Spektakle w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej (2011)

"Turandot", "Matsukaze", "Król Roger", "Halka"

[Od redakcji: ze wzgledów edytorskich połączyliśmy oddzielne recenzje Autora z 2011 roku w jeden tekst.]

 

W pogoni za Turandot

 

Windows 7 professional product key
Windows 8.1 product key
windows 7 Ultimate product key
windows8 Ultimate key
windows 7 key
windows 8.1 professional key

Windows 7 professional product key
Windows 8.1 product key
windows 7 Ultimate product key
windows8 Ultimate key
windows 7 key
windows 8.1 professional key

Windows 7 professional product key
Windows 8.1 product key
windows 7 Ultimate product key
windows8 Ultimate key
windows 7 key
windows 8.1 professional key

Office 2010 Professional Product Key
Microsoft Office 2010 Product Key
office 2013 professional plus key
Microsoft Office 2013 Product Key
office 2013 activator key
Windows 10 activator key

L. Lee (Turandot), C. Kim (Kalaf)  (fot. K. Walkowska)

L. Lee (Turandot), C. Kim (Kalaf) (fot. K. Walkowska)

Najnowsza inscenizacja Turandot w warszawskim Teatrze Wielkim (reżyseria – Mariusz Treliński, scenografia – Boris Kudlicka, kostiumy – Magdalena Musiał) pozostawiła mnie w lekkim stanie oszołomienia – o co właściwie chodziło w tym spektaklu? Muszę przyznać, że był bardzo efektowny, zwłaszcza drugi akt, który sprawiał na mnie wrażenie sennego koszmaru z obracającą się pośrodku sceną prezentującą kolejne jego odsłony. Piękna była scenografia do sceny zagadek, z wijącym się na ścianie biało-czarnym motywem roślinnym. Ale przez większość czasu zastanawiałem się, co to wszystko ma wspólnego z opowieścią o chińskiej księżniczce: dlaczego Turandot podrzyna gardło Kalafowi – zresztą bardzo widowiskowo w ogromnym powiększeniu – ładny pomysł sceniczny, choć intensywnie eksploatowany w pierwszym akcie; dlaczego Timur paraduje w kapciach; po co robić z Liu odbicie Turandot, a z cesarskich ministrów transwestytów (śmiesznie wtedy brzmi jak wzdychają do innych kobiet); po co klaun wyskakujący z kanału i przewijający się przez cały spektakl – postać trochę ściągnięta z filmów o Batmanie, trochę z Kabaretu (prawdę mówiąc, nie byłem w stanie rozszyfrować wszystkich postaci dodanych przez realizatorów i wymienionych w obsadzie, chyba że to były 3 zagadki dla widzów); dlaczego po scenie plącze się dziewczynka z lalką, która to lalka pojawia się na scenie w różnych momentach i rozmiarach; i czy już w każdej inscenizacji TW-ON będą białe kanapy i tancerki z rewii… A już najbardziej rozczarowała mnie scena tortur – po tym, co zobaczyłem przez cały spektakl, spodziewałem się czegoś naprawdę okrutnego i mrożącego krew w żyłach, a tu wystarczyło jedno machnięcie szpicrutą koło ucha i już… W sumie – można pójść raz, żeby popatrzeć, ale chyba widz, który pierwszy raz będzie na Turandot, za nic się nie połapie, o co w tym chodzi.

Wykonanie było nierówne – kolejny raz mam wrażenie, że część artystów wybierano bardziej według wyglądu niż możliwości wokalnych. Jako Turandot zaśpiewała Lilla Lee, która pięknie wyglądała i miała ładny głos, choć nie do końca podobał mi się w wyższym rejestrze – robił się zbyt ostry i nieprzyjemny. Za to Kalaf Kamen Chanev popisywał się przede wszystkim siłą głosu, zaś nie zachwycał mnie swą barwą i wydawał się dość nierówny, początkowo wręcz fałszował! Bardzo ładnie wypadła Katarzyna Trylnik jako Liu, wzruszyłem się słuchając Signore, ascolta. Również Rafał Siwek – Timur imponował głosem i interpretacją mimo dziwnych pomysłów reżysera, które spowodowały marginalizacje tego bohatera dramatu. Wrażenie robił Kazimierz Pustelak jako Cesarz – słuchałem go z rozrzewnieniem, dzięki nagłośnieniu, które zastosowane dość często ogólnie mnie irytowało (czy jednak nie można przyjąć, że w operze chodzi o piękny, naturalny śpiew, a nie pomysły inscenizacyjne, które następnie wymagają ratowania dźwięku mikrofonami?) można było wsłuchać się w ogromną kulturę śpiewu. Nieco mniej spodobali mi się Ping, Pang i Pong – i dlaczego dwóch z nich trzeba było ściągać aż z zagranicy? Wydaje mi się, że wśród młodych, a już obytych ze sceną polskich artystów można by bez trudu wyłonić ze dwie obsady tych partii.

Dla odmiany orkiestra pod dyrekcją Carlo Montanaro zaprezentowała się bardzo dobrze, brzmienie było piękne i prawdziwie pucciniowsko gęste, natomiast tempa, jakie zaproponował dyrygent – dyskusyjne. Ogromnie przeszkadzało mi za to umieszczenie chórów wokół widowni, bo w Turandot zbiorowość, do której zwracają się bohaterowie, jest bardzo ważna i musi tworzyć dźwiękową „ścianę”, a nie takie dziwaczne efekty, jakich dane mi było doświadczać.

 (kwiecień 2011)

 

 

Matsukaze

 

Miałem okazję zobaczyć w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej bardzo nietypowe dzieło – operę w jednym akcie zatytułowaną Matsukaze autorstwa Toshio Hosokawy, choć właściwie zastanawiałem się, czy nie jest to raczej opero-balet (lub baleto-opera), gdyż równie istotną rolę co śpiewacy odgrywali w nim tancerze wykonujący choreografię Sashy Waltz (także odpowiedzialnej za reżyserię tego utworu) – właściwie wykonywały ją też i śpiewaczki… Muzyka odwołuje się do japońskich motywów, nie należy do łatwych, zarówno dla orkiestry (pod kierunkiem Pablo Heras-Casado), jak i śpiewaków – przede wszystkim fantastyczne Barbara Hanningan (Matsukaze) i Charlotte Hellekant (Murasame) – zastanawiałem się, jak udawało im się wykonywać ten utwór jednocześnie zwisając na pajęczynie ze sznurów czy wykonując wcale nie łatwe układy taneczne. Również tancerze fantastycznie wpisali się w ten utwór, wykonując niełatwą choreografię do jakże trudnej do tańczenia muzyki, a jednocześnie tak doskonale spajając się ze śpiewakami. Opowieść o dwóch siostrach rozpaczających po jednym mężczyźnie nie rozgrywa się w zwyczajnej scenografii (jej autorzy to Pia Maier Schriever i Chiharu Shiota) ale wpierw jakby na przesłaniającej całą scenę pajęczynie-kokonie, z którego wykluwają się poszczególni wykonawcy, a następnie w ogromnym sześcianie zbudowanym z drewnianych belek – jakby zarys konstrukcji domu. W programie do spektaklu (jak rzadko ciekawym i mądrym) wyczytałem, że upodabniał on scenę do „miejsca gry” – bardzo symbolicznie zaznaczanego w teatrze no. Wszystko jest tu umowne, wydaje się jakby zawieszone między snem a rzeczywistością, powolne, wręcz monotonne, ale w żadnym momencie nie nudne – raczej hipnotyczne i wciągające widza, a przynajmniej mnie. Mimo że na pierwszy rzut oka i ucha wszystko to nie wydaje się klasycznie japońskie (muzyka nawiązuje do odkryć europejskiej awangardy, ale wykorzystywane są też tradycyjne instrumenty), to w jakimś sensie czystość i prostota środków plastycznych i muzycznych nieodparcie kojarzy się ze sztuką kraju kwitnącej wiśni. Niezmiernie się cieszę, że mogliśmy niemal zaraz po prapremierze zobaczyć to niezwykłe dzieło w Warszawie, ciekawe czy jeszcze do nas wróci po pochodzie przez kilka scen Europy, które złożyły się na tę koprodukcję. Z takiego spektaklu nie można wyjść obojętnym, pozostaje w pamięci na długo, ale chciałbym móc zobaczyć go jeszcze raz.

 (maj 2011)

  

Zarżnięty Roger

 

Okazało się, że w przypadku najnowszej inscenizacji Króla Rogera Karola Szymanowskiego w TW-ON sprawdziło się stare przysłowie lepsze jest wrogiem dobrego, a w tym przypadku powiedziałbym nawet złe jest wrogiem lepszego. Bardzo byłem zaskoczony czemu Teatr Wielki-Opera Narodowa zdecydował się na nową inscenizację Króla Rogera, jeśli ma w dorobku udaną produkcję Mariusza Trelińskiego – to jeden ze spektakli (wraz z Madamą Butterfly i Eugeniuszem Onieginem, a także pod pewnymi względami Damą pikową) tego reżysera, do których chętnie wracam, gdy pojawiają się na warszawskiej scenie. Ale ponieważ nową realizację miał reżyserować David Pountney, którego Pasażerka tak bardzo mnie zachwyciła, więc czekałem na premierę z nadzieją. Trochę zdziwiła mnie planowana obsada, tzn. zaproszenie zagranicznego wykonawcy do Pasterza, a także obsadzenie jako Rogera Mikołaja Zalasińskiego, ale cóż, czekałem nadal pełen dobrych myśli. Dodatkową atrakcją był fakt, że okazało się, iż premiera ma uświetnić przejęcie przez Polskę prezydencji w UE – uważam, że to świetny pomysł. Trochę zdziwiło mnie zamieszanie z biletami na premierę, namawianie części widzów, którzy kupili bilety kilka miesięcy temu, by je oddali lub zamienili na inne miejsca, ale cóż, dziwne posunięcia organizacji widowni w TW-ON mnie coraz mniej zaskakują. Zresztą, mimo że pewnym utrudnieniem były zaostrzone środki ostrożności, uważam że część związana z inauguracją – przemówienia wygłoszone przez premiera Donalda Tuska, Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, Przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya, Przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso oraz premiera Węgierskiej Republiki Victora Orbana były dobrze dopasowane do okazji i miejsca, mowy nie były za długie, miejscami żartobliwe, a Jose Manuel Barroso nawet wspomniał o swym zainteresowaniu operą. W przerwie wszyscy widzowie zostali zaproszeni do foyer na lampkę wina, a po przerwie rozpoczął się spektakl. Co prawda zmartwiło mnie, że fantastyczna Roksana – Olga Pasiecznik złamała nogę dwa dni przed premierą, ale jak poinformował nas przed rozpoczęciem spektaklu Waldemar Dąbrowski, dyrektor TW-ON, zdecydowała się śpiewać z proscenium, a jej rolę odegrała na scenie asystentka reżysera Geertje Boeden.

Początek spektaklu nawet mi się spodobał – chórzyści ustawieni na stopniach starożytnego amfiteatru, stanowiącego scenografię podczas całego przedstawienia, tworzyli ogromny, czarny krzyż. Niestety, na tym skończyły się moje dobre wrażenia. Mimo, że znam Króla Rogera, trudno było mi zrozumieć, o co chodzi na scenie, gdzie głównie Roger, ale i pozostali wykonawcy, zachowywali się nadpobudliwie, skakali, czołgali się, i w ogóle przez większość czasu miotali się bezsensownie. Po co – nie wiem. Współczułem gościom z zagranicy, którym na pewno nie było łatwo połapać się w tym bieganiu w górę i w dół. Kostiumy były paskudne, Pasterza zrobiono na „złotego” bożka (raczej łopatologiczne) w dość nieszczególnym zgniłozielonym odcieniu, w kolejnym akcie biegał natomiast w takiej samej czerwonej, wydekoltowanej sukience jak Roksana. W ostatnim akcie wszyscy w drodze na scenę przeszli chyba przez rzeźnię, bo byli dość zakrwawieni, w tym także tancerze i chór, dźwigający ogromne odcięte krowie czy bawole łby. W sumie – nic nie zrozumiałem, a wynudziłem się ogromnie. Zaciekawiło mnie tylko, czy przypadkowo migające światła podświetlające stopnie były zamierzonym efektem inscenizacyjnym, czy też skutkiem awarii. Słyszałem uprzednio, że spektakl opowiedziany jest za pomocą trzech barw światła – białego, niebieskiego i czerwonego, ale na premierze była to czasami istna kakofonia kolorów i wzorków.

Również wykonawcy mnie nie zachwycili. Właściwie podobały mi się jedynie Olga Pasiecznik – Roksana i Agnieszka Rehlis – Diakonissa (piękny, pełny głos), myślę, że również Karol Kozłowski może zaliczyć swój występ w partii Edrisiego do udanych, biorąc pod uwagę wiek młodego solisty i trudności partii, nie był to jednak głos odpowiedni do tej partii, zwłaszcza że w programie zaznaczono, że Pasterz i Edrisi u Szymanowskiego śpiewają „wysokimi tenorami”…

Przede wszystkim nieporozumieniem był dla mnie Mikołaj Zalasiński w roli Rogera -zazwyczaj krzyczał, nie było w tym moim zdaniem ani trochę wyrazu, na próżno czekałem na niesamowity finałowy Hymn do słońca, który tak mnie zachwycał w wykonaniu niezapomnianego Wojciecha Drabowicza (dla odtrutki, po powrocie do domu, puściłem sobie nagranie sprzed paru lat z tym wspaniałym śpiewakiem w roli głównej) – choć kazać śpiewać taki finał w tyle dekoracji i tyłem do widowni jest dziwne – ba, karygodne! Will Hartman – Pasterz – również nie pokazał ładnego głosu, który bym oczekiwał od Pasterza, nie tylko pięknego wyglądem, ale i śpiewem. Orkiestra pod dyrekcją Jacka Kaspszyka i chór TW-ON może nie przypominały tych z nagrania, ale już najczęściej ich starałem się słuchać, gdy nie mogłem wytrzymać dźwięków dobiegających do mnie ze sceny.

Podsumowując – ucieszyło mnie, że początek prezydencji postanowiono świętować w TW-ON, choć moim zdaniem o stosunku do opery świadczy to, że jak się dowiedzieliśmy, transmisja radiowa i telewizyjna obejmowała tylko część oficjalną, natomiast dalej transmitować miano już tylko koncerty muzyki popularnej. Ale przyznam, że po obejrzeniu spektaklu byłem zadowolony, że nie pokazano tego przedstawienia szerszej publiczności, i wstyd mi było, co o tym tak pięknym dziele oraz o możliwościach polskich artystów pomyśleli sobie zagraniczni goście – w końcu na takie okazje powinno się pokazywać to, co ma się najlepszego… Choć premiera była zapowiedziana rok wcześniej, nieodparcie narzucało się wrażenie, że została przygotowana na chybcika: przeniesione dekoracje, parę prób z dyrygentem, który prowadził to dzieło kilka lat temu i… pojechali. I wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego zdjęto tego pięknego, widowiskowego Rogera, którego jeszcze parę lat temu oglądałem na warszawskiej scenie dla czegoś takiego (to chyba najgorsza premiera tego sezonu) – w końcu nawet jakby był kiepsko zaśpiewany, to można by oczarować zagranicznych widzów efektowną inscenizacją.

 (lipiec 2011)

 

 

Halka po nowemu

 

Doczekaliśmy się wreszcie na narodowej scenie dzieła Stanisława Moniuszki – właśnie odbyła się premiera nowej inscenizacji Halki. Rozumiem, że trzeba iść z prądem i na scenie muszą się pojawiać nowe interpretacje dawnych dzieł, choć przyznam, że żal mi było poprzedniej inscenizacji w reżyserii Marii Fołtyn – mimo pewnych mankamentów, była tradycyjna, ale w dobrym znaczeniu tego słowa – świetny spektakl zarówno dla szkół, przyprowadzanych obowiązkowo by zobaczyć po raz pierwszy dzieło z polskiego kanonu operowego, dla zagranicznych gości, których zachwycały robiące wrażenie dekoracje (zwłaszcza otwierająca spektakl), piękne kostiumy i dynamiczne, zawsze gorąco oklaskiwane tańce (choreografia Janusza Józefowicza), jak i dla zwykłych wielbicieli muzyki Moniuszki – można było go z przyjemnością wielokrotnie oglądać.

Gdy przeczytałem, że nowa inscenizacja ma być nowoczesna, pomyślałem, że trzeba reżyserce – Natalii Korczakowskiej – dać szansę. Może powie nam coś ciekawego o znanej dobrze historii. Ponadto magnesem było nazwisko dyrektora muzycznego tego spektaklu – Marca Minkowskiego (bardzo miłym akcentem było poświęcenie przez dyrygenta premierowego spektaklu pamięci Vaclava Havla). Bardzo byłem ciekaw jak odczyta nasze narodowe dzieło i nie zawiodłem się – pod jego batutą Halka zabrzmiała przepięknie, prawdziwie europejsko, z ogromną przyjemnością wybiorę się ponownie by posłuchać tego wykonania, także pod dyrekcją przejmującego go w nowym roku Łukasza Borowicza. Dodatkowo ciekawa była możliwość wysłuchania warszawskiej wersji Halki w całości, bez zazwyczaj vidowanych fragmentów. Pójdę na to przedstawienie także dla wykonawców – w większości występujących też w ostatnich spektaklach Halki Marii Fołtyn. Przede wszystkim – cudowna Halka Wioletty Chodowicz, która swym miękkim, a jednocześnie silnym głosem przepięknie oddaje wszystkie uczucia miotające nieszczęsną dziewczyną. Bardzo dobrym Januszem był Artur Ruciński, szczególnie zachwycił mnie w duecie z Jontkiem. No i wspaniały Jontek – Rafał Bartmiński, który oczarował mnie bardzo pięknie prowadzonym głosem, a zwłaszcza dumką Szumią jodły – była zaśpiewana nastrojowo, bez tak często spotykanej siły – chwytała za serce.

Właściwie na tym kończy się wymienianie tego, co mi się w tym spektaklu podobało – bo mimo mojego pozytywnego nastawienia reżyseria, dekoracje (autorstwa Anny Met), kostiumy (Marek Adamski) i choreografia (Tomasz Wygoda) okazały się dla mnie katastrofą. Pierwszy i drugi akt wydają się rozgrywać w ogromnej, wyłożonej białymi kafelkami łazience, której ściany czasem się przesuwają (czemu stara się zapobiec pod koniec II aktu chór), wyłożona jest nimi także część widowni, podobnie jak w Onieginie, jednak o ile w Onieginie jest to dobrze wykorzystane, to tu ciągle czekałem aż ta strzelba wystrzeli, a tu nic… W kolejnych dwóch aktach mamy wielką platformę dla rolkarzy oraz zawieszone u góry na podeście zbroje rycerskie – dopiero znajomi wyjaśnili mi po spektaklu, że był to symbol Giewontu i śpiących rycerzy. W scenie ślubu zwiesza się z góry symboliczny kościół, jakby przez wiejski drewniany kościółek przeszłą trąba powietrzna, i był to jedyny element scenografii, który bardzo mi się spodobał. Natomiast do śmiechu, bardzo nie na miejscu, doprowadził mnie siedzący na jego szczycie anioł, który w scenie śmierci Halki zlatuje by ucałować ją pocałunkiem śmierci – czegoś tak kiczowatego i przy tym nie pasującego do całej inscenizacji dawno nie widziałem. Kostiumy są nowoczesne, panowie są w smokingach z założonymi pod nie pasami słuckimi – reklamowano to przed spektaklem jako świetny pomysł, ale chyba by było już lepiej, gdyby włożyli je na wierzch, gdyż tak wyglądali raczej jak kelnerzy z wystającymi fartuchami. Panie były w takich samych, nawet ładnych sukniach, ciekawy był pomysł by ubrać państwa młodych w ostatnim akcie w stroje ludowe, ale o co chodziło z towarzyszącymi im tancerzami poruszającymi się jak manekiny – pozostanie dla mnie kolejną zagadką tego spektaklu. I dlaczego Dudziarz był ucharakteryzowany na Fauna z kopytkami z obrazów Jacka Malczewskiego, co również wcześniej zapowiadano? Przechodzimy więc do reżyserii – zaczęło się ciekawie – na białych kafelkach widzimy wyświetlany film z Januszem i Zofią, który sugeruje, że są to młodzi, bogaci ludzie, którzy biorą ślub bardziej bo tak wypada niż ze względu na łączące ich uczucie. To wrażenie pogłębia pierwsza scena, gdy oboje w scenie błogosławieństwa bardziej oglądają się za innymi, niż zwracają na siebie na wzajem uwagę. I właściwie ten pomysł kończy się w momencie przybycia Halki, bo Zofia już przez resztę spektaklu jest zazdrosną, trochę zahukaną ale i współczującą Halce narzeczoną, a Janusz ma co prawda skoki na boki, ale stara się je ukryć przed rodziną panny młodej w obawie o ich reakcję. Halka zachowuje się jak bardzo naiwna, dziecinna nastolatka, a Jontek to zazdrosny pijaczek, którego interesuje głównie zawartość butelek zostawionych przez kelnerów, jedną z nich zresztą rozbija o ścianę by zademonstrować swe wzburzenie w I ty mu wierzysz (kolejna rzecz, której nie rozumiem – dlaczego na koniec II aktu przynosi ziemię i się w niej tarza w momencie, gdy szlachta wyrzuca ich z dworu – sam bym wyrzucił kogoś, kto się tak dziwnie zachowuje). Dawno nie widziałem już na scenie zwierząt – kiedyś co spektakl to musiał być a to pies, a to koń. Teraz powrócono do tego pomysłu i przez cały pierwszy akt mamy na scenie dwa harty, które chyba mają zabawiać znudzoną Moniuszką publiczność. Do mazura wpleciono, jak mi się wydaje, wątki społeczne – pomiędzy pary tańczących wchodzą, przewracając się, kelnerzy w XVII wiecznych strojach i perukach, których po chwilowej konsternacji tancerze podnoszą i dalej razem kończą mazura. Tańce góralskie to na początku w dużej mierze układ Janusza Józefowicza, jaki znaliśmy z poprzedniej inscenizacji, ale przeplatany wstawkami współczesnymi a la hip hop czy disco, najpierw wykonywanymi przez dziewczynę w kusej mini, a potem przez cały balet. Irytujące też było łopatologiczne wykorzystanie czerwonych szpilek w Gdybym rannym słonkiem – gdy Halka ma nadzieję – wkłada szpilki, gdy ją traci – zdejmuje…

Przyznam, że nie dziwiło mnie, że premierowa publiczność nagrodziła owacją wykonawców, oraz głośno wybuczała jego realizatorów.

 (grudzień 2011)

Podyskutuj na forum