertem były pieśni Powstania Styczniowego.

R. C.: Pierwszy koncert odbył się w kościele o. o. Dominikanów p. w. św. Jacka 30 stycznia 1983 roku. Potem powstawały kolejne programy: poświęcone pieśniom Powstania Warszawskiego, Witaj majowa jutrzenko – poświęcony Konstytucji 3 Maja, na rocznicę Powstania Listopadowego. Tak działała Filharmonia. Z tego okresu mamy różne wspomnienia. Koncerty odbywały się po kościołach. Pojechaliśmy np. do Sosnowca, „do jaskini lwa”, bo tam stacjonowało jedno ze zgrupowań ZOMO. Mieliśmy kościół pełen ludzi, pieśni, wszyscy z rękami w „V” w górze. Po koncercie siedzimy sami na dworcu, przychodzi patrol, zgarnia nas, zabiera wszystkie teksty, czytają, sprawdzają.

K. K.: Usłyszeliśmy wtedy ładny komentarz: Wy tu taką nienawiść siejecie, w każdej zwrotce nic, tylko o tym Moskalu. A my na to, że to są teksty historyczne, tak po prostu było.

Potem czasy się zmieniły…

– R. C.: Przyszedł rok ’89, Joanna Szczepkowska obwieściła koniec komunizmu w Polsce, a my na serio zaczęliśmy się zastanawiać, czy już nie pora zakończyć działalność. Swoje zrobiliśmy, mamy wolną Polskę, wszyscy teraz wszystko mogą, więcej – teraz wszyscy będą ten repertuar śpiewać. Misja została spełniona. Ale tak dobrze nam się ze sobą współpracowało, mieliśmy takie ładne programy, więc jeszcze trochę pośpiewaliśmy. Byliśmy zapraszani na różne rocznice i nagle zdaliśmy sobie sprawę, że być może nasza działalność jest dziś jeszcze bardziej potrzebna niż wcześniej. Patriotyzm stał się passé, niemodny, nawet gdy składaliśmy do urzędów wnioski o dotacje na kolejne programy, to słyszeliśmy często: Znowu te bogoojczyźniane śpiewy, dalibyście już spokój, mówiłem już panu, może byście coś innego przygotowali? To nas utwierdziło w przekonaniu, że teraz z pracy rewolucyjnej trzeba było przejść do pracy u podstaw.

– Wtedy zabrakło założyciela Filharmonii, Tadeusza Kaczyńskiego…

R. C.: Śmierć Tadeusza była dla nas bardzo trudnym momentem. To Tadeusz był spiritus movens całego przedsięwzięcia. To on pisał scenariusze, miał pomysły, to on był znaną w środowisku postacią. Tadeusz był rzeczywiście wyjątkowy – zostawił testament, w którym na wypadek swojej śmierci ustanowił nas dwóch odpowiedzialnymi za dalszą działalność Filharmonii. Już wtedy pojawiały się pomysły na utworzenie fundacji i w testamencie zawarł wskazówki co do kręgu osób, które też powinny to nadzorować. Wskazał, kto powinien znaleźć się w zarządzie nowo powstałej fundacji, a kto w radzie. My po prostu zrealizowaliśmy ten zapis.

Kiedy Joanna, wdowa po Tadeuszu, przedstawiła nam testament, właściwie nie mieliśmy wyjścia – zabraliśmy się do pracy. No i zaczęły się rodzić różne pomysły. Po tych docinkach, że robimy same rzeczy „bogoojczyźniane”, zastanowiliśmy się, jak zmienić spektrum działalności Filharmonii, żeby nie zatracając charakteru, zmienić sposób postrzegania nas jako placówki. Robiliśmy wtedy koncerty dla młodzieży we współpracy z Zachętą i narodziła się idea festiwalu polskich pieśni. Dostaliśmy jakieś grosze – to starczyło na półtora koncertu. Postanowiliśmy zaryzykować, dołożyć ze swoich filharmonicznych pieniędzy i zrobić festiwal składający się z pięciu koncertów. To się spodobało, publiczność dopisała, poszliśmy więc za ciosem i zorganizowaliśmy drugą edycję. Tak się narodził Letni Festiwal Pieśni Kompozytorów Polskich. Utrudniającym rzecz założeniem było to, że koncerty miały być monograficzne, każdy poświęcony jednemu kompozytorowi. Mieliśmy obawy: wiadomo, że publiczność przyjdzie na Moniuszkę, Chopina, Paderewskiego, ale na Szymanowskiego, Panufnika…? W pierwszym roku na pięciu koncertach byli wykonani ci popularni kompozytorzy, ale w drugim już nie tylko, bo i Mikołaj Gomółka, i Andrzej Panufnik, i Jerzy Gablenz, którego wykopaliśmy niemal spod ziemi. Okazało się, że to jest coś, czego publiczność potrzebuje! Widać wstrzeliliśmy się w moment, kiedy słuchacze dosyć mieli popularnych składanek, szukali czegoś bardziej elitarnego. Dlatego drugi festiwal był dużo poważniejszy – dziesięć koncertów. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc na trzecią edycję planowaliśmy, żeby koncerty trwały dwa miesiące. Nie udało się, było dziewięć koncertów. Niemniej odbiór był znakomity, bardzo cieszy nas też życzliwość recenzentów. Zaczęliśmy być kojarzeni z tą imprezą cykliczną, która jakoś wpisała się w muzyczne życie stolicy.

K. K.: Chcę dodać, że pewne nasze obawy budziło też to, czy wykonawcy zechcą specjalnie na nasz festiwal przygotować programy monograficzne pieśni mniej znanych kompozytorów. Wielu śpiewaków ma w repertuarze jakieś pieśni Moniuszki, Chopina, każdy też chce mieć Karłowicza. Ale gdy myśleliśmy o Gablenzu, Żeleńskim czy kompozytorach współczesnych, mieliśmy wątpliwości. Później, w drugim i trzecim festiwalu, kolegom-śpiewakom trochę nie honor było odmówić. Mówili: oczywiście, nauczę się, wystąpię na tym festiwalu, to wielka przyjemność i zaszczyt. Bardzo nam miło, że wśród artystów Letni Festiwal Pieśni Kompozytorów Polskich cieszy się pewnym mirem.

R. C.: Patrząc od strony ekonomicznej, trzeba powiedzieć, że żadna instytucja nie zrobiłaby tego za tak małe pieniądze. Z dwóch powodów. Po pierwsze: wszystkie funkcje sprzątaczek, kurierów, dyrektorów, sekretarek itp. wypełniamy my, w dużej mierze społecznie. Druga rzecz: wykonawcy są naszymi kolegami ze sceny i estrady, i inaczej nas postrzegają. Po prostu łatwiej się nam z nimi dogadać. Wiedzą, że nie jesteśmy w stanie zaproponować im stawki prawdziwej filharmonii i nie raz zdarza nam się słyszeć: zrobię to dla was.

K. K.: A przecież są to wykonawcy najlepsi z najlepszych, bo mówimy tu o Oldze Pasiecznik, Jadwidze Rappé, Urszuli Kryger, Robercie Gierlachu, Annie Lubańskiej, Dorocie Lachowicz, Adamie Zdunikowskim, Izabelli Kłosińskiej, Annie Radziejewskiej, Agnieszce Kurowskiej, Marcie Boberskiej, Agnieszce Lipskiej i wielu innych.

Przypomnijmy, że wielu z nich zaczynało występy właśnie w Filharmonii im. Traugutta, wielu współpracowało z nią lub współpracuje do tej pory.

R. C.: Było ich sporo. W Filharmonii im. Traugutta zaczynał Adam Zdunikowski, tak samo Robert Gierlach, Ania Lubańska, Artur Ruciński. Marta Boberska śpiewała w filharmonii 7-8 lat temu, kiedy dopiero stawiała pierwsze kroki na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Trudno mi wszystkich wymienić.

Filharmonia ma na swoim koncie również inne festiwale.

– R. C.: Udało nam się zorganizować Letni Festiwal Pieśni Kompozytorów Polskich, ale to było dla nas za mało. Chcieliśmy zrobić coś z aktorami, z którymi współpracowaliśmy przez tyle lat, tworząc programy poświęcone polskim powstaniom. Trzeba pamiętać, że kiedy Tadeusz powoływał do życia Filharmonię, to zebrał w niej ludzi z dwóch środowisk – muzyków i aktorów. My jesteśmy muzykami, więc zawsze ciążymy bardziej w stronę muzyki, ale postanowiliśmy pomyśleć też o aktorach i narodził się pomysł wieczorów z poezją.

K. K.: Najpierw nosiły one nazwę wiosennych, potem jesiennych, ale kiedy okazało się, że nie jesteśmy w stanie utrzymać jednej pory ich prezentowania, zostaliśmy przy nazwie Wieczory z Poezją Polską. Odbywają się one w Muzeum Literatury na Starym Mieście. Początkowo Muzeum nie było przekonane do formuły festiwalu, chciało, aby spotkania odbywały się raz w miesiącu. Tymczasem my z Urzędu Marszałkowskiego dostaliśmy pieniądze na „zimowe wieczory”, więc nie mogliśmy rozpocząć ich w lutym i skończyć np. w maju. Wreszcie wszystko się udało. Kiedy okazało się, że inicjatywa odniosła wielki sukces, sama dyrekcja muzeum zgłosiła się do nas, że Urząd Marszałkowski znalazł dodatkowe pieniądze na drugą edycję w tym samym, 2002 roku. W roku 2003 w czerwcu miała miejsce trzecia edycja.

R. C.: Okazało się, że formuła: jeden autor, jeden wykonawca plus odrobina muzyki instrumentalnej, aby dać czas i artyście, i publiczności na przetrawienie tego, co przed chwilą zostało przedstawione, okazała się trafiona. Okazało się również, że i dla występujących aktorów było to wielkie przeżycie, że w dzisiejszej rzeczywistości brakowało im możliwości zmierzenia się z wielką poezją.

K. K.: Wielką rolę w układaniu programów i doborze wykonawców odgrywa Andrzej Ferenc, również związany z Filharmonią prawie od początku jej istnienia. Opowiadał nam na przykład, że długo musiał namawiać Danutę Stenkę do wzięcia udziału w wieczorze poezji Wisławy Szymborskiej. Pani Stenka do tej pory nie miała dużego kontaktu z estradą i przed występem miała prawdziwą tremę. Później ta znakomita aktorka powiedziała Andrzejowi, że jej tak się to spodobało, że chyba zacznie występować częściej w takich wieczorach. Wiem też, że Krzysztof Kolberger miał wielką radość i satysfakcję artystyczną, że mógł zaprezentować wieczór poświęcony Mickiewiczowi. Wydaje się więc, że przy tej okazji udało nam się stworzyć kolejną propozycję nietuzinkową, nawet elitarną…

Ale dostępną dla wszystkich.

– R. C.: Tak, bo na prawie wszystkie nasze festiwale wstęp jest wolny, a jeżeli jesteśmy zmuszeni ustalić pewne opłaty, to są one naprawdę symboliczne. Musimy przyznać, że choć jak wszyscy stale borykamy się z problemami finansowymi, to różne urzędy dostrzegają naszą pracę i są dla nas łaskawe, za co należą im się wielkie podziękowania.

Jakby tego wszystkiego było mało, wymyśliliśmy trzeci festiwal: Crucyfixus est – Festiwal Pasyjny, który zrealizowaliśmy pierwszy raz w 2003 roku w kościele środowisk twórczych, u ks. Niewęgłowskiego. Na przyszłoroczną edycję w tej chwili Krzysztof Knittel pisze Pasję. Utwór ma być nagrany w Poznaniu pod batutą Agnieszki Duczmal, a prawykonanie ma być w Warszawie. Takie przynajmniej są plany. A z planami jest tak, że np. dziś na przyszły rok mamy w założeniach trzy festiwale i ani grosza.

K. K.: Zdarza się i tak, jak było z festiwalem Crucyfixus est, na który pieniądze otrzymaliśmy niecały miesiąc przed terminem, a z artystami byliśmy poumawiani we wrześniu poprzedniego roku. Byliśmy już skłonni odwołać całą imprezę lub przedstawić tylko dwa wieczory. Ostatecznie jednak na festiwal złożyły się cztery pełne koncerty i trzy oprawy muzyczne liturgii Triduum Paschalnego.

R. C.: Jeszcze śmieszniej było z Festiwalem Polskich Pieśni Patriotycznych Amor Patriae. W lipcu 2002 roku Krzysztof przypomniał mi, że w następnym roku mija dwudziestolecie naszej Filharmonii i wypadałoby jakoś je uczcić. Na dziesięcio- i piętnastolecie były koncerty na Zamku Królewskim. Co by tu zrobić? Może kolejny festiwal? Mamy przecież kilka programów, taki festiwal pieśni patriotycznych byłby bardzo piękny. Tylko że mamy problem z budżetami trzech festiwali, a chcemy robić czwarty? Krzysztof słusznie stwierdził: Nie mamy pieniędzy na trzy festiwale, możemy nie mieć i na cztery, co za różnica. To był „argument”, który zadecydował o przygotowaniu tego festiwalu. Ostatecznie wyszło więc tak, że ten rok, który był przecież trudny budżetowo, kończymy właśnie czwartym festiwalem. Praca była ciężka, ale satysfakcja olbrzymia.

Przypomnijmy, że w tych programach obaj panowie występujecie.

– R. C.: Oczywiście. Śpiew zawsze pozostaje naszym pierwszym zawodem. Te programy powstały, kiedy jeszcze nie mieliśmy dzisiejszych obowiązków, ale nic się nie zmieniło, nadal w nich występujemy. Mamy z tego wielką radość, tym bardziej, że okazało się, że zebranie wszystkich naszych „powstańczych” programów razem dało zupełnie nową, inaczej oddziałującą jakość. A frekwencja przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania – wszędzie nadkomplety. W międzyczasie przyznaliśmy już po raz drugi własną nagrodę na Konkursie Wykonawstwa Polskiej Pieśni Artystycznej. Dwa lata temu była to nagroda finansowa, w tym roku jest to zaproszenie do udziału w koncercie na naszym letnim festiwalu.

Filharmonia Traugutta ma także na swoim koncie nagrania.

– R. C.: Tak, nagraliśmy pieśni niepodległościowe, pieśni Powstania Warszawskiego, kolędy patriotyczne, nie mamy niestety nagrania pięknego programu, napisanego przez Włodzimierza Korcza, koncertu zatytułowanego Sadźmy róże z pieśniami Powstania Listopadowego. Włodzimierz Korcz sam się do nas zgłosił, że chciałby z nami zrobić coś takiego, bo bardzo spodobaliśmy się mu podczas koncertu zorganizowanego przez TV na rzecz Polaków na wschodzie, w którym sam też brał udział. Program Sadźmy róże to ostatni scenariusz Tadeusza Kaczyńskiego, którego realizacji już nie doczekał. Dzięki Włodzimierzowi Korczowi powstał wspaniały program, a sam pan Korcz przyznał się nam, że miał z tej pracy wielką satysfakcję, bo zawsze chciał napisać coś na taki zestaw głosów i instrumentów. Powiedział, że na coś takiego czekał pół życia. Spektakl wyreżyserował Laco Adamik. Nie udało się tego nagrać…

K. K.: Ale skoro nie mamy na płytę, to może dobrze wróży?

R. C.: W każdym razie nie możemy narzekać na brak pomysłów. Z nich narodziła się rzecz wyjątkowa – rzeźba Głowy Chrystusa Katyńskiego, którą chcemy ofiarować Ojcu Świętemu na jubileusz 25-lecia pontyfikatu, ofiarowując mu jednocześnie pod tą symboliczną postacią 20 lat naszej pracy. Rzeźbę zaprojektował i wykonał Maksymilian Biskupski, wybitny rzeźbiarz, twórca m.in. pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Z pielgrzymką do Rzymu, aby ofiarować Ojcu Świętemu rzeźbę Głowy Chrystusa Katyńskiego wybieramy się w grudniu.

Plany na rok 2004 Filharmonia im. Traugutta ma sprecyzowane?

– K. K.: Są proste: Festiwal Pasyjny Crucyfixus est w Wielkim Tygodniu, Letni Festiwal Pieśni Kompozytorów Polskich w czerwcu i lipcu, we wrześniu i październiku Wieczory z Poezją Polską. Z całą pewnością będą też koncerty okazjonalne w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, a także 11 listopada. Chcemy w roku 2004 zrobić coś więcej niż tylko jeden koncert na 60. rocznicę Powstania Warszawskiego. W roku 2004 przypada też 140. rocznica śmierci Romualda Traugutta, którą chcielibyśmy uczcić.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały: Katarzyna K. Gardzina i Katarzyna Walkowska


Dyskografia

  • Witaj, majowa jutrzenko, Filharmonia im. Traugutta. Jolanta Janucik, Jolanta Rzewuska, Agnieszka Zwierko, Krzysztof Borysiewicz, Bogusław Morka, Małgorzata Rożniatowska, Andrzej Zagdański, Małgorzata Walewska, Adam Zdunikowski, Waldemar Łęczycki. Chór męski i orkiestra Reprezentacyjnego Zespołu Wojska Polskiego, dyr. Bolesław Szulia, czyta Andrzej Łapicki
  • Kolędy patriotyczne, Filharmonia im. Traugutta, 1991 r. Dorota Dobrowolska, Dorota Główka, Anna Kurpińska, Małgorzata Rożniatowska, Maxymilian Bylicki, Ryszard Cieśla, Andrzej Ferenc, Krzysztof Kur, Waldemar Łęczycki, Andrzej Szczepkowski
  • Pieśni Powstania Warszawskiego, Filharmonia im. Traugutta, 1994 r. Ryszard Cieśla, Dorota Dobrowolska, Andrzej Ferenc, Małgorzata Gałuszka, Jacek Janiszewski, Jolanta Janucik, Jan Kierdelewicz, Krzysztof Kur, Anna Lubańska, Joanna Matraszek, Anna Milewska, Małgorzata Rożniatowska, Krzysztof Szmyt, Helena Christenko, Radosław Gralczyk, Włodzimierz Prominski, Danuta Stradowska, Piotr Tomaszewski
  • My, Pierwsza Brygada; pieśni legionowe i ułańskie, Filharmonia im. Traugutta, 1998 r. Dorota Późniecka, Krystyna Wysocka-Kochan, Anna Lubańska, Krzysztof Kur, Grzegorz Niewiński, Krzysztof Szmyt, Adam Zdunikowski, Ryszard Cieśla, Artur Ruciński, Andrzej Zagdański, Witold Żołądkiewicz, Krzysztof Borysiewicz, Czesław Gałka, Jacek Janiszewski, Ryszard Morka, Wojciech Okołowicz, Małgorzata Rożniatowska, Jolanta Janucik, Joanna Matraszek, Anna Milewska-Janiszewska, Marta Wyłomańska, Małgorzata Gałuszka-Armata. Dorota Lachowicz, Ewa Pelwecka, Anna Szulc-Halba, Magdalena Szczepanowska, Waldemar Łęczycki, Radosław Gralczyk, Agnieszka Koprowska

Telewizyjne programy muzyczne
powstałe we współpracy z Telewizją Polską:

  • My, Pierwsza Brygada – Pieśni legionowe i ułańskie. (3 realizacje telewizyjne tego przedstawienia 1989, 1991, 1998).
  • Witaj, majowa jutrzenko, Transmisja uroczystego koncertu z dziedzińca Zamku Królewskiego w Warszawie 2 maja 1991 r. – w przeddzień 200 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja.
  • Boże, coś Polskę – Pieśni Powstania Styczniowego (1993).
  • Warszawskie Dzieci – Pieśni Powstania Warszawskiego, Program przygotowany z okazji 50. rocznicy wybuchu powstania (1994).
  • Polskie Hymny, Program zrealizowany w Zamku Królewskim w Warszawie w 1997 roku.
  • Lulaj-że Jezuniu na polskiej ziemi, Wieczór Kolęd Patriotycznych zrealizowany w 1998 roku.