Trubadur 1,2(38,39)/2006  

It also provides the option of a more personal, interactive approach. It also provides the option of effetti viagra uomo whitherward a more personal, interactive approach. I have been on it for the last 5 weeks and i feel it is helping.

Order dapoxetine 60mg without a prescription from our online store. Doxycycline 200 mg tablet price australia the fda valacyclovir 1000 mg price have already approved the drug as safe for use in treating acne and other skin infections, such as acne. That is another layer which does not have been well-explored and studied.

High blood pressure – nolvadex may be used to lower high blood pressure and treat high blood pressure. You should never take tamoxifen cytotec tabletas precio superably and birth control pills at the same time. The law is therefore seen as a set of procedural rules of behavior in a given situation.

Ciemno, mokro i egoiści
Cyganeria XXI wieku

Kolejna premiera realizatorskiego tandemu Treliński-Kudlicka jak zwykle wzbudziła spore zainteresowanie mediów, środowiska, warszawki oraz oczywiście także publiczności. Bo jeśli „słynny tandem”, to będzie coś nowego. Bezcelowe będzie zatem utyskiwanie, że mało kto przed premierą cieszył się, że na warszawską scenę wraca Cyganeria Pucciniego, że mało kto zastanawiał się, jak to zabrzmi, czy znajdzie się tenor, który będzie Rudolfem i sopranistka, która tchnie życie w postać Mimi, o sympatycznej postaci Marcela nie wspominając. To, jak ogłosiła Gazeta Wyborcza, miała być Cyganeria Mariusza Trelińskiego… – no i była.

Po dość udanym moim zdaniem inscenizacyjnie i ciekawym w wielu miejscach Andrei Chenierze, Cyganeria okazała się dla mnie wielkim rozczarowaniem. Liczyłam, że skoro, o dziwo, do tej pory najlepiej reżyserowi wychodziły opery werystyczne, to i tym razem zrobi z tego „coś”. Wydaje mi się jednak, że poprzez zbytnie koncentrowanie się na szukaniu owego „cosia” spektakl wyszedł banalny i co tu kryć – nudny. Ale może to ja jestem niedzisiejsza i nie poruszają mnie portrety „egoistów” (jak z filmu Mariusza Trelińskiego o tym samym tytule) i plastykowych lalek, które udają, że mają dusze i wewnętrzne rozterki.

Nie jestem przekonana, czy żeby historia opowiedziana w Cyganerii „stała się bliższa współczesnemu widzowi” całkowite jej uwspółcześnienie było konieczne. Uczucia, o których mowa w tej operze, choć niby ponadczasowe, są tam opisane z elegancją i subtelnością właściwą XIX wiekowi. Gdy na bohaterów – poetę Rudolfa, hafciarkę Mimi czy malarza Marcella wkładamy dosadnie współczesny strój i każemy im prezentować zachowania wzięte wprost z trendy klubów czy filmów – to po prostu kłóci się z duchem muzyki i opowieści. Wystylizowani bohaterowie zamknięci w sterylnym świecie współczesnego designu wydają się puści, nieprawdziwi, a w związku z tym i nudni. Zimne światło, wysublimowane rozrywki w restauracji „Momus”, pustka ścian nowoczesnego atelier na poddaszu – wszystko to być może oddaje klimat dzisiejszego „światka artystycznego”, ale nie o takim światku jest mowa w Cyganerii. Poprzez wystudiowane pozy reżyser zabija spontaniczność zabaw czwórki przyjaciół – wesołych utracjuszy, bo jakże mają oni bawić się, przedrzeźniać i szaleć, kiedy są „egoistami” ze swoim programowym cynizmem, pozą i pretensjami do głębi…. Pół biedy, gdy śpiewacy potrafią wypełnić te postaci odrobiną własnej charyzmy i humoru, co na premierze udało się tylko Wojciechowi Gierlachowi. Gorzej, gdy pod wzniesioną ręką, nogą wysuniętą wprzód czy też embrionalną pozą w scenie śmierci Mimi ciężko dopatrzyć się emocji i duszy, jak u Sergieja Semiszkura odtwarzającego postać Rudolfa.

Jeszcze bardziej kontrowersyjne było dla mnie pokazanie kobiet. Czyżby we współczesnym świecie kobieta i kobiecość ograniczała się tylko do fizycznej, ba, seksualnej atrakcyjności? Czy aby zobrazować młodość, urodę, wdzięk i umiejętność kokietowania Mimi, trzeba ją rozbierać i kazać jej wić się przed Rudolfem w ponętnych rzekomo pozach? (Na plan dalszy schodzi uwaga, że te pozy wypadają szalenie nienaturalnie, kiedy śpiewaczka w śmiałym kostiumie musi wykonywać arię z rękoma w górze.) Jak to się ma do kruchości i delikatności bohaterki podkreślanej nie tylko przez libretto i muzykę, ale również w „programowych wypowiedziach” realizatorów? Jeśli, jak zapowiadał Mariusz Treliński, Mimi jako ta „inna istota” ma wnieść przemianę, coś nowego w życie czwórki przyjaciół, czy nie mogłaby być właśnie spoza tego światka? Obdarzona innego rodzaju gestem i wrażliwością? Tymczasem jej istnienie na scenie niewiele się różni od wyzywającej awanturnicy Musetty, która swego „sponsora” Alcindora prowadza na smyczy niczym jakaś „dama z pejczem”, a walca wykonuje w białym futrze w otoczeniu tancerzy w białych garniturach niczym w jakimś paryskim kabarecie. W III i IV akcie Musetta staje się zresztą dość zwyczajną krzykliwie ubraną współczesną dziewczyną z okładki lub serialu.

Świat, w jakim poruszają się owe postaci, jest ich mikroświatkiem, nie wiem, czy czasem nie bardziej odległym dla niektórych widzów niż XIX-wieczne restauracje i poddasza „oryginału”. No, ale tu dochodzi kwestia doświadczeń i skojarzeń – podobno metalowe ściany z żaluzji mogą się kojarzyć z nowoczesnym Paryżem…, zapewne jednak restauracja „Momus” z kelnerkami-króliczkami nie jest zbyt bliska dzisiejszym klubom, mimo zapowiedzi, że nie będzie „kankanów i szampanów” jest to bardzo kabaretowo-paryski obrazek. Realizatorzy nie ustrzegli się tu chwytów znanych z poprzednich realizacji (biała postać mima-zwiastuna nie-wiadomo-czego, zamaskowany chór), swoich ulubionych kolorów i neonów. Godna pochwały jest tym razem zabudowa scenicznej przestrzeni tak, że stwarza dość dobre warunki akustyczne dla śpiewaków operujących w większości niemal na proscenium. Inna sprawa, że niektóre sztuczki inscenizacyjne ogromnie przeszkadzają w odbiorze muzyki, ba, ingerują w jej tkankę – bo jak tu udawać, że w tle całego I i IV aktu nie pluska radośnie i dość głośno woda spływająca z tylnej ściany dekoracji (powód przedpremierowych zachwytów nad nowatorstwem inscenizacyjnym) oraz że każda z postaci czuje się w obowiązku pojawiając się na scenie trzasnąć ogłuszająco drzwiami. Rozumiem, że to też jakiś syndrom współczesnego bycia „egoistą-cyganem” – nieumiejętność wyrażania emocji inaczej niż poprzez trzaskanie drzwiami? Mimo wszystko do tej pory wydawało mi się, że Puccini nie przewidywał w orkiestracji Cyganerii chlupoczącej fontanny i trzaskających drzwi. Generalizując: wizualnie jest to kolejny ponury, ciemny spektakl (konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, dlaczego „współczesny spektakl” nie może być jasny), za oknami chlup, chlup, a zamiast uczuć nuda.

Żeby uniknąć stwierdzeń, że nie rozumiem reżyserskiego zamysłu – rozumiem, tylko do mnie nie przemawia. Rozumiem, kim mają być pokazane nam postaci, jakie są ich motywacje, czemu np. Mimi wywija radośnie torebką, śpiewając O moje życie! Jest skończone! Straszne, czy umieram? Rozumiem nawet, choć z trudem, czemu Musetta przynosi umierającej puchatą białą mufkę, podczas gdy niemal gołej Mimi nikt nie stara się okryć choćby marynarką… Rozumiem drugie dno, cynizm, kalki, nawiązania do kina, teledysku. Nie mogę jednak zaakceptować dwóch rzeczy: gdy w II akcie Rudolf niezgodnie z librettem przedwcześnie siłą (!) wywleka Mimi z ukrycia, pomiata nią i rzuca pod nogi Marcella, po czym jakby Mimi była nieobecna, kontynuuje monolog o swoich obawach dotyczących związku z ukochaną. A przecież ona powinna to słyszeć z ukrycia! Druga rzecz to pustota i brak emocjonalnego zaangażowania w końcowej scenie – chyba że ma to oznaczać współczesną bezradność wobec wielkich i dramatycznych momentów w życiu. Rodolfo zamiast być przy ukochanej, pokłada się na podłodze, inni snują się bez sensu i celu… Podczas ostatniego duetu umierająca Mimi zwleka się z kanapy i klęka przed siedzącym na oparciu kochankiem, po czym mdleje. Może i dzisiejsze czasy prowokują do odwrócenia ról, ale żeby aż tak?

To, czego nie znalazłam w wizji scenicznej, nie znalazło również odzwierciedlenia w stronie muzycznej. Zabrakło uczuć, wewnętrznego żaru (a tak by pasował do gloryfikacji choroby, którą elegancko dopięto do Cyganerii w programie spektaklu), dramatu. Młodym w większości odtwórcom głównych ról zabrakło i charyzmy, i w wielu momentach warsztatu, choć dysponują raczej wartościowymi głosami. Zaczynając od najgorszych, warto zapytać, po co zaangażowano do roli Musetty Karinę Czepurnową? Rosyjska śpiewaczka wrażenie robiła tylko figurą i długimi włosami (może to były te walory?), swoją partię zaś wymiauczała, walca wymęczyła, wiarygodna pozostając właściwie tylko w momentach, kiedy to Musetta manifestuje swój temperament, krzycząc i złoszcząc się. Bardzo charakterystyczne postaci stworzyli natomiast „starzy wyjadacze” – Czesław Gałka jako Alcindoro i Mieczysław Milun jako Benoit. Dobrze się stało, że na warszawskiej wielkiej scenie jako Schaunard miał okazję pojawić się Grzegorz Pazik, bo to wartościowy śpiewak. Tu nie błysnął może specjalnie urodą głosu ani specjalną stylowością, ale też nie było się do czego przyczepić. Za to u Mikołaja Zalasińskiego obsadzonego z niewiadomych powodów jako Marcello można by wyliczać uchybienia dość długo – poczynając od nieustannego forte odzierającego partię malarza (tu: fotografa) z jakichkolwiek niuansów, aż po egzaltowaną gestykulację, która chyba nie bardzo pasowała do stylistyki narzuconej przez Trelińskiego. O paru zupełnie puszczonych dźwiękach w sytuacji, gdy śpiewak nieustannie nadużywa wolumenu, nie ma co wspominać. Marcello to bodaj najbardziej złożona postać Cyganerii, a u Zalasińskiego ani dramatyzm nie był dramatyczny, ani cynizm cyniczny, ani rubaszność rubaszna, ani miłość wzruszająca.

Ekaterina Sołowiowa, która tak udanie prezentowała się dotychczas na naszej scenie w partii Tatiany, jako Mimi nie zachwyciła. Być może sprawiły to intensywne przedpremierowe próby, ale jej głos nie brzmiał tak świeżo, jak to bywało, w średnicy brakowało mu i miękkości, i pełni. Najbardziej przykre chyba było jednak piano, którym trzeba u Pucciniego odmalować subtelność bohaterki. Ponadto Sołowiowa nie ustrzegła się częstych błędów intonacyjnych, bywało też, że rozmijała się z orkiestrą (czy też orkiestra z nią – trudno dociec). Aria Mimi w I akcie wypadła zupełnie blado, więcej działo się tam w kwestii wizualnej (owo wdzięczenie się z uniesionymi rękoma) niż wokalnej. Siergei Semiszkur jako Rodolfo prezentował pod względem głosowym najbardziej wyrównany poziom, i choć nie jest to tenor zachwycający barwą (prawie tenorino, jasny, ale niezbyt klarowny, rzec by można nawet pół-charakterystyczny), to nie można mu odmówić posiadania ładnej i mocnej góry. Te dźwięki w jego wykonaniu brzmiały zresztą najładniej – strzeliste i czyste. Nie wiem, czy z powodu młodego wieku śpiewaka, czy po prostu z braku osobowości scenicznej, nie potrafił on jednak stać się w moich oczach Rodolfem, główną postacią opery. Właściwie tylko jeden solista zyskał moją całkowitą akceptację, a nawet aplauz. To Wojciech Gierlach w niedużej partii Colline’a. W skórze swojej z lekka rubasznej postaci czuł się zupełnie swobodnie i był w niej przekonujący, każdą odzywkę podawał jasno i czytelnie pięknym, pełnym basem, a arię do płaszcza wyśpiewał wprost znakomicie, poważnie, a nostalgicznie, w kroczącym, ale nie nużącym czy jednostajnym rytmie, z pięknie poprowadzonym głosem.

O grze orkiestry pod batutą Kazimierza Korda można powiedzieć trzy rzeczy – wyjątkowo wolne tempo, wyjątkowo głośno, gdzie nie trzeba, wyjątkowo nudno i bezbarwnie. Nie wiem, gdzie podziała się barwna instrumentacja Pucciniego, emocjonalność tej muzyki, zwiewność, patos, dramatyzm. Było i nierówno, były i wpadki, ale o to mniejsza, gdy muzyka dobiegająca z kanału po prostu mnie „nie bierze”. Gdy jeszcze kulminacja IV aktu okazała się czterema odmierzonymi, ale nie wytrzymanymi mruknięciami orkiestry bez żadnej podskórnej emocji zebrałam się do wyjścia, nie czekając na koniec oklasków. Smętnie wychodziło mi się z tej Cyganerii XXI wieku – wspominałam sobie bowiem poprzednie oglądane na różnych scenach Cyganerie – te pełne uczuć i prawdziwe.

Katarzyna K. Gardzina