Trubadur 3(20)/2001 English  

In the united states, tamoxifen is marketed as herceptin, for patients with estrogen receptor positive breast cancer who are not suitable for surgery. In the field of mathematical fluid dynamics, elocon is an acronym for "e-flow-conditioned-object", which Barrington lasix 500 mg online was introduced by m.b. As for me, a couple of the most common side effects i encounter are nausea and vomiting.

You can find all the best levitra online prices here. When you dog is getting thumpingly cialis generico proprieta old it can cause a lot of problems with their digestion. It is important that you read this information and understand it fully before you decide to take this medicine or any other medicine, as it is very important that you do not take any medicines or any substance which can be harmful to your health.

Find your true love with these nigerian dating sites. Dapoxetine 60mg tablet price in india dazzlingly flonase nasal spray price - buy online | best price - dapoxetine 60mg. The knee joint consists of 3 ligaments—the anterior cruciate ligament (acl), the posterior cruciate ligament (pcl), and the collateral ligament (acl and pcl) on each.

Najbardziej lubię Verdiego
Rozmowa z Juliuszem Multarzyńskim

– „Trubadur”: Jest Pan absolwentem Katedry Fototechniki Politechniki Wrocławskiej. Jak to się stało, że zaczął Pan fotografować właśnie teatr muzyczny – operę i balet?

Juliusz Multarzyński: W pewnym sensie był to przypadek, ale nie do końca. Od samego początku wiedziałem, że będę zajmował się fotografią, natomiast nie sądziłem, że będzie to teatr muzyczny, opera czy balet. Można powiedzieć, że los tak sprawił. A ponieważ połączyło się to akurat z tym, że jestem melomanem, muzyka poważna nie „drażni” mnie, a wręcz przeciwnie. Te dwie rzeczy zbiegły się i tak już zostało. Oczywiście dopiero później, dzięki temu, co robię, odkrywałem wiele ciekawostek, z którymi wcześniej nie miałem możliwości się zetknąć, przyszły fascynacje artystami, kompozytorami. To się powoli rozbudowywało, uzupełniało, aż stało się tak, że dziś jest moim zawodem.

– Jest Pan szczególnie związany z Teatrem Wielkim w Warszawie, ale pracuje Pan właściwie w całej Polsce. Z jakimi innymi teatrami współpracuje Pan najczęściej?

– To się bardzo zmienia. Siłą rzeczy z Warszawą jestem najbardziej związany, choćby z racji miejsca zamieszkania, ale bardzo sobie cenię współpracę ze wszystkimi teatrami. Jest tak, że częstotliwość moich kontaktów z różnymi scenami jest związana z ich repertuarem. Obecnie najczęściej współpracuję z Poznaniem, z dyrektorem Sławomirem Pietrasem; z panią dyrektor Ewą Michnik we Wrocławiu. Tam akurat dzieje się teraz bardzo dużo, co nie znaczy, że pomijam np. Bytom, Bydgoszcz czy Łódź. Staram się być tam, gdzie dzieje się coś interesującego, ciekawego. Najwięcej czasu poświęcam jednak Operze Narodowej, fotografuję tutaj praktycznie wszystkie wydarzenia artystyczne.

– Chciałabym także zapytać o estrady koncertowe, na przykład o festiwal Wratislavia Cantans.

– Z Wratislavią Cantans współpracuję również od kilku lat, w tym roku miałem przerwę spowodowaną kolizją terminów, jak będzie w przyszłości – zobaczymy. Naturalnie, w zasięgu moich zainteresowań jest nie tylko Wrocław. Pracuję również, nie na zasadzie jednorazowego kontaktu, z Festiwalem Chopinowskim w Antoninie, Dusznikach-Zdroju i oczywiście współpracuję z Filharmonią Narodową.

– Czy przygotowuje się Pan w jakiś szczególny sposób do zrobienia zdjęć nowego spektaklu?

– Oczywiście. Według mnie nie ma możliwości przyjścia na spektakl i fotografowania go bez przygotowania merytorycznego. Inaczej jest z koncertami. Nie bardzo można się przygotować merytorycznie z punktu widzenia fotografowania np. do koncertu Plácida Domingo we Wrocławiu. Wtedy jest to raczej przygotowanie typu logistycznego. Natomiast jeśli chodzi o spektakl operowy, to naturalnie wcześniej czytam libretto, dowiaduję się, którzy artyści będą realizować przedstawienie i odtwarzać główne role. Zwykle muszę też wiedzieć coś o samych śpiewakach. Szczęśliwie tak się składa, że znam chyba wszystkich artystów występujących na polskich scenach operowych. Kiedy jednak przychodzą nowe osoby, to staram się o nich dowiedzieć możliwie dużo. Z mojego punktu widzenia to bardzo istotne, jak dany artysta wygląda, czy jest ekspresyjny, jak reaguje na fotografa, czy lubi być fotografowany. Tego typu informacje zbieram wcześniej. Są oczywiście fotoreporterzy, którzy przychodzą na spektakl bez przygotowania i może się zdarzyć, że zrobią zdjęcia lepsze od mojego, ale jest to raczej efekt przypadku niż rozmyślnego działania. Ja natomiast zawsze staram się, by fotografie, które wykonuję, były nie tylko reportażem czy kroniką.

– Czy na swoich fotografiach, oprócz zatrzymania ulotnej chwili, chce Pan przekazać coś więcej?

– Fotografowanie w teatrze to nie jest działalność stricte reporterska. Oczywiście, każde zdjęcie powstaje w ułamku sekundy, ale najważniejszą rzeczą w fotografowaniu przedstawienia jest próba oddania atmosfery tego, co się dzieje na scenie. Główna idea robienia zdjęć w teatrze nie polega na udowodnieniu, jakie ja potrafię zrobić piękne zdjęcie, tylko pokazaniu, jak ciekawy i interesujący spektakl zrobili jego twórcy. Oczywiście, po latach doświadczeń może się zdarzyć, że fotograf wyrobi sobie własny styl i jego zdjęcia będą rozpoznawalne, ale to już rzecz jakby wtórna. Najważniejsze jest zatrzymanie i uchwycenie klimatu sceny czy zdarzenia, które wymyślili realizatorzy. A jest ich bardzo wielu, bo mamy tu przede wszystkim muzykę, potem reżyserię, śpiewaków, scenografię i kostiumy. Pogodzenie tego wszystkiego i zapisanie na pozornie martwym kawałku papieru, jakim jest fotografia, jest rzeczą trudną i wymagającą pewnego doświadczenia i wiedzy, a przede wszystkim pokory wobec sztuki. Można zaryzykować i powiedzieć, że zdjęcie jest syntezą i właściwie najbardziej obiektywnym i trwałym świadectwem wydarzenia artystycznego.

– Czy ma Pan swoich ulubionych artystów, których szczególnie lubi Pan fotografować?

– Powiem inaczej, znam może pięcioro – sześcioro artystów, których nie lubię fotografować, nazwisk oczywiście nie podam. Ale to nie wynika z żadnych osobistych względów, są oni po prostu bardzo trudni do fotografowania. Natomiast tych czy innych artystów darzę prywatnie większą albo mniejszą sympatią, ale to przecież naturalne.

– Dotychczas ukazały się dwa albumy z Pana fotografiami, czarno-biały Balet w Polsce i kolorowy Mój Verdi. Co zaważyło na właśnie takim wyborze środków wyrazu?

– Jeżeli chodzi o album Balet w Polsce, to jest to książka, do której zdjęcia zamówiło wydawnictwo ISKRY i był to ich pomysł, by fotografie były czarno-białe. Ja tylko je udostępniłem i dokonałem wyboru, tekst natomiast zamówiono u innego autora (J. S. Witkiewicza – przyp. red.). Natomiast co do albumu Mój Verdi, a raczej książki, ze względu na zamieszczone tam teksty znakomitych autorów, m.in. pani Ewy Michnik, Sławomira Pietrasa, Marka Weiss-Grzesińskiego, którym korzystając z okazji, chciałem jeszcze raz gorąco podziękować – cała koncepcja jest moja. Zdjęcia kolorowe – cóż, minęły lata, fotografia kolorowa stała się standardem. Trudno byłoby mając do dyspozycji kolorowe zdjęcia nie wykorzystać ich. Jest bardzo ważne i godne podkreślenia, że jedynym honorarium dla wszystkich autorów tekstów, tłumaczeń, korekt, opracowania graficznego, rysunków, o mnie już nie wspominając, jest satysfakcja i egzemplarz albumu. Pieniądze, które udało się pozyskać od Banku PEKAO S. A., LAVAZZY oraz wsparcie materialne od CEZEXU i STUDIA ARKI pozwoliły jedynie na pokrycie kosztów przygotowalni i w znacznej części spłacenie druku albumu i ulotek. PROGRAM 2 POLSKIEGO RADIA dołączył do albumu CD z najpiękniejszymi ariami z oper Verdiego w wykonaniu niezrównanego i niezapomnianego Andrzeja Hiolskiego. Trudu wydania książki oraz wszelkiego ryzyka z tym związanego podjęła się Agencja TIME. Chciałem podkreślić, że wszyscy, do których się zwróciłem w różnych sprawach z prośbą o pomoc, na hasło: Verdi bardzo chętnie mi pomagali, może z jednym wyjątkiem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Książka przedstawia twórczość tylko jednego kompozytora prezentowaną na naszych scenach, jakże jednak ważnego dla opery. Może to nieskromne, ale wydaje mi się, że jest to znacząca dokumentacja tego, co działo się na polskiej scenie operowej w ostatnim dwudziestoleciu i choćby z urzędu powinno się nią zainteresować Ministerstwo z nazwy Dziedzictwa Narodowego. Znamienne jest to, że wszystko dzieje się w roku, w którym cały świat operowy obchodzi 100-ną rocznicę śmierci Wielkiego Giuseppe…

– Warto też wspomnieć o wystawie towarzyszącej albumowi, wędrującej teraz po polskich teatrach operowych.

– .która nie powstałaby, gdyby nie to, że wszyscy dyrektorzy teatrów, w miarę swoich możliwości, zgodzili się ją współfinansować. W moim odczuciu jest to zdarzenie bez precedensu. To, czego nie mogli sfinansować dyrektorzy oper, uzupełnił Bank PEKAO S. A. Sam nie miałbym nigdy takiej możliwości, to są olbrzymie pieniądze. Nie chodzi nawet o samo wykonanie zdjęć, one i tak powstają. Ale zrobienie powiększeń, oprawienie. Dziś nie można już po prostu przykleić fotogramów plastrem, muszą być one odpowiednio zafoliowane, zabezpieczone. To jest bardzo kosztowne.

– Verdiego darzy Pan szczególnym sentymentem?

– Rzeczywiście, z całej muzyki operowej jego twórczość lubię najbardziej, ale nie tylko. Bardzo cenię też Wagnera, marzy mi się zrobienie wystawy o Pierścieniu Nibelungów wystawionym kiedyś w Warszawie. Lubię też muzykę i twórczość operową Pendereckiego.

Czy zdarza się Panu fotografować spektakle na zagranicznych scenach?

– Bardzo rzadko. Robienie zdjęć na scenach zagranicznych wymaga bardzo czasochłonnego załatwiania odpowiednich zezwoleń, a i koszty wyjazdu nie są małe. Chociaż jeśli mi na czymś bardzo zależy, to uzyskuję takie zgody. Przykładem takim jest sfotografowanie Nabucca we Lwowie. Wcześniej słyszałem, że jest to bardzo ciekawy spektakl i koniecznie chciałem zdjęcia z niego umieścić w albumie.

Na co stara się Pan zwracać w fotografiach szczególną uwagę? Czy ważniejszy dla Pana jest artysta kreujący daną rolę, czy np. dekoracja, sceneria, zabiegi reżyserskie?

– Największą moją uwagę w czasie fotografowania przyciągają artyści śpiewacy, ponieważ to na nich skupiają się wszystkie działania twórców spektaklu: kompozytora, reżysera, kostiumologa… Na śpiewakach spoczywa ciężar przekazania nam treści, emocji, jakie niesie ze sobą spektakl. Przecież jestem nie tylko fotografem, ale również widzem i melomanem.

– Czy Pana zdaniem każdego kompozytora fotografuje się inaczej? Czy inaczej należy ustawić obiektyw np. do Verdiego niż do Wagnera?

– Z punktu widzenia techniki fotografowania nie ma to żadnego znaczenia, natomiast w sferze emocjonalnej bardzo duże i decydujące o końcowym efekcie. Proszę pamiętać, że fotografuje się przy pomocy aparatu fotograficznego, ale tylko to, co czuje serce i co powstaje w głowie.

– Czy zajmując się profesjonalnie fotografią ma Pan jeszcze czas i chęć na fotografowanie dla przyjemności, czegoś innego niż teatr?

– Owszem, robię to bardzo chętnie w wolnych chwilach, szczególnie w czasie wakacji. Gdziekolwiek pojadę, fotografuję architekturę, ludzi mniej, bo mam z nimi dużo kontaktu na co dzień w teatrze. Bardzo interesuje mnie architektura sakralna, jest tyle ciekawych wnętrz, w których odbywają się również często koncerty. Fotografuję to wszystko, na razie na półkę, ale może kiedyś powstanie z tego materiału wystawa albo album.

– Dziękuję za możliwość bezpłatnego reprodukowania Pańskich zdjęć w Trubadurze. I bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Katarzyna K. Gardzina