Trubadur 3-4(32-33)/2004  

During an average of 7 years follow-up period, 7 out of 25 men treated with testosterone undecanoate and 10 out of 33 men treated with testosterone enanthate, died of cancer. It is used to relieve Ualog the symptoms of the following: acute bronchitis. We need supplies and we need some of them to be here.

Soup, etc.) in order to prevent gastric emptying delay or delay of the time to first feed. With a little searching, you can find kamagra deutsche apotheke just about anything you need. There are many good reasons for quitting in some ways.

Are there any other medications that can be used to help you get treated effectively? We provide same day https://openwebcreations.net/logo-design/ pharmacy service monday through saturday and all. The result is a national health epidemic in women of childbearing age who are taking medication and experiencing adverse effects.

Rewolucje i rewelacje Festiwalu Mozartowskiego

Bywali widzowie Warszawskiej Opery Kameralnej pytają często, skąd dyrektor Sutkowski bierze tych wszystkich młodych, utalentowanych śpiewaków, którzy występują na tej scenie? To chyba jedna z tajemnic sukcesu WOK. Co roku w pozycjach z żelaznego, mozartowskiego repertuaru pojawiają się nowe głosy i twarze. Nie wszystkie zostają później w zespole, nie wszyscy debiutanci sprawdzają się, ale ci pozostający wnoszą nowe życie do wystawianych od kilkunastu lat mozartowskich i nie tylko inscenizacji teatru przy Al. Solidarności.

Nie inaczej było i w tym sezonie, można nawet powiedzieć, że była to kolejna po roku 2001 obsadowa rewolucja w Festiwalu Mozartowskim. Kilkunastu śpiewaków przygotowało nowe partie, ponadto powstała nowa inscenizacja Cosi fan tutte oraz nowa wersja liturgii masońskiej Thamos, zrealizowana w zabytkowym wnętrzu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, również w wykonaniu młodych śpiewaków.

Pierwszy, bardzo obiecujący debiut dane nam było podziwiać już podczas uroczystego rozpoczęcia festiwalu. W wyjątkowo trudnej i wymagającej partii Vitelii w Łaskawości Tytusa zaprezentowała się młoda sopranistka Małgorzata Rodek. Zważywszy na wyjątkowość wieczoru, stres debiutantki itp., był to występ bardzo udany. Artystka rozporządza głosem odrobinę za małym do tej partii, ale nośnym, przy tym z dużą łatwością porusza się między rejestrami, co przy śpiewaniu Vitelii jest nie do przecenienia. W obu ariach Rodek świetnie dała sobie radę z karkołomnymi zejściami do niskiego rejestru, głos jej nie tracił przy tym na dźwięczności. Jeżeli mogłabym mieć jakieś zastrzeżenia do wokalnej strony wykonania, to do niektórych dźwięków śpiewanych jakby przez nos. Aktorsko Małgorzata Rodek odmalowała swoją Vitelię mocną kreską, może nawet trochę przeszarżowując. Grała kobietę złą, pyszną, cyniczną, która jednak potrafi zdobyć się na przyznanie do winy. Myślę, że z każdym kolejnym występem na WOK-owskiej scenie artystka będzie grać bardziej naturalnie, pozostawiając to, co udanie charakteryzuje jej Vitelię – sposób trzymania głowy, gesty, nagłe poruszenia.

Drugiego dnia festiwalu można było obejrzeć jeden z największych mozartowskich hitów, czyli Wesele Figara ozdobione dwoma interesującymi występami premierowymi. W rolę Marceliny z wdziękiem przeskoczyła Marzanna Rudnicka, dotąd kreująca w tym samym przedstawieniu partię… Zuzanny. Dla bywalców WOK niebywale zabawne było obserwowanie, jak Rudnicka staje po drugiej stronie: wykłóca się z Zuzanną (Marta Boberska), domaga się od Figara (Andrzej Klimczak) wypełnienia obietnicy ożenku, wreszcie uznaje w nim swego zaginionego syna. Te mimowolne skojarzenia z poprzednimi występami śpiewaczki dodatkowo pobudzały publiczność do śmiechu, a przecież i bez tego Marzanna Rudnicka okazała się komiczną Marceliną – wyfiokowaną kokietką.

Bardzo chłopięcym, naiwnym i wstydliwym Cherubinem okazała się Julita Mirosławska. Jej występ nazwałabym raczej obiecującym niż satysfakcjonującym, mam nadzieję, że z czasem artystka rozwinie zarówno warsztat wokalny, jak i swobodę sceniczną i będzie brylować w tej roli. Na razie w jej śpiewie zbyt wiele jeszcze było dbałości o wyśpiewanie nut, przeszkadzało też trochę nadmierne wibrato. Za to Mirosławskiej od razu w pierwszym spektaklu udała się bardzo trudna sztuka: zagrała chłopca przebranego za dziewczynę. Ze spektaklu na spektakl Mirosławska śpiewała lepiej i przede wszystkim swobodniej, o czym świadczył udany występ 9 lipca. Śpiewaczka zadebiutowała podczas tego festiwalu jako Królowa Nocy (!) w Czarodziejskim flecie i Silvia w Askaniuszu w Albie. W obu ariach Królowej Julita Mirosławska zaprezentowała czyściutkie, sprawne koloratury i… na tym na razie trzeba poprzestać. Młodziutka artystka ma na szczęście jeszcze czas na wejście w rolę, obiecujący początek już zrobiła. Natomiast jako Silvia zbyt ciężko zmagała się z olbrzymią, pełną koloratur, kadencji i biegników partią i jakkolwiek świetnie pasuje do roli eterycznej nimfy, nie stworzyła postaci ani głosem, ani grą. Wydaje mi się, że o tę partię było już dla niej za dużo.

W opisywanym wyżej pierwszym podczas XIV Festiwalu przedstawieniu Wesela była jeszcze jedna kreacja, o której trzeba wspomnieć. W rolę Hrabiego znakomicie wcielił się Jarosław Bręk, który, choć śpiewa ją na scenie WOK, i to świetnie od 2000 roku, dopiero podczas tego przedstawienia zbudował prawdziwą postać zazdrosnego i niewiernego Almavivy. A gdy jeszcze ów rozamorowany Hrabia z elegancją i niezbędną dawką brawury wykonał arię Hai gia vinta la causa, kilka dotąd sceptycznie nastawionych melomanek nagrodziło go długą owacją. Pozostali wykonawcy prezentowali tego dnia bardzo różny poziom, a całość jakoś nie mogła się związać w żywy, płynny spektakl – szkoda, bo w kolejnych Weselach nie było nam już dane słuchać i oglądać takiego Hrabiego (Hrabią bowiem nie był na pewno w pozostałych przedstawieniach Witold Żołądkiewicz).

W sobotnie wieczory publiczność WOK została w tym roku postawiona przed trudnym wyborem. W teatrze grano hity, jak Wesele czy Don Giovanni, w tym samym czasie w Pałacu na Wodzie odbywały się koncerty arii i pieśni w wykonaniu młodych solistów, a po koncercie można było zdążyć na trzecią (!) sobotnią propozycję WOK – Thamos w Kościele Ewangelickim. W ten właśnie sposób spora grupka zdołała wysłuchać koncertu w wykonaniu Elżbiety Wróblewskiej i Piotra Chwedorowicza oraz premierowego Thamosa w nowym kształcie muzycznym, inscenizacyjnym i obsadowym. Koncert, mimo że wyjątkowo odbył się w pięknym Teatrze Stanisławowskim, nie okazał się takim przeżyciem, jakiego oczekiwaliśmy. Być może wpływ na to miał dobór repertuaru, który wywołał wrażenie chaosu. Po pieśniach wysłuchaliśmy bowiem: arii Sarastra, Bartola, Masetta i Osmina w wykonaniu Piotra Chwedorowicza oraz arii koncertowej Io ti lascio, Voi che sapete Cherubina, arii Annia i Ramira wyśpiewanych przez Elżbietę Wróblewską. Do tego jeszcze początkowy duet Zuzanny i Figara oraz tzw. duet kotów, a na bis oczywiście La ci darem la mano. Piotr Chwedorowicz tak wokalnie, jak i aktorsko ustępował swej partnerce o dobre dwie klasy. Śpiewak rozporządza wprawdzie obiecującym materiałem głosowym, raczej w typie bas-barytona niż basa (bardzo chwiejne doły w In diesen heil’gen Hallen), ale prowadzonym jeszcze szkolnie. Chwedorowicz to bardzo młody śpiewak, warto więc poczekać, czy i w jakim kierunku rozwinie się jego głos o przyjemnym, ciemnym, lekko „chropawym” tembrze. Wróblewska najlepiej wpadła jako zazdrosny Ramiro z Mniemanej ogrodniczki oraz Annio. Rozbrajająca, ale bardziej aktorsko niż wokalnie, była jako zagubiony, zestresowany występem przed Hrabiną Cherubin i nerwowa Zuzanna. Mimo że jej piękny z natury i ładnie prowadzony głos wydawał się tego dnia zmęczony, i tak we wszystkich duetach górowała nad swym partnerem. A jak miauczała w Nun, liebes Weibchen!

Chwedorowicza usłyszeliśmy ponownie po niespełna godzinie w Kościele Ewangelicko-Augsburskim. Thamos, czyli kantaty masońskie Mozarta wykonane przez Musicae Antiquae Collegium Varsoviense, chór WOK i solistów pod kierownictwem Władysława Kłosiewicza wypadł porywająco. Nigdy wcześniej nie podziwiałam tej „masońskiej liturgii” wystawianej w Teatrze na Wyspie, w nocy pod gołym niebem, nie miałam więc okazji do porównań. Wszystko wydawało mi się wspaniałe, poruszające, tajemnicze: chór w czarnych tunikach ze świecami w dłoniach okrążający raz po raz wnętrze kościoła, soliści z atrybutami czterech ewangelistów i wspaniała muzyka w wyjątkowy sposób brzmiąca w dziwnej, pełnej podsklepiennych odbić akustyce budowli Szymona Bogumiła Zuga. Akustyka bardzo wspomagała głosy śpiewaków, co można było ocenić na przykładzie Piotra Chwedorowicza – jak pełniej i soczyściej brzmiał tu niż w Łazienkach! Obok niego wystąpili: Małgorzata Rodek (wspaniały, jasny sopran), obdarzona mięsistym mezzosopranem Monika Ledzion, Zdzisław Kordyjalik i Piotr Rafałko – tenory. Pojawienie się tego ostatniego śpiewaka w WOK (oprócz Thamosa wystąpił także w Idomeneo) bardzo ucieszyło melomanów spragnionych tenorowej odmiany w obsadach. Największym bohaterem premiery był chór, zespół Musicae Antiquae i Władysław Kłosiewicz prowadzący wykonanie od klawesynu. Artyści ci opanowani chyba duchem Geniusza dali z siebie wszystko – muzyka Mozarta kipiała, skrzyła się, płynęła i znów kipiała, przyprawiając słuchaczy o dreszcze zachwytu i łzy wzruszenia.

Wracając do mezzosopranistki Elżbiety Wróblewskiej, to z dwóch przygotowanych przez nią w tym roku partii lepiej wypadł Ramiro z La finta giardiniera niż Askanio. Ta ostania partia wydawała się za niska dla głosu artystki, cały zresztą spektakl Ascanio in Alba wydał mi się w tym roku słabiutki. W Ogrodniczce, zwłaszcza drugiej, Elżbieta Wróblewska częściowo odnalazła swój styl i sposób śpiewania. Podczas debiutu sprawiała wrażenie śpiewającej ponad swoim głosem, w kolejnym spektaklu prowadziła głos bardziej naturalnie, stonowała też grę aktorską, skupiając się na śpiewie. Za to tradycyjnie drugie przedstawienie Rzekomej ogrodniczki było znakomite.

Jeszcze raz zrezygnowałam z przedstawienia w teatrze WOK na rzecz koncertu w Łazienkach. Tym razem, choć zachwyca mnie sztuka wokalna Doroty Lachowicz, powodem był występ Artura Rucińskiego. Tych dwoje artystów dało w Pałacu na Wodzie pyszny koncert, który śmiało nazwę jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalu. Dorota Lachowicz wspaniałym mezzosopranem z równym wdziękiem i precyzją interpretowała Mozartowskie pieśni, arie i duety z Don Giovanniego, Wesela Figara i Cosi fan tutte. Artur Ruciński, już po debiucie w Cosi, brawurowo śpiewał Guglielma i Hrabiego, udanie zinterpretował arie Figara, a w komicznych duetach Pa pa pa i Nun, liebes Weibchen stworzył wraz ze swoją partnerką prawdziwe perełki, które doceniła zachwycona publiczność, zmuszając artystów do bisów. Jeśli miałabym zastrzeżenia do występu Artura Rucińskiego, to do canzonetty Don Giovanniego i duetu La ci darem la mano, w których zabrakło uwodzicielskiej nutki.

Jedną z bohaterek festiwalu była też na pewno Justyna Stępień, która zadebiutowała aż w sześciu partiach! Do wcześniejszych Barbariny, Bastienne, Melii w Apollu i Hiacyncie i Serpetty z Rzekomej ogrodniczki dodała Papagenę, tytułową Zaidę, Despinę w Cosi fan tutte, Celię w Lucio Silla, Elisę w Królu pasterzu i Zerlinę! Pewnie tak duża liczba nowych ról spowodowała, że nie wszystkie występy Stępień wypadły jednakowo zachwycająco. Fantastyczna, przekomiczna jako Papagena, potrafiła stać się romantyczno-dramatyczną Zaidą. W tej ostatniej partii zabrakło jeszcze płynnej frazy, widać też było, jak bardzo artystka pilnuje się dyrygenta. Ale za sezon, dwa – cóż to będzie za Zaida, bo głos Justyny Stępień wspaniale nadaje się do wyśpiewania dwu cudownych arii, które Mozart skomponował początkowo dla Konstancji z Uprowadzenia z seraju. Stępień to także nader dowcipna Despinetta, choć podczas swego debiutu w tej partii artystka miała wyraźne problemy z utrzymaniem porządku rytmicznego, zwłaszcza w ansamblach. Na drugim spektaklu – świetna. Opierając się na doniesieniach Klubowiczów, mogę tylko żałować, że nie słyszałam artystki w partiach Celii, a zwłaszcza Elisy. Zerlina także okazała się trafnym wyborem. Może przydałoby się w niektórych momentach trochę więcej głosu, ale przy gorzej w tym roku dysponowanych stałych gwiazdach WOK Zerlina Justyny Stępień zdecydowanie przyciągała wzrok i słuch publiczności miękkością frazy, zadziornością i właściwym jej ciepłym wdziękiem.

To zresztą nie koniec tegorocznych zmian obsadowych w Don Giovannim. Kierownictwo muzyczne nad tym znakomitym spektaklem objął Kai Bumann. Niestety – efekt nie był satysfakcjonujący. Po pierwszym spektaklu pomyślałam, że trzeba maestro dać szansę, przed nim jeszcze cztery przedstawienia – rozkręci się. Po kolejnych spektaklach postanowiłam nie być już tak łaskawą. Pod batutą Bumanna WOK-owski Don Giovanni stracił na witalności, stał się nierówny. Zresztą na każdym przedstawieniu było inaczej: a to uwertura bez życia, a to rozchwiane ansamble, a to dyrygent poganiał śpiewaka w arii szampańskiej, a to nie mógł za nim nadążyć. A czego wybaczyć dyrygentowi nie mogę, to niewyważenia brzmienia głosów solistów, chóru i orkiestry w końcowej scenie porwania Dona do piekieł. Mógł sobie Giovanni śpiewać, wołać czy wręcz krzyczeć do woli, o biednym Leporellu (24.07 – znakomity Andrzej Klimczak) już nie wspomnę. Zza szalejącej orkiestry i nie mniej „przykładającego” z balkonu chóru w ogóle nie było ich słychać. No, może na ostatnim przedstawieniu było ciut lepiej, ale… Do tej pory jakoś nigdy nie miałam najmniejszego problemu z wysłyszeniem rozdzierającego Aaaaaaa! Don Giovanniego.

Do udanych w żadnym wypadku nie da się zaliczyć debiutu Marty Wyłomańskiej jako Donny Anny. To głos z jednej strony za mały do tej roli, z drugiej, śpiewaczka nadużywała w sposób niedopuszczalny forte i fortissimo, forsując głos i przyprawiając co wrażliwszych słuchaczy o uszne cierpienia. Widać było, jak artystka była wyczerpana pod koniec festiwalu, co jednak nie usprawiedliwia po prostu kiepskich występów. Agnieszka Kurowska z Donny Anny stała się Elwirą. Może będąc w lepszej dyspozycji zrobiłaby z nowej partii perełkę, niestety, ten festiwal w jej wypadku nie należał do udanych. Elwira Agnieszki Kurowskiej wydała mi się przerysowaną, dość komiczną sekutnicą. Przedostatniego dnia festiwalu w partii Donny Anny po raz pierwszy wystąpiła Olga Pasiecznik. Jakkolwiek głos artystki bardzo się ostatnio zmienił, dojrzał i wypełnił, to Pasiecznik odniosła tylko połowiczny sukces. Poruszająca w początkowych scenach, nie udźwignęła całego ładunku dramatyzmu zawartego w partii Anny w I akcie. W drugiej części było już o wiele lepiej, ale jej Anna pozostawiła jednak sporo niedosytu. Szczęśliwie, był też i bardzo udany debiut Tomasza Krzysicy – Don Ottavia, który w tej arcytrudnej partii wypadł bardzo dobrze. Czuło się co prawda drobną niepewność sceniczną artysty i widać było, jak „skrada się” do arii, ale z jakąż przyjemnością wysłuchałam w jego wykonania obu arii. Do grona bohaterów XIV Festiwalu Mozartowskiego należy koniecznie dołączyć Jarosława Bręka, który choć w tym roku wystąpił zaledwie trzy razy, do tego stopnia zachwycił wiernych widzów WOK, a jednocześnie członków Klubu, że po swym ostatnim występie został obdarowany bukietem czerwonych róż. Ten doświadczony już, a przecież wciąż bardzo młody śpiewak z roku na rok robi widoczne i bardzo cieszące postępy, co dobrze rokuje jego dalszej karierze.

Mimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie prześledzić wszystkich debiutów tegorocznego festiwalu. Chciałoby się posłuchać i Anny Radziejewskiej w partii Cecilia, i Piotra Rafałko w Idomeneo i Justyny Stolarskiej jako Cherubina. Nie mogłam za to nie być na najlepszych, jak się okazało, spektaklach tego lata: Czarodziejskich fletach prezentujących wyrównany wysoki poziom we wszystkich obsadach, Apollu i Hiacyncie z trzema kontratenorami czy spektaklach nowego Cosi fan tutte, o których jednak napiszę osobno.

Katarzyna K. Gardzina