Biuletyn 2(15)/2000  

Nasze operowe spotkania z Mozartem

Tuż przed ubiegłoroczną Gwiazdką wybrałyśmy się na tzw. „otwarty pokaz przedpremierowy” nowej inscenizacji Czarodziejskiego fletu, przeznaczonej na tournée łódzkiego TW po Niemczech i Holandii, które odbywało się na przełomie grudnia i stycznia (właściwa premiera miała miejsce w Hadze). Wprowadzenie praktyki udziału widzów w niektórych przedpremierowych spektaklach (będących właściwie rodzajem próby generalnej) jest kolejną ciekawą inicjatywą dyrekcji TW. Dyrektor Krzyżanowski mówi: Myślę, że jest to cenne, żeby pokazywać pewną fazę pracy, pewien „roboczy szkic”, który potem można porównać w pełnym blasku już na premierze (…). Mamy takie porozumienie z Towarzystwem Przyjaciół Opery, którego członkowie wiernie przychodzą na każdą generalną próbę, pomyślałem więc, że te kilkadziesiąt osób można rozszerzyć o większą liczbę widzów, aby ci, co chcą, co lubią nas i kochają operę, mogli obserwować tę „niedoszlifowaną” jeszcze wersję przedstawienia, podglądając te różne „smaczki” w przygotowaniu inscenizacji i porównywać potem ze spektaklem premierowym.

Do takich porównań miałyśmy okazję, wybierając się już na właściwą premierę Czarodziejskiego fletu w dniu 15 kwietnia. Oglądając te spektakle cofnęłyśmy się pamięcią do grudnia' 95, kiedy to na łódzkiej scenie odbyła się poprzednia premiera tej Mozartowskiej baśniowej opowieści, wystawiona pod muzycznym kierownictwem nieodżałowanego Aleksandra Tracza, na Jego Jubileusz 30-lecia pracy artystycznej. Ówczesna interesująca, choć tradycyjna w formie realizacja (autorstwa Australijki Gwendy Berndt) bardzo podobała się publiczności. Nowa realizacja w reż. Roberta Skolmowskiego to zupełnie inne podejście do tej opery. Jak mówi reżyser: Odchodzimy od nurtu wolnomularskiego zawartego w operze, a stawiamy na wersję wesołej, nieco zwariowanej bajki. Bezpośrednią inspiracją dla reżysera, scenografów i autorrki kostiumów były zapisy w didaskaliach do opery (Skolmowski podkreśla wierność sceniczną każdemu zapisowi) oraz ilustracje, jakie pozostały z czasów wiedeńskiej premiery Czarodziejskiego fletu. Z drugiej strony bawimy się starym „zmurszałym” teatrem z malowanymi dekoracjami, elementami, których obecnie w ogóle w teatrze się nie używa – dodaje reżyser.

W skonstruowanym z przymrużeniem oka programie mogłyśmy przeczytać treść libretta Fletu zaczarowanego wg Przewodnika operowego prof. Lesława Jaworskiego, opracowanego w Poznaniu ok. 1914 r. (z zachowaną oryginalną pisownią). To już sugerowało, że realizatorzy spektaklu proponują nam cofnięcie się w czasie. W końcu okazało się, że cofamy się jeszcze dalej, bo do czasów współczesnych Mozartowi. W programie przeczytałyśmy, że przedstawienie to jest rekonstrukcją pierwszego autorskiego wykonania opery W. A. Mozarta Czarodziejski flet z 31 kwietnia 1791 r,. i że dzieło to powstało na zamówienie Wielkiego Księcia Helmuta von Furstenberg der Dicke und Schluss z okazji podpisania intercyzy małżeńskiej pomiędzy jego córką Adelajdą Gertrudą von und zu Liebe i Wielkiego Księcia Mołdawii i Patagonii Apolinariusza VI Medycejskiego.

Ta żartobliwa geneza sugerowała, że zapewne dalej będzie również wesoło. Po podniesieniu kurtyny istotnie przenosimy się na książęcy dwór czasów Mozarta. Jeszcze przy dźwiękach uwertury widzimy, jak schodzą się goście-widzowie, książęca para, mistrz ceremonii, śpiewacy i wreszcie sam Mozart. Mistrz ceremonii daje laską znak i zaczyna się „teatr w teatrze”. Ponieważ jednak nie znajdujemy się w prawdziwym teatrze, tylko na dworze, wszelkie środki teatralne są prymitywne i bardzo umowne. Śpiewacy ubrani są w dworskie, niejako prywatne stroje, jedynie maski, jakie trzymają w rękach, symbolizują bohaterów odtwarzanych przez nich w spektaklu. Poszczególne miejsca akcji i „wejścia” postaci tworzą najczęściej ciągnięte na sznurach szafy na kółkach, które po otworzeniu skrzydeł uwalniają bohatera siedzącego w środku, jednocześnie tworząc miniscenografię. Gdy potrzeba grzmotu, pojawia się człowiek z arkuszem blachy i potrząsa nią. Wycie wichru uzyskujemy za pomocą kręconego korbą bębna imitującego odpowiednie dźwięki. Czarodziejski flet „fruwa” na wędce trzymanej przez jednego z licznych tu „technicznych pomocników” w stroju lokaja. Kapłani „jeżdżą” na lwach z dykty, które mają koła zamiast nóg, itd. Słowem, pełna zabawa konwencją starego teatru, tak typowa dla Skolmowskiego. Choć początkowo wydaje nam się to wszystko prymitywne, szybko wciągamy się w ten umowny świat dworskiego przedstawienia, który nabiera nawet specyficznego uroku. Zresztą wraz z wejściem Królowej Nocy „widzowie” schodzą ze sceny, która odtąd już cała będzie imitować miejsca akcji. Dekoracje autorstwa Moniki Graban i Radka Dębniaka są niewymyślne i bajkowo, czasem nawet jarmarcznie kolorowe. Dzięki znakomitemu operowaniu światłem przez Jerzego Stachowiaka, z tej scenerii „powstają” różne miejsca, jeśli uruchomić trochę swoją wyobraźnię. Kostiumy Anny Bobrowskiej-Ekiert, częściowo wzięte z poprzedniej realizacji, są utrzymane w stylu epoki, również barwne i bogate. Mozart (w tej niemej, ale bardzo wyrazistej roli Waldemar Stańczuk) jest obecny na scenie przez cały spektakl. Niekiedy delikatnie w niego ingeruje jakimś działaniem, lub tylko je obserwuje (np. w leżącej pozycji na sofie). A czasem nawet używa sobie w najlepsze z bohaterami, np. opychając się smakołykami z Papagenem lub tańcząc z nim i pijąc wino przy jego magicznej piosence z dzwonkami (Ein Mädchen oder Weibchen). Mozart ma również swoją maskę z wizerunkiem, który (jak czytamy znów w żartobliwym programie) jest współczesną rekonstrukcją oryginału z opakowania cukierków, wyprodukowanych w Salzburgu 30 kwietnia 1791 r. znalezionych w wiecznej zmarzlinie lodowiska u podnóża Mont Blanc.

Ten sceniczny zabieg z „żywym” Mozartem sugeruje nam, jakoby Mistrz Amadeusz sam czuwał tu nad swoim dziełem, a my przeniesieni w jego czasy możemy zetknąć się z nim, jak mogła ówczesna publiczność. Nie jest to oczywiście wszystko poważne (sam Mozart niejednokrotnie „wygłupia” się nieco), jak to u Skolmowskiego, który puszcza do nas swoje reżyserskie oko, bawi nas teatrem i samą konwencją teatru. Nie brak więc tu scen pełnych humoru (mniej lub bardziej wyszukanego), a najczęściej ich sprawcą jest Papageno. Swoją „ptasią maseczkę” traktuje jak swoiste „drugie ja”, co staje się przyczyną zabawnych sytuacji. Dzieli ona zresztą los Papagena, np. nosi kłódkę na „ustach”, jak i on. W roli ptasznika widziałyśmy w grudniu Andrzeja Niemierowicza, a teraz Przemysława Reznera (który na „próbie” śpiewał jedynie partię Pierwszego Kapłana). Obydwu zresztą oglądałyśmy w realizacji przed pięciu laty i podobnie jak wtedy, także i teraz stworzyli obaj kreacje atrakcyjne wokalnie i aktorsko, pełne dowcipu i prostej radości życia. Niestety, przez ostatnie lata widywałyśmy p. Reznera jedynie w rolach typu „ogony” i dopiero teraz mogłyśmy przekonać się w pełni, iż jego łagodny baryton nabrał jeszcze piękniejszego brzmienia. Za to po raz czwarty w roli Papageny widziałyśmy Małgorzatę Borowik, jak zwykle pełną uroku i biegłości wokalnej. Cudownie zabawnie śpiewa z Papagenem duet Pa… pa… pa… nad wózkiem pełnym… jajek, z których wykluć ma się wielu małych Papagenów i Papagenek.

Katarzynie Nowak-Stańczyk w roli Paminy zabrakło trochę wdzięku i bardziej słodkiej barwy głosu. Przyzwyczaiłyśmy się zresztą do Moniki Cichockiej w tej roli, którą podziwiałyśmy w grudniu i w 1995 r., a która zawsze obdarza swoją księżniczkę wokalnym blaskiem i dziewczęcym urokiem. Na uwagę zasługiwał śpiewający gościnnie partię Tamina Dariusz Pietrzykowski – solista Opery Bydgoskiej. Artysta, znany nam już z udanych kreacji (Don Ottavia w Don Giovannim czy Ernesta w Don Pasquale) i tym razem popisał się ładnym lirycznym głosem (choć przydałoby się, jak dla nas, trochę więcej męskiego brzmienia) i starannością w interpretacji roli. Był sto razy lepszy od oglądanego przez nas w grudniu w tej partii koreańskiego tenora Gabriela Hwanga, który posiadał bardzo nieciekawą fizjonomię i mierne sceniczne talenty. Bez wątpienia najmilej wspominamy w roli księcia widzianych w poprzedniej realizacji Fletu… znakomitych Dariusza Stachurę i Leszka Świdzińskiego.

Nie kryjemy, że magnesem, który przyciągnął nas na kwietniowe przedstawienie, była Joanna Woś w roli Królowej Nocy. Znakomita śpiewaczka jak zwykle olśniła nas swoją klasą. Jej rewelacyjny głos bez wysiłku sięgał niewiarygodnie wysokich rejonów skali w wirtuozowskiej arii Der Hölle Rache. Publiczność po prostu nie wytrzymała i w środku arii wybuchnęła huraganem braw. To było duże przeżycie!

Niestety, nieco rozczarował nas Włodzimierz Zalewski w roli majestatycznego Sarastra. Świetnie oczywiście radził sobie z mocą bardzo niskich dźwięków w swojej partii, ale brak nam było w tej interpretacji wiarygodności, dostojeństwa i łagodnej potęgi arcykapłana Słońca. Chyba więcej szlachetności przekazał w tej postaci Przemysław Firek z Opery Krakowskiej, który śpiewał Sarastra w grudniu. Ale najbardziej podobał nam się rewelacyjny Andrzej Malinowski przed pięciu laty.

Z pozostałych artystów chcemy jeszcze wyróżnić Borysa Ławreniwa w roli Monostatosa. Tenor prezentował się tak interesująco (piękny głos i miła oku postać), że trzeba było bardzo starać się uwierzyć w tę murzyńską maskę, którą trzymał w ręku, żeby zrozumieć Paminę uciekającą przed nim.

Kazimierz Wiencek z wyczuciem muzycznego stylu poprowadził cudowną uwerturę, określaną mianem jednej z najbardziej kunsztownych kompozycji klasyki wiedeńskiej. Niestety, później brakowało niekiedy precyzji w grze orkiestry (niedokładne wejścia smyczków i instrumentów dętych), nad którą w pełni panował prowadzący grudniowy spektakl austriacki dyrygent Gert Meditz

Oba spektakle Czarodziejskiego fletu dostarczyły nam rzeczywiście różnych doznań artystycznych i okazji do porównań, nie tylko zresztą ze względu na różne obsady śpiewaków i osoby dyrygentów. Zauważyłyśmy inne rozwiązania niektórych sytuacji scenicznych, zmiany w operowaniu światłem, a dialogi w kwietniowym spektaklu były mówione po polsku, co uważamy za słuszną zmianę z korzyścią dla wyrazu przedstawienia. Wcześniej, bo 29 marca, miałyśmy okazję do jeszcze jednego spotkania z Mozartem. Na scenie TW studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Łodzi zaprezentowali Wesele Figara jako swój dyplomowy spektakl. Przedstawienie bez specjalnych dekoracji (kilka stylowych mebli, kotary) i kostiumów z epoki, było jednak bardzo interesujące dzięki oryginalnej, pełnej ruchu i tempa inscenizacji autorstwa Janiny Niesobskiej (niegdyś tancerki, solistki TW, obecnie choreografa, reżysera i pedagoga). W przedstawieniu wystąpiła 20-osobowa grupa solistów (pozwoliło to w tej samej partii wystąpić kilku wykonawcom), a ich scenicznemu popisowi po raz pierwszy towarzyszyła orkiestra Akademii, która nigdy jeszcze nie grała muzyki operowej w spektaklach. Młodzi muzycy przygotowani przez Andrzeja Knapa (znakomitego dyrygenta i dyrektora artystycznego Teatru Muzycznego w Łodzi) spisali się w tym sprawdzianie bardzo dobrze. Była to więc okazja, by obejrzeć dzieło Mozarta w tak niecodziennej i młodzieńczej interpretacji. Spośród kilku solistów, którzy się wyróżnili, chcemy wymienić Anettę Piechotę, studentkę IV-go roku, która uroczo zaśpiewała Zuzannę. Mimo że to partia napisana na sopran liryczny z koloraturą, a młoda śpiewaczka dysponuje sopranem ciemniejszym (podążającym w stronę sopranu lirico spinto – jak sama mówi o swoim głosie), znakomicie radziła sobie z wokalnymi trudnościami. Było to dla nas dużą radością, że dzięki tym oryginalnym spektaklom miałyśmy kolejną możliwość spotkań z Mozartem. Właśnie – z Mozartem, bo przecież: słowa „Muzyka” i „Mozart” stały się synonimami tego samego pojęcia. Połączyły się w jedno i kto wymawia imię „Mozart” ma na myśli słowo „Muzyka” (Stefan Jarociński).

Monika i Dorota Pulik