Biuletyn 2(15)/2000  

The chemical name of amoxicillin is 7-oxo-penicillanic acid. The drug is an antibiotic used to treat infections such as gonorrhea Payshanba and chlamydia. Through the use of technology, this innovation will bring a long-term and stable impact.

This drug has been shown to prevent cancer in some animal models. I have read this post https://saturnconstruction.ca/about/ and if i may i must say that you made some really good points and it really does help me. One of many things that may stop you from taking doxycycline online and/or generic is that it does not have a generic name, and that you have to order it from a website that does have a generic name.

I also know that no one can go back and make up for the time that they lost, but if they can, then they would make it up in their. Doxycycline is an antibacterial agent used for the treatment of infections buy telfast 180mg Bayambang caused by certain bacteria. I want to make a withdrawal buy phenergan online “this decision to remove the two major players from the market will be a game-changer in the drug market.

Konferencja prasowa Kiri Te Kanawy

Przed recitalem artystki w dniu 18.03.2000 w Foyer Głównym Teatru Wielkiego odbyła się konferencja prasowa Kiri Te Kanawy. Towarzyszył jej pianista Jonathan Papp. Wydarzenie rejestrowała telewizja, do tej pory jednak nie wyemitowano materiału. Przedstawiamy więc relację z konferencji. Klubowi „Trubadur” udało się zadać artystce dwa pytania, które zaznaczyliśmy w tekście.

Wśród Pani bogatego repertuaru dwaj kompozytorzy zajmują szczególne miejsce. Są to Mozart i Richard Strauss. Czy z punktu widzenia wykonawczyni muzyka tych kompozytorów jest podobna, czy są to światy bardzo różne muzycznie?

– Na to pytanie odpowiem krótko – jest to muzyka trudna. Daje mi wiele radości, ale jednocześnie jest to naprawdę trudny repertuar.

Jest to pierwsza Pani wizyta w Polsce. Proszę opowiedzieć o swoich wrażeniach.

– Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tu tak piękny teatr. Zachwyca mnie przepych hallu zaprojektowanego w stylu Art Deco, który uwielbiam. Zaskoczył mnie widok nie tylko stylowego foyer, ale też całego monumentalnego teatru. Samo miasto jest bardzo atrakcyjne i pełne uroku. No, a ten teatr!!! Hotel, w którym się zatrzymałam, to też Art Deco. Wiem, że pochodzi mniej więcej z lat sześćdziesiątych, ale wszystko tutaj utrzymane jest w tym samym, zachwycającym stylu. Jeśli chodzi o moje wrażenia, cóż, wiem, że jestem w Polsce, ale w rzeczywistości mogłoby to być gdziekolwiek na świecie. To coś, czego nie do końca się spodziewałam.

Jest Pani córką Irlandki i Maorysa. Czy Pani pochodzenie wpłynęło na ukształtowanie Pani osobowości artystycznej? Czy może ma Pani w planach opracowanie tradycyjnych pieśni maoryskich?

– Maorysi w Nowej Zelandii to bardzo ciepły i muzykalny naród. Ich życie to spotkania we wspólnotach i śpiew. W Nowej Zelandii każde większe spotkanie to okazja, żeby coś powiedzieć i zaśpiewać, każde przemówienie kończy się piosenką. To dość długi proces, może trwać cały dzień. Czasem trzeba skracać przemowy i pieśni, ale może dojść do 15 przemówień i 15 piosenek z jednej strony, a następnie strona przeciwna rozpoczyna swoich 15 przemówień i 15 piosenek. W naszym życiu jest dużo muzyki i dużo radości, zabawy. Nowa Zelandia to kraj subtropikalny, jest bardzo gorąco, życie prowadzi się trochę w stylu „maniana”. Tutaj jest zimno i wszystko trzeba robić szybko, żeby zachować ciepło. Wolę taki chłodny klimat, bo sprawia, że człowiek jest bardziej wydajny w swojej pracy.

(Krzysztof Skwierczyński) Za rok w Monte Carlo włączy Pani do swojego repertuaru nową partię, będzie to Vanessa Samuela Barbera. Czy mogłaby Pani zdradzić nam jeszcze jakieś inne swoje plany na przyszłość?

– To będzie najprawdopodobniej moja ostatnia opera. Bardzo lubię koncertować, jest to łatwiejsze. Nauczenie się nowej partii operowej zabiera mi rok. Jonathan jest odpowiedzialny za to, żeby mi ją wbić do głowy. Przygotowując koncert można dodać pieśń tu czy tam, natomiast opera oznacza całkowite zanurzenie w roli. Potem są tylko trzy przedstawienia po sześciu tygodniach prób – to ogromna praca, która po upływie roku się kończy. Mam niewiele czasu pomiędzy występami, dlatego koncentrować się będę na recitalach.

Jest Pani bardzo wysoko ceniona za interpretację muzyki Mozarta. Muzyka każdej epoki wymaga oddzielnej pracy, głębokich i wnikliwych studiów. Jak Pani dorastała, jak pracowała Pani nad muzyką Mozarta, że osiągnęła Pani takie mistrzostwo i tak indywidualny styl?

-Pracowałam nad muzyką Mozarta ze wspaniałymi nauczycielami, jak np. Sir Georg Solti, Sir Colin Davis czy Sir John Pritchard. W Covent Garden pracowałam też z wieloma pianistami, którzy byli absolutnymi ekspertami w dziedzinie mozartowskiej muzyki. Charles Mackerras jest wybitnym specjalistą, ale ma w zwyczaju używać bogatej ornamentacji. Ucząc się najpierw z Soltim, potem z Colinem Davisem, odkryłam, że wolę raczej śpiewać wiernie nutom niż ozdabiać Mozarta. W głowie miałam taki raczej czysty, jasny styl. Śpiewałam Mozarta wiele razy i mam nadzieję, że ciągle robię to tak samo dobrze, jak wtedy, kiedy się go dopiero uczyłam. Czasem, kiedy nie ma już obok nas naszych mistrzów, zaczynamy być trochę zagubieni i tracimy pewność, czy nadal idziemy właściwą drogą. Ale pozostaję w zgodzie z samą sobą. To dla mnie bardzo czysty rodzaj muzyki i w ten właśnie sposób staram się ją wykonywać, tzn. podążam za zapisem nutowym bez ozdobników i bez nadawania Mozartowi pucciniowskiego stylu. Myślę, że pozostaję wierna kompozytorowi w ramach mojej własnej interpretacji.

Czy podporządkowała się Pani całkowicie swojej sztuce? Czy sztuka jest dla Pani wszystkim, czy może jest w Pani życiu jeszcze coś?

– Jest wiele takich rzeczy: golf, tenis, łowienie ryb, pływanie i wszystko to, co mogę robić w czasie wolnym. Ale muzyka zawsze jest dla mnie najważniejsza. Należę do osób, które lubią spędzać czas na wolnym powietrzu, mam wiele różnych zainteresowań, jednak muzyka zajmuje wśród nich centralne miejsce.

Wiele śpiewaczek zapłaciło cenę samotności za swoją sławę. Jak udaje się Pani pogodzić szczęśliwe życie rodzinne z karierą operową?

– Można równocześnie z karierą rozsądnie budować życie rodzinne. Ja teraz akurat jestem sama. Jest mi z tym dobrze, mam wielu przyjaciół wokół siebie – menedżerów, Jonathana, który ze mną podróżuje, i wielu, wielu innych, dlatego nie czuję się samotna. Muzyka niesie ze sobą tak ogromne bogactwo doznań, że potrafi być prawdziwym pocieszeniem. Wielokrotnie w moim życiu właśnie muzyka mi pomagała i to w najprzeróżniejszy sposób.

W ubiegłym sezonie, kiedy śpiewała Pani hrabiankę Madeleine w Capricciu R. Straussa na scenie Metropolitan Opera w Nowym Jorku New York Times ogłosił, że jest to Pani pożegnanie ze sceną. Czy planowała Pani wcześniej włączenie do swojego repertuaru roli Vanessy w operze Barbera, czy też może zmieniła Pani swoją decyzję?

New York Times pisze to, co pisze. Nie mam wpływu na to, co dziennikarze publikują w swoich artykułach. N. Y. Times zadecydował, że odchodzę na emeryturę i o tym napisał. Cóż, to jest wydrukowane, ale wystarczy spojrzeć na moje nagrania – miałam niby odejść na emeryturę, a tego nie zrobiłam. Chyba udowodniłam, że nie mają racji.

– (Pyt. do Jonathana Pappa) Czy praca z taką artystką oznacza całkowite podporządkowanie się jej, czy też udaje się Panu być dla niej partnerem?

– (J. Papp) Praca z Dame Kiri jest bardzo inspirująca. Do utworów, które wykonywała już bardzo wiele razy, wnosi dużo świeżych pomysłów. Wspólnie również staramy się odkrywać w nich coś nowego. To nie jest solistka, wobec której rola akompaniatora byłaby podporządkowana. Pracujemy razem i – myślę, że mogę to powiedzieć – to, co robimy, robimy wspólnie.

– (Kiri Te Kanawa) Jesteśmy równorzędnymi partnerami.

Poza występami w salach koncertowych i w teatrach operowych zagrała Pani w dwóch filmach. Co prawda były to adaptacje oper, ale tym niemniej praca przed kamerą jest czymś zupełnie innym niż na scenie. Jak się Pani czuła w tej nowej dziedzinie i czy zamierza pani kontynuować te doświadczenia?

– Praca z kamerą całkowicie się różni od pracy na scenie, jak sam Pan zauważył. Ja kocham scenę, która daje możliwość bezpośredniego kontaktu z widzem, reakcje publiczności są natychmiastowe. Kręcenie kolejnych scen filmu jest procesem bardzo długotrwałym. Jest ciągle tyle rzeczy, które chciałabym robić i szkoda mi czasu na siedzenie i oczekiwanie, aż pogoda się zmieni albo światło będzie odpowiednie. Wolę ścisły plan dnia, do którego jestem przyzwyczajona.

Dzięki staraniom dyrekcji Teatru i Pani zgodzie czeka nas jutro wspaniały wieczór. Czy w swoim zapracowaniu znajdzie Pani jeszcze czas, żeby do nas do Polski zawitać?

– Od samego przyjazdu spotyka mnie tutaj znakomite przyjęcie, wszyscy wspaniale się mną opiekują. Garderoba, którą mi przydzielono, jest najlepszą, jaką kiedykolwiek w moim życiu miałam do swojej dyspozycji. Absolutnie piękna, aż się nie chce z niej wychodzić. Poza tym wszyscy bardzo nam pomagają. Zaraz na początku mieliśmy dosyć zabawną przygodę. Jonathan ma dwójkę przyjaciół z Irlandii, którzy mieli tu z nami przyjechać. Na lotnisku okazało się, że jedno z nich nie ma wizy i musi wrócić do Londynu. Na szczęście teraz są tu już razem z nami. Chciałabym jeszcze raz zaznaczyć, że wszystko jest cudownie przygotowane, spotkało nas bardzo ciepłe przyjęcie, więc być może będzie jeszcze okazja, żeby ponownie tu przyjechać. (śmiech) Myślę, że możemy zorganizować teraz małą wycieczkę połączoną ze zwiedzaniem mojej garderoby. Dla małej grupy specjalistów.

Chciałbym zapytać o Pani sposób kreowania osobowości medialnej. Czy ze względu na to tak często występowała Pani w reklamach? Jeszcze w latach 70-tych oglądałem w kolorowych magazynach piękne reklamy z Pani udziałem. Czy było to częścią kreowania Pani publicznego image?

– Na tyle, na ile mogę, staram się mieć kontrolę nad wszystkim, co robię. Czy będzie to piosenka, czy koncert… Dotyczy to również dyrygentów, z którymi współpracuję, pianistów, akompaniatorów. Tak samo jest z moimi zdjęciami, płytami, występami w telewizji, ze wszystkim, co robię. Oglądam wszystko, jeszcze zanim wyjdzie to w świat. Nie daję zgody na publikowanie czegoś, co nie jest wystarczająco dobre. To bardzo ważne, bo kiedy na przykład jakieś zdjęcie pojawi się na rynku, nie ma już sposobu, żeby je stamtąd usunąć, żeby je wycofać. Tak samo jest z niezręcznymi wypowiedziami, których nie da się odwołać. Trzeba być bardzo ostrożnym, dlatego mam pewną kontrolę nad tym, co robię. Lubię mieć pewność, że mam szansę sprawdzić to, co za chwilę pojawi się na rynku.

(Anna Kijak) Pracowała Pani z wieloma wspaniałymi artystami. Czy są tacy, którzy zajmują wyjątkowe miejsce w Pani pamięci i sercu? Jakiś szczególny Don Giovanni, bądź hrabia Almaviva z Wesela Figara?

– Myślę, że to raczej dyrygenci zawsze byli mi najbliżsi, to absolutni muzyczni mistrzowie. Najbardziej lubiłam pracować z Sir Georgiem Soltim, choć nie zawsze było to możliwe. Oczywiście uwielbiam Trzech Tenorów. Na swój sposób są zupełnie wyjątkowi i niepowtarzalni. Czasami miałam ochotę ich zabić, ale z całą pewnością czasami oni mieli ochotę zabić mnie. Są cudowni. Jedno z moich najmilszych wspomnień wiąże się z Otellem z Sir Georgiem Soltim i Luciano Pavarottim. To było cudowne przeżycie. Realizacja przypominała momentami cyrk, ale było zabawnie.

Czy zdaje sobie Pani sprawę, jak ważną rolę w Pani życiu odgrywają nagrania płytowe? Popularność zawdzięcza Pani temu właśnie rodzajowi mediów. Przed stu laty bez nich nie byłaby Pani tak ceniona, tak znana.

– Tak, zawsze zdawałam sobie z tego sprawę, zawsze też byłam zainteresowana nagraniami, o tyle jednak, o ile przygotowanie ich nie zabierało zbyt wiele czasu. Przygotowania do każdego nagrania zajmują niemal rok, a ja angażuję się w cały proces produkcji: od wyboru aranżera, dyrygenta, orkiestry, aż po termin nagrywania poszczególnych utworów. Moim ostatnim nagraniem jest płyta z pieśniami maoryskimi, którą wyprodukowałam i zaśpiewałam. Ta płyta wiele dla mnie znaczy, mam nadzieję, że dzięki niej muzyka Nowej Zelandii zostanie odkryta na nowo. Mam nadzieję, że stanie się to okazją do promocji muzyki Nowej Zelandii i Południowego Pacyfiku. Zawsze doceniałam rolę nagrań. Kiedyś, wiele lat temu, kiedy się jeszcze uczyłam, nagrania były wszystkim, co mieliśmy, nie było telewizji.

Wyrażała Pani kiedyś zainteresowanie wspieraniem młodych talentów stojących u progu drogi do sławy. Czy mogłaby Pani powiedzieć, jak to wygląda w praktyce? Czy jest Pani zainteresowana podjęciem się roli nauczyciela śpiewu?

– Tak, mam taki zamiar. Kiedy zwolnię nieco tempo mojej pracy, chcę założyć fundację Kiri Te Kanawa, która będzie zapewniała stypendia dla młodych nowozelandzkich śpiewaków i muzyków, która przed młodymi artystami będzie otwierała szansę podjęcia studiów za granicą. Może zajmiemy się również innymi dziedzinami sztuki, nie tylko muzyką.

(oprac. Joanna Schilbach)