Trubadur 3,4(48,49)/2008  

Traviata w Lublinie

Jestem wdzięczna za ułatwienie mi rezerwacji biletu na lubelską Traviatę – gdy odkryłam na stronie internetowej Teatru Muzycznego w Lublinie, że zamówiony bilet trzeba wykupić na pięć dni przed spektaklem, stwierdziłam, że mam problem… Ale dobrym pomysłem okazało się zwrócenie o pomoc do Biura Obsługi Widzów (domyślam się, że to oznaczał podpis „BOW” pod e-mailem), jego anonimowy pracownik natychmiast zarezerwował mi bilet (dobre miejsce) z możliwością odbioru tuż przed przedstawieniem, za co bardzo dziękuję.

W hali w dniu premiery widać było, że zmobilizowano wszystkie siły przed spektaklem, który miał zgromadzić, jak zapowiadano, około czterech tysięcy widzów (i pewnie tylu było, nie widziałam zbyt wielu pustych miejsc). Wszędzie można było spotkać miłych młodych ludzi, którzy sprawnie pomagali w znalezieniu miejsca i udzielali wszelkich informacji. Ja chyba jednak przyszłam trochę za wcześnie i zaskoczyłam organizatorów jeszcze nie w pełni przygotowanych (byłam na godzinę przed rozpoczęciem spektaklu), bo nie mogłam dowiedzieć się, czy są sprzedawane jakieś programy (w końcu sama wytropiłam stolik z całym ich stosem). Jednak już w trakcie pierwszej przerwy widziałam, jak panie bileterki chodziły z programami po widowni, by widzowie mogli je nabyć, nie ruszając się ze swoich miejsc.

Potem zaskoczyłam obsługę pytaniem, ile ma być przerw, a następnie – kto występuje, bowiem w programie, owszem, wydrukowano obsadę, ale wymieniono w niej po kilku wykonawców danej partii, a ja niestety nie wszystkich artystów mogłam rozpoznać. Gdy spytałam panią sprzedającą programy, kto dziś śpiewa, podała mi nazwiska tylko dwójki głównych wykonawców. Ja jednak byłam dociekliwym widzem, któremu niezbyt podoba się takie lekceważenie artystów, więc poprosiłam, by pomogła mi zaznaczyć w programie także pozostałe osoby (zdaje się, że nie tylko mnie zainteresowała obsada, bo później słyszałam na widowni rozważania, kto śpiewa którą postać). Sam program został ładnie wydany, choć nie do końca odpowiadało mi streszczenie opery w stylu sensacyjnego „newsa” z brukowca. Ponadto w niektórych miejscach przydałaby się korekta, zwłaszcza przy cytatach z libretta w języku włoskim, bo napisano, że np. w pierwszym akcie toast zaczyna się słowami Libiamo ne eti calicina, w drugim Violetta do Giorgio Germonta zwraca się: Conosca il sacrifizio ch consumai d ore che sara suo fin l timo sospiro del mio cor, a następnie: Kiedy została sama, (!) wyrzuciła z siebie z największym bólem rozdzierającą duszę skargę na bezwzględność z jaką ludzie traktują kobiety takie jak ona:Cosi alla misera, chŕun di cudata. Di piu risorgare speranza e muta!… Se pur benefico le indulga Iddio. L mo implacabil per lei sara…).

Gwiazdą wieczoru była Joanna Woś w partii Violetty Valery. Zachwycał piękny głos artystki, którym, także dzięki świetnej technice, swobodnie odmalowała wielobarwny portret swojej bohaterki. Stworzyła pełnokrwistą postać, pełną uczuć i pasji, a jednocześnie nie przerysowaną. Warto było usłyszeć w jej wykonaniu E strano czy Addio, del passato, poruszył mnie również duet Violetty i Giorgio Germonta (w tej partii bardzo dobry Zbigniew Macias), w którym oboje świetnie pokazali ewolucję swych postaci. Nie przekonał mnie natomiast Tomasz Janczak, którego Alfred wydał mi się przesadnie rozemocjonowany, a głos – zbyt matowy. Z pozostałych wykonawców zwrócili moją uwagę Andrzej Witlewski jako baron Douphal – szlachetny, walecznie występujący w obronie nieszczęsnej kurtyzany, Grzegorz Szostak – współczujący doktor Grenvil oraz Agnieszka Piekaroś-Padzińska – Annina, której obecność była bardziej niż to zazwyczaj bywa widoczna na scenie. Dobrze towarzyszyła śpiewakom orkiestra pod dyrekcją Jacka Bonieckiego.

Początek spektaklu (w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego) zaintrygował mnie – scena, którą wypełniały przede wszystkim białe schody, powoli zapełniała się postaciami w równie białych kostiumach, panie były prowadzone jak bezwolne lalki przez towarzyszących im mężczyzn. Byłam ciekawa, jak dalej ten pomysł zostanie wykorzystany, ale przyznam się, że nie zauważyłam jego kontynuacji, bo nie było nią chyba wprowadzenie na scenę w trakcie przyjęcia u Flory Bervoix nagiej modelki, która wydała mi się wystawionym na pokaz zbędnym rekwizytem, nic nie wnoszącym do spektaklu, a co najwyżej wzbudzającym krótkotrwałą, tanią sensację. Były w przedstawieniu jednak momenty, które mnie rozbawiły: podsuwanie przez Anninę odległego fotela na kółkach omdlewającej Violetcie czy Alfred udający, że gra początek akompaniamentu do recytatywu poprzedzającego De' miei bollenti spiriti.

Również kostiumy (autorstwa Izabeli Stronias) w pierwszym akcie zrobiły na mnie pozytywne wrażenie (efektowne, białe krynoliny pań), by następnie rozczarować – zwłaszcza w akcie II u Flory wydawały mi się zbieraniną różnych, nie zawsze najlepszych pomysłów – sztampowe stroje cyganów, lateksowe, niezbyt ładne kombinezony części tancerzy i bieliźniane stroje z obręczami od krynolin tancerek, nowoczesne długie suknie pań z chóru z nadrukowanymi postaciami nagich kobiet – spodobała mi się jedynie ascetyczna, fioletowa kreacja Violetty. Może spektakl dla tylu widzów w tak ogromnej sali wymaga, by na widowni było kolorowo i dużo się działo, ale myśl przewodnia, spójność spektaklu gdzieś mi umknęła – pozostała jedynie w grze części głównych protagonistów, konsekwentnie prowadzących swe postaci.

Aby ułatwić widzom w tak ogromnej hali oglądanie spektaklu, po obu bokach sceny umieszczono dwa telebimy, na których widzieliśmy zbliżenia twarzy wykonawców. Chyba czasem były zbyt duże, bo zdarzało się, że twarz uciekała z ekranu lub widać było tylko jej fragment – ale może takie było zamierzenie realizatorów? Dobrym pomysłem było wyświetlanie na ekranach polskich napisów (ciekawe, dlaczego w programie imię służącej Violetty brzmi „Anina”, a w tekście wyświetlanym – „Annina”). Aby w tak ogromnej hali można było usłyszeć śpiewaków, artyści nosili mikroporty. Organizatorom nie udało się natomiast zakończenie wieczoru – po ukłonach zaplanowali wręczanie kwiatów przez sponsorów, które odbywało się, gdy widzowie zaczęli już wychodzić z hali. Miałam przy tym wrażenie, że w tym momencie to pokazanie się sponsorów na scenie było najważniejsze, a nie uhonorowanie artystów.

Sądząc po frekwencji, wystawienie Traviaty był dobrym pomysłem, istniało spore zapotrzebowanie na tego typu widowisko, ale jego realizacja nie do końca mi się podobała. Wychodziłam z hali Globus z mieszanymi uczuciami, ale w sumie zadowolona, że wybrałam się na Traviatę do Lublina.

Katarzyna Walkowska