Trubadur 4(41)/2006  

Sylwester w Operze Narodowej

W tym roku po raz pierwszy od czasów dyrekcji Waldemara Dąbrowskiego, który raz jeden pokusił się o zorganizowanie sylwestrowej gali-balu w operze, odbył się prawdziwy sylwestrowy koncert, podczas którego witało się Nowy Rok w teatrze. Była to wprawdzie forma dość specyficzna, bo pół koncert – pół spektakl, ale zmierzający w kierunku dobrej tradycji wielkich scen, gdzie z tego rodzaju okazji gra się Zemstę nietoperza i podczas II aktu na balu u księcia Orlovsky’ego prezentuje występy gwiazd. W Warszawie nie zobaczyliśmy wprawdzie całej operetki Johanna Straussa, ale zabieg był ten sam – uczestniczyliśmy w balu u arystokraty-dziwaka, który sprosił różnego rodzaju artystów, by go zabawili śpiewem i tańcem.

Spektakl rozegrano w scenografii z baletu Śpiąca królewna – jednej z bardziej bogatych i wystawnych, jakimi dysponuje Teatr Wielki. Rzeczywiście, złocone kolumny i schody doskonale pasowały do atmosfery sylwestra w operze. Kostiumy, zarówno głównych postaci, jak i chóru pochodziły z najróżniejszych przedstawień. Dla stałych bywalców teatru była to zresztą dodatkowa rozrywka – zabawa w odszukiwanie znajomych kostiumów i identyfikacja ich z konkretnym tytułem. Miało to też w sobie coś z przebieranego balu karnawałowego – brakowało jeszcze, żeby i publiczność przywdziała maski i fantazyjne ubiory. Następny Sylwester w operze stanowczo powinien być kostiumowy!

Szkoda, że Bal u księcia Orlovsky’ego tak niewiele miał w sumie wspólnego z kompozycją króla walca – kilka fragmentów z II aktu operetki, ale tak rozrzuconych i prze chodzących jakoś bez wrażenia (dużą rolę odegrało tu wykonanie), że całość zapamiętało się raczej jak koncert niż inscenizację. W gruncie rzeczy był to raczej popis samego księcia, czyli Jacka Laszczkowskiego, dobrze też zaprezentował się w roli jednego z zauszników księcia Artur Ruciński (postać na kształt doktora Falke, ale nie do końca, bo rola ta została „podzielona” między niego i Czesława Gałkę, jako głównego „organizatora” rozrywek księcia). Młody baryton jak zwykle pięknie (partię tę śpiewał już w Teatrze Muzycznym „Operetka” i w Operze Krakowskiej) wykonał jeden z bardziej przeze mnie lubianych fragmentów operetki Mów mi „ty”, przyjacielu.

Generalnie jednak w pamięci pozostał Orlovsky Jacka Laszczkowskiego. No bo kto widział i słyszał księcia śpiewającego sopranem mało znane arie barokowe z towarzyszeniem chittarone, pomysłowo udającego „bałałajkę” w rękach Jerzego Żaka, który wcielał się w rolę służącego Iwana. Przezabawne było, gdy po każdej arii w wykonaniu sławnych gości książę stwierdzał że: Nawet to niezłe, ale nie ma to jak barok, prawda Iwan? Po czym rozpoczynał kolejną arię. W ten sposób usłyszeliśmy (mury Opery Narodowej usłyszały zaś po raz pierwszy) arię koloraturową Morasta z La fida ninfa Vivaldiego, fragment arii Laschia chio' pianga itp. Książę próbował też swych sił w odzywkach tenorowych w arii Dalili, no i oczywiście śpiewał sopranem partię księcia, czyli np. toast Mianuję ten złocisty płyn królem win. Nie wszystkie teksty, którymi raczył nas książę Orlovski, przypadły mi do gustu, nie wiem też na ile były one autorstwa samego wykonawcy, choć podobno w dużym stopniu tak. Do tej pory zbyt zawiłe wydaje mi się skojarzenie zapachu kawioru z arią Miecznika, ale rozumiem, że jakoś trzeba było ją „upchnąć”… Za to komentarze dotyczące wykonanego po przerwie sirtaki z baletu Grek Zorba były wybitnie aktualne i lejące miód na moje serce. Otóż książę raczył był powiedzieć, że: Swego czasu jeden z wysokich warszawskich urzędników zakazał wystawiania tego baletu, bo za dużo w nim nut i za dużo tańca… Czyżby rodziło to nadzieję na reaktywację Greka Zorby na warszawskiej scenie? Nie muszę dodawać, że brawurowo wykonany taniec Johna, Zorby i zespołu baletowego spotkał się jak zwykle z gorącym aplauzem publiczności i atmosfera stała się prawdziwie sylwestrowa.

Zespół baletowy miał w Sylwestra do odegrania niepoślednią rolę, z której wywiązał się znakomicie. Przypomniano sobie, jak wdzięczną sztuką jest balet i jakie pełne wdzięku, bezpretensjonalne perełki skrywa. Kto dziś pamięta na przykład taki Bal kadetów Davida Lichine’a, goszczący za dyrekcji Roberta Satanowskiego na naszej scenie w wieczorze baletowym. Pozycja lekka, łatwa i przyjemna, staromodnie urocza. Równie sympatycznie, jak na koncertach noworocznych w Wiedniu wypadł walc Odgłosy wiosny w choreografii Gustawa Klauznera. O sirtaki z Greka Zorby już wspomniałam, nie mogło też zabraknąć mazura ze Strasznego dworu. We wszystkich fragmentach tanecznych brylował tego wieczoru jeden z pierwszych solistów naszej sceny Maksim Wojtiul, obecnie znajdujący się chyba w apogeum swoich możliwości tanecznych, technicznych i wyrazowych.

Pora przejść do gości, bo przecież to ich występy były przecież pretekstem do „balu u Orlovsky’ego”. Gwiazdy były tak naprawdę dwie, nic nie ujmując np. Iwonie Hossie, która wystąpiła jako Rozalinda, śpiewając czardasza. Dlaczego obok niej jako Adela pojawiła się Iwona Handzlik, a jako Eisenstein Janusz Ratajczak, wie chyba tylko Najwyższy. Nie takiej „klasy” oczekiwało by się po Sylwestrze w Operze Narodowej, zwłaszcza, że przez sceny operowe tego kraju przewinęło się ostatnimi czasy kilka uroczych i lepiej dysponowanych głosowo Adel i kilku, jeśli nie lepszych, to przynajmniej lepiej wyglądających Eisensteinów. Niekwestionowaną gwiazdą była za to Małgorzata Walewska, o której książę Orlovski raczył zażartować, że nie tylko głos, ale wszystko chciałby mieć takie jak ona. Mezzosopranistka wykonała z wielkim uczuciem i wspaniałym skupieniem arię Dalili z opery Saint-Saensa. Niesamowite było, jak stojąc niemal na proscenium, w sytuacji koncertowej artystka potrafiła stworzyć nastrój, dzięki któremu przenieśliśmy się w zupełnie inny wymiar. Zupełnie inaczej było z habanerą Carmen, w której Walewska dość prosto podeszła do problemu odmalowania portretu seksownej Cyganki. Tak wokalnie, jak i interpretacyjnie było to płaskie i mało zadowalające. Gwiazdę starano się też zrobić w oczach sylwestrowej publiczności z Andrzeja Dobbera – bardzo dobrego barytona śpiewającego na różnych scenach europejskich, ale stołecznej widowni (poza garstką melomanów) prawie wcale nie znanego. Jego występy na warszawskiej scenie, choć bardzo dobre, były nieliczne i nie odbiły się szerokim echem, stąd raczej mała wiedza o tym śpiewaku. Dobber zaśpiewał w Sylwestra arię Escamilla z Carmen – przyjemnie, ale bez ognia, arię Miecznika i pieśń Tewiego Gdybym był bogaczem. Ogólne wrażenie z tych fragmentów było połowicznie dodatnie – baryton śpiewał rzetelnie, poprawnie i z dużą kulturą, ale w jego interpretacjach nie było tego „czegoś”, co powoduje natężenie uwagi u słuchacza. Podobnie było z parą śpiewaków amerykańskich Jerris Cates i Richardem Hobsonem. Artyści prezentujący styl amerykańskiego „czarnego musicalu” zostali dodani do listy gości w ostatniej chwili. Wprowadziło to ciekawą zmianę stylistyki, ale to chyba wszystko – nie porywali niczym, ani interpretacją, ani głosami, choć przyznać należy, że Hobbsona chętnie posłuchało by się w operowym repertuarze, który zresztą wykonuje.

Szkoda, że w sylwestrowy wieczór organizatorów zawiodła precyzja – przedłużające się życzenia od dyrekcji spowodowały, że „zgubiła im się” godzina dwunasta i moment nadejścia Nowego Roku. Gdy dyrektor Pietkiewicz zaprosił widzów do odliczania i na telebimie pokazał się obraz z 1 Programu TVP, najwyraźniej było już po dwunastej, strzelały sztuczne ognie, a publiczność zgromadzona w operze musiała cierpliwie poczekać, aż wyjdzie do foyer, gdzie oczekiwał szampan. Jak się później dowiedziałam, planowano wprawdzie rozdanie szampana w pamiątkowych kieliszkach na sali o dwunastej, ale nie dostarczono na czas wystarczającej liczby kieliszków. Tym samym życzenia ze złocistym płynem w ręku mogliśmy sobie złożyć dopiero w foyer Teatru, gdzie za to przygotowano prawdziwy bankiet sylwestrowy dla WSZYSTKICH widzów. Kto tylko chciał mógł do godziny drugiej bawić się we wnętrzach teatru. Z głośników umieszczonych w rogach foyer sączyły się wiedeńskie walce, kiedy sale mocno już opustoszały niektóre pary próbowały nawet tańczyć.

Reasumując, gdyby poprawić parę niedociągnięć, Sylwester w operze byłby bardzo dobrą propozycją na ten wyjątkowy wieczór, zgodną z tradycją i oczekiwaniami szerokiej publiczności. Liczę, że za rok będzie to już prawdziwy Sylwester w operze – lśniący od polskich i zagranicznych gwiazd, pieniący się od szampana i gromadzący melomanów, którzy kochają ten teatr i nawet ten wieczór chcą spędzić w jego murach.

Katarzyna K. Gardzina