Trubadur 4(41)/2006  

I didn’t want to share every little detail of my life with anyone, i knew they would see a person i had to hide from. I want to help you to understand it so that you can begin https://armandoplata.com/espanol/ a better life. Dapoxetine (nafoxidine) may be available under several brand names.

Cialis (tadalafil) is a very popular medication with the highest cure rate for ed. What is nolvadex tablet tab atarax 25 mg price Langley Park and nolvadex brand and how does it work? Buy amoxicillin online no prescription without a prescription.

A: i have always been very picky with guys, i am attracted to a good looking man with a high quality of life. The content on this site is intended to provide prednisone without a prescription informational resources in the form of a questions? You can find it online on various online shopping sites.

Raul Lozano i Leo Beenhakker a opera polska (narodowa)

Osobom, którym wymienione w tytule nazwiska nic nie mówią, spieszę donieść, że obaj panowie nie są ani śpiewakami, ani dyrygentami, ani dyrektorami teatrów operowych. Pierwszy z nich, Argentyńczyk, to aktualny trener polskiej reprezentacji siatkówki mężczyzn, a drugi, Holender – reprezentacji piłki nożnej (lub, jak kto woli, piłki kopanej). Cóż więc obaj panowie mają wspólnego z operą w Polsce, a ściślej rzecz ujmując, z naszą Operą Narodową, czyli Teatrem Wielkim w Warszawie? Wbrew pozorom bardzo dużo.

Teatr Wielki – Operę Narodową można w pewnym uproszczeniu traktować jako swoistą reprezentację opery w Polsce (co wcale nie oznacza, że inne teatry w naszym kraju z definicji są pod takim czy innym względem gorsze!). Niestety, z tą naszą reprezentacją operową od jakiegoś czasu nie dzieje się dobrze. Ciągłe zmiany „koncepcji” czy też „wizji” repertuarowo-menadżerskich, ciągle odwoływane lub odkładane premiery, ciągłe zmiany dyrektorów (odwoływanych lub podających się do dymisji w tajemniczych okolicznościach) mogą doprowadzić do szewskiej pasji nawet najłagodniejszych wielbicieli opery. Cztery lata kierowania Teatrem Wielkim przez duet Dąbrowski-Kaspszyk wydają się teraz niewyobrażalną fantasmagorią. Cztery lata ta sama dyrekcja? I nie odwołali ich po zmianie rządu? Brzmi jak prehistoria, a przecież było to zaledwie kilka lat temu. Oczywiście, nie można twierdzić, że za czasów tej dyrekcji wszystko było wspaniałe – znalazłoby się wiele powodów do narzekań. Proszę sobie jednak przypomnieć te lamenty recenzentów nad inscenizacją Don Carlosa, te dywagacje na temat fortepianowej wersji Peleasa i Melizandy, to roztrząsanie rozlicznych wad i ewentualnych ukrytych zalet pierwszych produkcji Trelińskiego – wtedy przynajmniej było o czym dyskutować i o co się spierać. Teraz dyskusje obracają się prawie wyłącznie wokół zawirowań w dyrekcji i kolejnych odwoływanych premier. Oby nie było tak jak ze sławetną klątwą Zbigniewa Bońka po nieudanych dla Polaków piłkarskich mistrzostwach świata w Meksyku w 1986 r. Rozeźlony jałową krytyką („zwolnić ich wszystkich! „) piłkarz powiedział wówczas, że na następny awans do mistrzostw świata Polska poczeka 20 lat. I sprawdziło się, niestety.

Przygnębiająca atmosfera panowała również do niedawna w reprezentacji piłkarzy i siatkarzy (i trwało to nawet jeszcze dłużej niż w Teatrze Wielkim). Pojedyncze przebłyski w postaci wygranego w przyzwoitym stylu ważnego meczu (w ogarniętym kryzysem teatrze również zdarzają się dobre przedstawienia) nie zmieniały faktu, że przez większą część czasu panował marazm i jakieś paraliżujące wszystkich przeświadczenie o niemożności zmiany sytuacji. Po paru nieudanych występach sięgano po jedyne znane rozwiązanie – zmianę trenera. Zupełnie jak w Teatrze Wielkim, gdzie dyrekcję zmienia się po kilku miesiącach, w których co prawda coś się działo, ale jednak nie zdarzył się oczekiwany cud. Do tego dochodziły jeszcze rozmaite układziki blokujące poważne zmiany oraz osobiste sympatie i antypatie uniemożliwiające sensowną współpracę między ministrami i działaczami (co tyczy się nie tylko ministrów sportu i działaczy piłkarskich, ale również ministrów kultury i, nazwijmy ich umownie, działaczy operowych).

Wreszcie zarówno w związku siatkarskim, jak i piłkarskim zapadła decyzja, by jako trenera narodowej reprezentacji zatrudnić cudzoziemca, a może nawet – cudzoziemca, który byłby cenionym fachowcem z przyzwoitymi osiągnięciami. Rzecz jasna sytuacja nie zmieniła się z dnia na dzień, ale, o dziwo, obaj trenerzy cudzoziemcy nie zostali zwolnieni po kilku wpadkach i pierwszych przegranych meczach. Być może dlatego, iż decydenci w obydwu dyscyplinach mieli co innego na głowach. Rozmaite afery w swoich szeregach, na przykład.

Po pewnym czasie ta niespotykana w naszym kraju cierpliwość zaczęła przynosić owoce. Piłkarzom i siatkarzom zaczęło się chcieć grać, a obie narodowe reprezentacje zaczęły wygrywać ważne mecze. Mecze, a nie tylko jeden mecz od wielkiego święta. Siatkarze nawet zostali wicemistrzami świata. Osobom nie zainteresowanym piłką kopaną wyjaśniam, iż to, że polska reprezentacja wygra w znakomitym stylu kilka meczy pod rząd (z wymagającymi przeciwnikami) było jeszcze niedawno równie prawdopodobne jak to, że Teatr Wielki będzie miał co najmniej kilka premier w sezonie, w których regularnie będą pojawiali się artyści znani ze scen Covent Garden, Met czy La Scali. Dlaczego by więc nie pójść w ślady Polskiego Związku Siatkówki i Polskiego Związku Piłki Nożnej i nie zatrudnić cudzoziemca na stanowisko dyrektora Teatru Wielkiego?

Zaraz pewnie podniosą się głosy, że cudzoziemiec byłby dla nas za drogi. Po pierwsze, biednych nie stać na tanie rzeczy, jak ktoś kiedyś mądrze powiedział, a po drugie – można by trochę tych pieniędzy zaoszczędzić, redukując liczbę dyrektorów z trzech do dwóch. Skoro o wiele większe teatry (np. Metropolitan Opera w Nowym Jorku czy Covent Garden w Londynie) radzą sobie z „tylko” jednym dyrektorem odpowiedzialnym za sprawy muzyczno-artystyczne i jednym generalnym, to czy Teatr Wielki naprawdę potrzebuje zarówno dyrektora artystycznego, jak i muzycznego?

Chciałabym też uspokoić tych, którzy zatrudnienie cudzoziemca na tak ważne stanowisko postrzegaliby jako oznakę poważnej słabości (czyżby Polak jednak nie potrafił?). Opera stała się zjawiskiem międzynarodowym na długo przed pojawieniem się pojęcia globalizacja i nikt się już od dawna nie dziwi międzynarodowym obsadom operowym, takim jak niemiecko-amerykańsko-włosko-angielsko-kanadyjsko-polski Don Giovanni z ubiegłorocznego Festiwalu w Salzburgu czy zaprezentowane tam w tym samym czasie duńsko-niemiecko-szkocko-rosyjsko-włoskie Wesele Figara. Nikt się też nie dziwi ani tym bardziej nie wstydzi, gdy teatr zatrudnia zagranicznego dyrektora muzycznego lub generalnego. Nie przypominam sobie, by ktoś opłakiwał fakt, że Operą Bawarską kierował przez wiele lat Anglik (dyr. generalny) do spółki z Hindusem (dyr. muzyczny). Bruksela z kolei zdecydowała się jakiś czas temu na Japończyka, a Waszyngton i Los Angeles na Hiszpana – kolejne przykłady można by wymieniać w nieskończoność. Nawet La Scala, po burzliwym rozstaniu z włoskim kierownictwem, zdecydowała się na Francuza.

Już słyszę w tym momencie pełne rezygnacji narzekania i wzdychania: przecież nikt wybitny z tzw. Nazwiskiem nie zechce przyjść do Warszawy! Cóż, różne rzeczy w życiu się zdarzają. W operze tym bardziej. Gdyby ktoś mi powiedział parę lat temu, że Paul McCreesh – niekwestionowana sława muzyki dawnej – będzie szefem festiwalu Wratislavia Cantans, to bym się tylko w głowę popukała z politowaniem. Wrocławski przykład pokazał jednak, że interesująca oferta może zwabić do Polski nawet wielką sławę. I nie mówię tu tylko o interesującej ofercie finansowej. Co ważniejsze, wybrankiem Teatru Wielkiego wcale nie musi być ktoś z wielce sławnych i zasłużonych. Królewska Opera Covent Garden wypatrzyła sobie następcę Bernarda Haitinka w osobie trzydziestokilkuletniego dyrektora muzycznego brukselskiej La Monnaie, Antonia Pappano. Niektórzy kręcili nosem: taki wspaniały teatr i tak mało znany dyrygent? Dzisiaj gratulują tym, którzy poznali się na muzyczno-dyrektorskim talencie Pappana i mianowali go dyrektorem muzycznym Covent Garden w 1999 r, 3 (słownie: trzy) lata przed objęciem przez niego tego stanowiska. Może by więc poszukać dyrektora muzycznego lub generalnego w jakimś mniej sławnym acz prężnie działającym teatrze za naszą zachodnią, południową, wschodnią lub północną granicą?

Pozostaje oczywiście, delikatna kwestia cudzoziemca rządzącego naszą, polską Operą Narodową. Cudzoziemiec nie zna przecież języka, nie rozumie kraju i jego specyfiki, nie będzie przez to wyczulony na tak ważne dla nas Wartości. Wszystko to prawda, niemniej jednak w cudzoziemskości dyrektora Opery Narodowej kryje się wiele zalet. Wspomniana wcześniej międzynarodowość opery sprawia, że artyści są przyzwyczajeni do pracy w środowisku obcojęzycznym czy nawet wielojęzycznym. Ponadto dzięki nieznajomości polskiego dyrektor cudzoziemiec nie będzie czytał rozmaitych bzdur, które na pewno będą się pojawiać na jego temat w naszych i nienaszych dziennikach. A gdyby ktoś mu te bzdury i paszkwile zreferował, to zawsze będzie można zwalić winę na tłumacza lub na subtelności leksykalno-składniowe polszczyzny. Ostatecznie powie się, że autor popełnił jedynie nadużycie semantyczne i nie ma się czym przejmować. Poza tym, dzięki swojej cudzoziemskości dyrektor bez problemu przejdzie wszelkie weryfikacje i lustracje, ponieważ nie będzie znajomym Balcerowicza, nie będzie posiadał teczki w IPN, a skrót TW będzie ewentualnie kojarzył z Teatrem Wielkim, a nie z tajnym współpracownikiem. Inna sprawa, że PIS może mu się kojarzyć z Manneken Pis, symbolem Brukseli, a SLD może się mylić z LSD, ale może mu to za bardzo nie zaszkodzi, bez względu na wynik następnych wyborów. Z kolei nieznajomość Polski i polskich realiów operowych sprawi, że nowy dyrektor będzie chciał je poznać na własne oczy i uszy, a to oznacza liczne podróże i przesłuchania, by sprawdzić, co polscy artyści mają do pokazania (a nie tylko co inni i oni sami mają do powiedzenia na ten temat). Zaś konieczność promowania Polaków na narodowej scenie – co z pewnością będzie słyszał na każdym kroku – będzie pewnie oznaczać, według jego cudzoziemskiego mniemania, regularne ściąganie do Warszawy różnych Kwietniów, Beczałów i Kurzakówien. Nie mówiąc już o telefonach do Ewy Podleś zaczynających się od: co i kiedy życzy sobie Pani u nas śpiewać?

Nie ma się jednak co oszukiwać – nawet genialny dyrektor nie pomoże Teatrowi Wielkiemu, jeśli nie będzie w nim co najmniej dobrych muzyków i śpiewaków. To prawda, ale kto powiedział, że ich w Polsce nie ma? Proszę sobie przypomnieć przedstawienia Podróży do Reims, Peleasa i Melizandy czy Otella sprzed kilku lat. Występowali w nich wprawdzie śpiewacy „importowani”, ale przeważająca większość to były jednak obsady polskie (i wcale nie chodzi tylko o obsady ról drugoplanowych!), których nie powstydziłyby się najlepsze sceny operowe świata. A już na pewno nie powstydziłyby się owe sceny fantastycznego i całkowicie polskiego Peleasa (Godlewski, Witlewski, Karasińska, Pańko, Milun, Gałka, Urbaniak). Coraz częściej słyszę ostatnio narzekania na orkiestrę Teatru Wielkiego, choć jeszcze nie tak dawno potrafiła ona zachwycać nawet w szeregowych przedstawieniach, nie mówiąc już o występach pod batutą swojego ówczesnego szefa, Jacka Kaspszyka. A przecież Kaspszyk nie sprowadził tych muzyków zza granicy ani tym bardziej nie wyczarował ich z kapelusza. Tak samo jak trener Beenhakker nie przywiózł ze sobą z Holandii piłkarzy, a trener Lozano nie sprowadził z Argentyny siatkarzy. Rzecz jasna zagraniczni artyści będą musieli do nas przyjeżdżać. Będą jednak zapraszani nie tylko z konieczności wypełnienia luk obsadowych, ale również dla artystycznego zdrowia samego teatru. Nic tak bowiem dobrze teatrom nie służy, jak regularne kontakty z artystami z innych scen, szczególnie zagranicznych. Nie chodzi tu wyłącznie o to, by przyszły dyrektor Teatru Narodowego regularnie sprowadzał nam wielkie gwiazdy z jeszcze większymi nazwiskami; równie wielkich wrażeń mogą nam dostarczyć śpiewacy, którymi nie zajmują się namiętnie wielkie koncerny i ich machiny promocyjne. Chodzi też o wynajdywanie tzw. młodych zdolnych, o których za kilka lat będą się bić Met z La Scalą. Dyrektor cudzoziemiec, niewplątany w rozmaite czasochłonne gierki i układziki na naszym podwórku, będzie z pewnością miał sporo czasu na takie „polowania” w Polsce i na świecie.

Wszystko to pięknie, ktoś może w tym momencie powiedzieć, ale jaki potencjalny dyrektor z ciekawą wizją teatru i sensownymi pomysłami na jej realizację zgodzi się na przyjazd do Warszawy, nie mając absolutnie żadnej pewności, że nie straci stanowiska po kilku miesiącach lub po najbliższych wyborach? Na przykład w ramach odzyskiwania dla Państwa ważnej instytucji, tudzież dlatego, że nowa władza po prostu nie będzie dyrektora lubić, nawet jeśli ten będzie geniuszem. A może właśnie dlatego. Opera Narodowa to ważna instytucja i minister kultury niewątpliwie powinien mieć prawo do decydowania o jej losie. Ale dlaczego ma być to prawo, praktycznie rzecz biorąc, wyłączne? Największe, najwspanialsze, najsławniejsze teatry operowe na świecie (również te mające słowo „narodowy” w nazwie!) posiadają rady lub zarządy, które nadzorują pracę dyrekcji, wtrącając się właściwie tylko wtedy, gdy w danym zespole naprawdę źle się dzieje lub gdy trzeba poszukać nowego dyrektora. Takie poszukiwania prowadzone są z kilkuletnim wyprzedzeniem, a wybrany następca może zacząć planować swoje pierwsze sezony jeszcze przed objęciem swojego stanowiska. Podany wcześniej przykład Antonia Pappano wcale do wyjątków nie należy. Rada czy też zarząd szuka więc nowego dyrektora, a potem go mianuje, zatwierdza lub po prostu podpisuje z nim kontrakt. Najważniejszą dla teatru decyzję podejmuje grupa ludzi złożona z artystów, ludzi kultury, również biznesmenów (nawet w najbardziej narodowym teatrze trzeba się znać na biznesie), a nie jeden urzędnik, który, nawet mając najlepsze chęci i kompetencje pod słońcem, zawsze będzie tak czy inaczej uwikłany politycznie. Skoro tylu znaczącym teatrom operowym udaje się tak długo całkiem nieźle funkcjonować z różnymi radami i zarządami, to czemu by i u nas nie spróbować tego eksperymentu? Może się on nam wydawać na początku nieco egzotyczny, ale z czasem na pewno się przyzwyczaimy. Oczywiście minister kultury powinien być w takiej radzie czy w takim zarządzie obecny lub też powinien mieć prawo mianowania części jej członków. Resztę mianowałyby inne instytucje, stowarzyszenia itp. Myślę, że kwestię „kto kogo” udało by się jakoś ustalić. Członkowie takiej rady nie byliby powoływani dożywotnio, bo to by ich za bardzo rozleniwiło, ale ich kadencje powinny być dostatecznie długie, by praca rady miała jakikolwiek sens. Na pewno też wymiana składu rady za każdym razem powinna być stopniowa i nie powinna za żadne skarby świata odbywać się w okolicach wyborów.

Z mandatem i wsparciem takiego niezależnego gremium, nowy dyrektor Opery Narodowej mógłby spokojnie zabrać się do swej żmudnej i wieloletniej pracy. Proszę zauważyć, że nie mówię już dyrektor cudzoziemiec. Bo wbrew pozorom nie twierdzę, że tylko osoba zza takiej czy innej granicy byłaby w stanie dokonać czegoś znaczącego w Teatrze Wielkim, a może nawet uczynić go liczącym się teatrem operowym w Europie. Narodowość owego dyrektora-cudotwórcy w ogóle mnie nie obchodzi; wybór cudzoziemca jest tylko jedną z opcji, opcji, moim zdaniem, wartych rozważenia. Siatkarze i piłkarze trafili w dziesiątkę, może poszczęści się również TW-ON? *

Anna Kijak

* Wyjaśnienie dla osób, którym ostatnie wydarzenia w naszym kraju trochę zakręciły w głowie – TW ON nie oznacza bynajmniej Tajnego Współpracownika o pseudonimie „On”. Choć może w zaistniałej sytuacji jakiś ON tajnie współpracujący z mocami operowymi akurat by się nam przydał.