Trubadur 2(51)/2009  

Powrót pięknego Oniegina w TW-ON

Bardzo ucieszył mnie powrót na deski Teatru Wielkiego – Opery Narodowej przepięknego spektaklu Eugeniusza Oniegina czy raczej Oniegina Piotra Czajkowskiego w reżyserii Mariusza Trelińskiego i – na wznowieniowym spektaklu – pod dyrekcją Valerego Gergieva. Jest to piękny spektakl – bardzo lubię patrzeć na wyczarowane w nim obrazy: chce się wygodnie rozsiąść w fotelu, by rozkoszować się pięknem muzyki, śpiewu i przewijających się doznań wizualnych. Do moich ulubionych należą pola żółtych gerber w czasie duetów z pierwszego aktu Olgi z Leńskim i Tatiany z Onieginem, kontur drzewa w pierwszym akcie i pojawiająca się, jakby wycięta z papieru romantyczna sylwetka Oniegina czytającego list, (może tym razem Artur Ruciński nie do końca został dobrze ustawiony, pamiętam, że poprzednio wyglądało to bardziej „stylowo”), zamrożone okno na początku balu u Łarinów, scena pojedynku z brzozami w tle (jak fantastycznie słucha się tak pięknej arii, gdy reżyser pozwala widzowi skupić się na wykonaniu bez żadnych dodatkowych atrakcji fikających na boku)… Nawet jeśli nie wszystkie sceny są zrobione z sensem – przynajmniej według mnie – to jakże to wszystko malownicze! Nie podobają mi się tylko stanowczo dwa fragmenty – kuplety Triqueta z cebulą w tle i upiorny marsz modelek w trakcie poloneza, którym zmieniono trochę (jak mi się zdaje) kostiumy od poprzedniej wersji, ale nic to nie poprawiło mojego odbioru. Za to świetnym pomysłem, który zachwycił mnie już za pierwszym razem, gdy oglądałem Oniegina, było dodanie postaci starego Oniegina, nazwanego w programie O***, który jakby rozpamiętuje przed nami historię swej nieszczęśliwej miłości do Tatiany. W tej roli występuje fantastyczny Jan Peszek. Właściwie nawet żółty patefon, który trochę mnie zaskoczył na premierze, teraz przyjąłem z przyjemnością, czy nostalgią – może po prostu mam sentyment do tego spektaklu? Podobają mi się także kostiumy (poza wspomnianymi maszkarami w polonezie), niby nie dosłownie rosyjskie, to jednak dobrze oddające klimat tych czasów. Cieszę się, że ten spektakl wrócił na warszawską scenę.

Dodatkową radość sprawili mi zaproszeni wykonawcy. Oczywiście wielką atrakcją było posłuchanie tego spektaklu pod dyrekcją Valerego Gergieva, który świetnie poprowadził naszą orkiestrę. Może nie uniknęła ona kilku wpadek, ale i tak klimatu rosyjskiego było tu o 1000% więcej niż w niedawnym Borysie Godunowie.

Świetnym Onieginem był Artur Ruciński, miło zobaczyć, jak ten młody artysta rozwija się, także dzięki występom na warszawskiej scenie. Śpiewa teraz głosem o wiele ciemniejszym i większym, może nie tak uroczo lirycznym i lekkim jak kiedyś, ale nadal miękkim i aksamitnym w barwie. Jako Tatiana wystąpiła Irina Mataeva o bardzo przyjemnym głosie, może trochę zbyt ostrym w scenie z listem, nie do końca też przekonała mnie w tym momencie spektaklu, ogólnie jednak stworzyła spójną postać, pięknie grając poszczególne etapy przemiany swej bohaterki (no i pięknie wyglądała w różowej sukni wielkiej damy z III aktu). Dużo bardziej niż na premierze Borysa Godunowa spodobał mi się Sergei Skorokhodov jako Leński – pokazał, że potrafi budować postać, być zarówno liryczny, jak i dramatyczny, przykuł uwagę w pełnym emocji, tęsknoty Kuda, kuda… Bardzo udany występ. Nie przypadł mi do gustu jedynie Sergei Alexashkin jako Książę Gremin – słychać, że kiedyś mógł być świetny w tej roli (wielka kultura śpiewu), ale to na pewno było wiele lat temu… Żal, bo aria Gremina to gotowy hit – wystarczy podkreślić czułość i emocje w niej zawarte ładnym głosem, a tego właśnie zabrakło. Bardzo dobrze zaprezentowała się też Katarzyna Suska jako Łarina, trochę mniej spodobała mi się również debiutująca jako Olga Małgorzata Pańko.

Po nie najlepszych paru ostatnich premierach operowych, wreszcie był to bardzo udany wieczór – powrót pięknego Oniegina na naszą scenę. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby (niezależnie od tego, kto stanie za dyrygenckim pulpitem) Opera Narodowa nie schodziła muzycznie poniżej poziomu tego spektaklu.

Łukasz Szczerbiński