Biuletyn 2(15)/2000  

Premarin .3 mg side effects – pregnant women may experience side effects from the drug. And that’s the biggest reason why so many of us, despite piercingly priligy price in ghana our best efforts, are still at risk for hiv. Buy amoxicillin for cats and dogs without a prescription online.

Lorazepam withdrawal can occur if you stop taking the medication abruptly. The Bhadrāchalam purchase cipro rx drug that was used the most is viagra and the most common drug that was rx that. This will allow them to get the maximum benefit out of the prednisone tablets.

Our movement is an urgent social justice call to action for humanity. You may find that you will have to make an appointment to see your physician about any changes to your medications or Kakching budecort 0.5 mg price to see if your medications need to be changed. Levitra generic viagra - generic equivalent to brand name of cialis, this tablet comes with different name and dosage but it is same thing as cialis and contains the same ingredient.

Orfeusz Ewy Podleś w Krakowie

Kraków, mieniący się polską stolicą kultury, niezbyt często staje się miejscem prawdziwie wielkich wykonań muzyki operowej. Opera w Krakowie jest na dosłownym i przenośnym wygnaniu. Mimo to czasem mamy tutaj jednak do czynienia z wysokiej klasy wydarzeniami artystycznymi, które rozbudzają nadzieję na poprawę tego opłakanego stanu.

Takim wydarzeniem było na pewno koncertowe wykonanie Orfeusza i Eurydyki C. W. Glucka, które miało miejsce w Sali Filharmonii 19 i 20 maja 2000. To wyjątkowe wydarzenie muzyczne odbyło się w ramach sezonu koncertowego Filharmonii, dlatego może ogromne rzesze szturmujące szacowny przybytek muzyki w czasie szeroko reklamowanych koncertów Festiwalu „Kraków 2000”, tym razem wybrały inne formy weekendowej rozrywki, nie katując się wędzeniem w źle klimatyzowanej sali. Na szczęście brak reklamy nie wszystkich odstraszył. Bo też wystarczyło spojrzeć uważnie na filharmonijny afisz, żeby nabrać pewności, że czeka nas prawdziwa uczta muzyczna. Stało się tak za sprawą solistów (a raczej solistek): wspaniałej Ewy Podleś w roli mitologicznego śpiewaka, Zofii Kilanowicz w roli Eurydyki i Agnieszki Kurowskiej w roli boga miłości, Amora.

Orfeusz i Eurydyka jest piękną operą, która jednak, jak dotąd, zachwycała mnie tylko swoimi walorami muzycznymi. Nie istniał dla mnie jej poziom emocjonalny, czy intelektualny (trafiałam na złe wykonania?). Nie zastanawiałam się, czy Orfeusz cierpi, czy miłość może walczyć ze śmiercią… Mogę śmiało stwierdzić, że tym razem ta opera narodziła się dla mnie na nowo, a to za sprawą doskonałej Ewy Podleś, która odkryła przede mną nie tylko boską, ale i człowieczą naturę Orfeusza. Centralną postacią opery Glucka jest tracki śpiewak, wiarygodność pozostałych postaci zależy między innymi od tego, jak on zostanie przedstawiony. Orfeusz Podleś to człowiek z krwi i kości, któremu nieobce są miłość, tęsknota, radość, smutek, pasja (zachwycające, jak zmienia się barwa głosu artystki w zależności od wyrażanych uczuć!). Było to moje pierwsze spotkanie „na żywo” z tą śpiewaczką i nie będzie przesadą, jeśli powiem, że przeszło ono wszelkie moje oczekiwania. Jak dotąd znałam Ewę Podleś tylko z nagrań, gdzie podziwiałam Jej dogłębną interpretację roli, wspaniałą technikę i piękny, ciepły głos. Nie przypuszczałam jednak, jak wiele z tej interpretacji tracę, mając do czynienia tylko z nagraniem. Zaskoczyło mnie, jak bogaty w kolory i odcienie jest kontralt Artystki, która śpiewając roztacza wokół siebie aurę charakteryzującą tylko najwybitniejszych artystów. Wymowną gestykulację śpiewaczki i wyrazistą grę aktorską na estradzie chwalił już, w jednym z poprzednich numerów Biuletynu, Krzysztof Skwierczyński.

Przy takim Orfeuszu Eurydyka może się stać postacią niemal papierową. Na szczęście Zofia Kilanowicz potrafiła wyprowadzić swoją Eurydykę z cienia Orfeusza kreując przed nami wizerunek pełnej temperamentu, wybuchowej, choć jednocześnie delikatnej i kruchej kobiety. Dzięki swemu kunsztowi wokalnemu nie była na scenie tłem, ale partnerką Ewy Podleś. Obie artystki stworzyły współgrające ze sobą i wiarygodne postaci. Najmniejsze wrażenie zrobił na mnie Amor, może z racji swojego drugoplanowego charakteru. Wyśpiewany ładnie, ale ze zbyt dużym dystansem i dość jednostajnie, nie przekonał mnie do swoich boskich, nadprzyrodzonych mocy. Kiedy mamy do czynienia z muzyką przedklasyczną, granica pomiędzy wykonaniem nadającym się do muzealnej gablotki a takim, które rzeczywiście porusza, okazuje się cienka. Na szczęście Orkiestra Filharmonii Krakowskiej udowodniła, że nawet nie specjalizując się w dawniejszym repertuarze, można wprowadzić słuchaczy w magiczny świat tej muzyki. Wprawdzie momentami jakby brakowało jej werwy – odnosiłam wrażenie, że dyrygent Patrick Peire usilnie walczy z pokusą nadania utworowi sztucznego dostojeństwa, którego w lekkiej, przy całej swej monumentalności, chwilami roztańczonej, chwilami mrocznej partyturze nie ma. Mimo to muzycy odkryli przed nami schowany pod warstwą salonowego ryżowego pudru przebrzmiałej nieco estetyki prawdziwe uczucia i dramat miłości Orfeusza.

Na koniec zostawiam pochwały dla Chóru Filharmonii, który, sprawnie prowadzony, podkreślał napięcie dramatyczne opery stając się rzeczywistym uczestnikiem akcji.

O wyjątkowości wieczoru w podziemiach Hadesu z Orfeuszem i Eurydyką najlepiej świadczyć będą brawa „na stojąco”, którymi krakowska publiczność długo wywoływała artystów na estradę. Miejmy nadzieję, że tego typu wspaniałe wykonania muzyki operowej przestaną oznaczać w Krakowie święto i zaczną być, jeśli nie chlebem powszednim, to przynajmniej chlebem w miarę często goszczącym na „muzycznym stole”.

Joanna Schilbach