Trubadur 3(20)/2001  

Książka życzeń i zażaleń
Czyli toalety i bufety

Pod koniec sezonu 2000/2001 postanowiłem ruszyć się z mojego ulubionego fotela, wsiąść w pociąg i wybrać się parę razy do Warszawy, by zobaczyć, co słychać w stołecznych instytucjach muzycznych. Przyciągnęły mnie zwłaszcza ostatnie premiery w Teatrze Wielkim: Straszny dwór, Otello i Jezioro łabędzie, a także XI Festiwal Mozartowski. Przy okazji postanowiłem też zajrzeć, co się dzieje w Romie i w Filharmonii Narodowej. Nie chcę się jednak dzielić z Wami moimi wrażeniami z samych spektakli, lecz przedstawić uwagi na temat funkcjonowania tych placówek z punktu widzenia przyjezdnego widza.

Zacznę od pierwszej sceny operowej Polski, Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Przy okazji zakupu biletów odkryłem Centrum Promocji. Wydaje mi się, że jest to cenna inicjatywa, ale nie w pełni wykorzystana, słabo oznaczona i w pierwszej chwili nie za bardzo wiadomo, jak się tam zachować. Rozczarował mnie dostępny w nim „asortyment” – poza pojedynczymi kartkami prezentującymi spektakle Teatru Wielkiego nie można dostać żadnych ciekawych publikacji, programów czy plakatów teatralnych – po plakaty trzeba się udać do Biura Obsługi Widzów. Nie wspominam nawet o nagraniach spektakli czy poszczególnych artystów występujących w tym teatrze – w końcu parę takich płyt już istnieje i należałoby je propagować wśród widzów. Marzyłyby mi się też fotosy ze spektakli – przecież zabrania się robienia zdjęć w trakcie przedstawienia! Wiem, że może w Polsce nie ma tylu krajowych i przyjezdnych fanów opery, co w innych krajach, ale wystarczy spojrzeć, co oferują sklepy przyoperowe na Zachodzie – od nagrań audio i video oraz fotosów artystów po kubeczki, broszki, maskotki, a nawet konfitury i ciasteczka z logo teatru (patrz: MET czy Opera Garnier). Naszych melomanów nie zawsze stać na takie zakupy i nie należy oczekiwać wielkich zysków z tej działalności, ale sam kilka lat temu z przyjemnością kupiłem sobie znaczek z logo Teatru Wielkiego (teraz trzymam go obok znaczka klubowego), a na pewno chętnie wzbogaciłbym swe zbiory o kilka nagrań „firmowych” lub solowych lubianych przeze mnie artystów, których można usłyszeć na warszawskiej scenie. A może zagraniczny turysta skusiłby się na jakąś droższą publikację o największej scenie świata? Może więc warto pomyśleć o choćby niewielkim rozszerzeniu oferty Centrum – szkoda, by taka przestrzeń marnowała się niewykorzystana.

Wracam jednak do mojej opowieści: nie miałem problemu z kupieniem biletu (choć trwało to dość długo, dodatkowo skomplikowane przez brak drobnych), panie w szatni były bardzo sympatyczne, podobnie jak panie bileterki. Cieszy mnie, że zróżnicowanie cen biletów wciąż pozwala mniej zamożnym melomanom na obejrzenie spektaklu. Moją uwagę zwróciły jedynie wysokie ceny programów teatralnych, które jednak trzeba pochwalić za zawartość, zwłaszcza za umieszczenie polskiego tłumaczenia libretta. Zadowolony, z programem w ręku, usiadłem na swoim miejscu na drugim balkonie i czekałem na początek przedstawienia. Moje zadowolenie zaczęło się rozwiewać, gdy już po rozpoczęciu spektaklu w skupieniu nad dziełem przeszkadzali mi zajmujący swe miejsca spóźnieni widzowie. A przecież przy kasach biletowych zauważyłem ostrzeżenie, że spóźnialscy będą wpuszczani dopiero w przerwie spektaklu – dziwi mnie ten brak konsekwencji. Uważam, że do teatru nie wypada się spóźniać, a jeśli już, to należy ponosić tego konsekwencje i nie przeszkadzać innym melomanom, którzy przyszli na czas (zdaje się, że spóźnialscy mogą oglądać przedstawienie w telewizorze w głównym foyer). Wiem od warszawskich Klubowiczów, że panie bileterki nawet 20 minut po rozpoczęciu spektaklu wypraszają wejściówkowiczów z zajętych przez nich miejsc i usadzają spóźnialskich. Zgroza! Przecież to przeszkadza innym widzom, jak też muszą czuć się posiadacze wejściówek. Bardzo mi też przeszkadzała wycieczka szkolna, z którą miałem nieszczęście dzielić rząd. Trudno mi doradzić, jak spacyfikować młodocianego widza (choć wśród dorosłych też się zdarzały osoby nie wiedzące, jak się należy zachować w teatrze), ale powinno się zadbać o komfort innych odbiorców sztuki. Niech nasi milusińscy nie myślą, że przyszli tu, by poplotkować z koleżanką, najeść się cukierków i pojeździć windą. Rozumiem, że trzeba dzieci od najmłodszych lat zaznajamiać ze sztuką, jest to ze wszech miar chwalebne, ale wydaje mi się, że powinno się też nauczyć je zachowania w trakcie spektaklu, a przynajmniej przyprowadzać z większą liczbą nauczycieli, którzy by pilnowali swoich wychowanków – nie wyobrażam sobie, by panie bileterki w trakcie przedstawienia biegały po sali i uciszały niesfornych widzów. Wstydziłbym się zabrać ze sobą zagranicznych gości na spektakl z tak zachowującą się widownią.

W trakcie przerwy udałem się do bufetu, gdyż musiałem się odświeżyć po dziwnym funkcjonowaniu klimatyzacji – w teatrze można zarówno zamarznąć, jak i udusić się. Niestety, oferta bufetu zdaje się także być dostosowana do gustów młodej widowni, która zadowoli się soczkiem z kartonika i batonikiem w kolorowym papierku. Zwraca też uwagę dziwnie nie pasujące do eleganckiego wnętrza przybranie bufetów w głównym foyer – po co te tiule i błękitne atłasy podpinane różami? Na koniec jeszcze jedna uwaga – całe szczęście, że zatrzymałem się w Warszawie u rodziny, bo godzina, o której skończył się spektakl, częściowo spowodowana bardzo długimi przerwami, uniemożliwiłaby mi powrót do domu – i tak obawiałem się, czy zdążę jeszcze skorzystać z normalnej komunikacji. Może należałoby rozważyć na przykład wcześniejsze rozpoczynanie długich spektakli w soboty i niedziele, by widzowie mający daleko do domu nie musieli niepokoić się o powrót?

Kolejny wieczór spędziłem w Romie, mimo że trochę zaskoczyły mnie wygórowane ceny biletów. Nie należę do miłośników współczesnych musicali, ale chciałem zobaczyć najnowsze produkcje Romy, o których słyszałem od Klubowiczów. Chciałem pochwalić teatr za dobry pomysł: tablica w foyer z obsadą granego tego wieczora spektaklu. Zdziwił mnie natomiast stan sali, która gromkim głosem woła o remont – skrzypiące fotele, dziury w ścianach, odpadający tynk. Siedziałem jak sparaliżowany bojąc się, że najmniejszy mój ruch będzie słyszalny na całej sali – co za stres!

Ponieważ moje finanse zostały poważnie uszczuplone przez wizytę w Romie, chciałem skorzystać z tańszego biletu wejściówkowego do Filharmonii, co okazało się być dość trudnym zadaniem. Byłem zmuszony czekać do ostatniej chwili, aż jakiś bogatszy meloman zlituje się i kupi pozostałe w kasie drogie bilety. Napięcie przed koncertem i bieg pędem do sali odebrały mi część przyjemności z pięknego koncertu. Muszę jednak przyznać, że wspaniale odremontowana sala – posadzka, fotele, klimatyzacja – robią wrażenie. Do tej pięknej całości trochę nie pasują mi organy ustrojone w złoty koronkowy „kołnierzyk”. Na pocieszenie w Filharmonii można zaopatrzyć się w parę ciekawych wydawnictw oraz napić się kawy i wina w stylowym bufecie.

Sezon zakończyłem w Warszawskiej Operze Kameralnej, gdzie udało mi się wystać w miłym towarzystwie wejściówkę na Wesele Figara. Miałem dzięki temu okazję poznać folklor wejściówkowiczów w WOK, o którym tyle słyszałem. Bardzo spodobał mi się tamtejszy bufet, gdzie przemiła pani nalewa soki do wysokich szklanek i pyszną kawę do maleńkich, czarujących filiżanek. Szkoda tylko, że książka programowa – bardzo piękna, choć ze zdjęciami sprzed kilku sezonów – jest zbyt droga dla osoby, która przyjeżdża tylko na jeden spektakl. Chwała Bogu, że choć aktualną obsadę można sobie spisać z wywieszki nad kasą. Może przydałyby się mniejsze programiki dla jednorazowych widzów? Należy pochwalić WOK za ewenement w polskich teatrach operowych – ogłaszanie programu na cały sezon, co bardzo ułatwia życie przyjezdnym melomanom chcącym zaplanować swe operowe podróże, choć miło by też było móc wcześniej zapoznać się z obsadą na dany dzień, na przykład w internecie.

Mój tekst może wyglądać dziwnie na tle tak wielu artykułów omawiających sprawy artystyczne, ale jak wiadomo, nie samą sztuką człowiek żyje, a widz w teatrze potrzebuje także porządnej toalety (z wyjątkiem Romy nie jest źle!) i bufetu, które są również wizytówkami teatru.

Michał Kostrzewski