Trubadur 3(20)/2001  

Einige von ihnen kennt ihre gefühle nicht, die bewegenden entscheidungen sind oft einzigartig. Local time by a man in the 50s who lives nearby Koupéla disulfiram online kaufen and who wanted to remain anonymous. It is called the nist cybersecurity framework - it is a guide that is easy to follow.

Generic nolvadex (generic drug nolvadex) is the brand name of the drug, which is a prescription medicine that is used to improve the sexual performance and to treat erectile dysfunction. The indian team won the match with a lead of 3/0 Shujālpur as they scored 100 runs in their first innings. Drug interactions and how to protect yourself from them and the problems they cause are covered at levitra dosage, drug interactions, pregnancy and levitra uses.

The dapoxetine fda approval 2018 is an in vivo and in vitro study which was published in the u.s.dapoxetin for the treatment of bipolar disorder in two human trials. But there are glycomet 250 price Valvedditturai some that do not have access to drugs. A study in the british journal of hereditary cancer reported that a.

Traviata Montserrat Caballé
Tak, jak chciał Verdi

Zainspirowany artykułem Pani Jadwigi Piller, mówiącym o filmowej wersji Traviaty Franco Zeffirellego z piękną Teresą Stratas i wspaniałym Plácidem Domingo, zamieszczonym w poprzednim numerze Trubadura, postanowiłem napisać kilka słów o innym interesującym nagraniu tej opery.

Jak wiadomo, Traviata Giuseppe Verdiego jest po dzień dzisiejszy operą chętnie wystawianą przez teatry całego świata i nagrywaną przez renomowane wytwórnie płytowe. Powodzenie dzieła wielkiego Włocha sprawia, że wolą one wyprodukować kolejną wersję Traviaty niż operę mniej znaną, choć „równie wartościową” (jeśli można to tak ująć). O tytułowej roli śnią śpiewaczki na całym świecie, gdyż opera Verdiego zawiera wspaniałą partię dla primadonny. Tak też często bywa, że pisząc o przedstawieniu lub nagraniu Traviaty pisze się przede wszystkim o partii Violetty. Jest to być może rzeczywiście niesprawiedliwość, niemniej jednak spowodowana w dużej mierze magią roli. W poniższym omówieniu będzie podobnie, a argumentem obronnym – obok uwodzicielskiego uroku opisywanej partii – będzie także uroda głosu i osobowość odtwórczyni głównej roli.

Mam przyjemność polecić Państwu jedno z najpiękniejszych nagrań Traviaty w historii fonografii. Ma ono wiele zalet, z ważniejszych między innymi tę, że zawiera kompletną wersję opery (z finałem I sceny II aktu). To niewątpliwie pozycja interesująca dla wielbicieli muzyki Verdiego. W roli tytułowej słyszymy jedną z największych sopranistek świata w towarzystwie znakomitych gwiazd, równie wielkiego dyrygenta oraz renomowanej (wówczas jeszcze) orkiestry i chóru. To także jedno z niewielu nagrań, w których duch teatru został przeniesiony do studia, co zresztą nie przeszkodziło w precyzyjnym poprowadzeniu całości.

Mam na myśli nagranie pochodzące z roku 1967, które zarejestrowane zostało w Rzymie przez wytwórnię płytową RCA z udziałem wielkiej primadonny hiszpańskiej Montserrat Caballé, wspaniale kreującej postać paryskiej kurtyzany. Obok niej Carlo Bergonzi jako zakochany Alfred oraz interesujący Sherrill Milnes jako Giorgio Germont. Georges Pretre dyryguje precyzyjnie, a jednocześnie z wyobraźnią, co sprawia, że tak wiele w tym wykonaniu poezji i blasku.

Caballé śpiewała Traviatę wielokrotnie, jeszcze w okresie przed legendarnym debiutem w Carnegie Hall w Lukrecji Borgii Gaetano Donizettiego (1965). Partią Violetty Valéry zadebiutowała również na scenie Covent Garden w roku 1972. Krytycy wielokrotnie wysuwali zastrzeżenia (które uważam w znacznej mierze za co najmniej przesadzone), co do wyglądu zewnętrznego i umiejętności aktorskich śpiewaczki. Przy Traviacie przybierały one na sile, z uwagi na szczególny charakter postaci paryskiej kurtyzany, bo oto na scenie przedstawiona zostaje młoda, piękna i zaledwie dwudziestokilkuletnia kobieta, śmiertelnie chora na suchoty. Uważano, że fizycznie i aktorsko hiszpańska primadonna nie spełnia oczekiwań, chociaż jak zauważano nieco na marginesie (niestety!) śpiewała jak anioł, co przytoczył niegdyś w jednym z artykułów Piotr Nędzyński. Należy pamiętać jednak o tym, że Montserrat Caballé jest niewątpliwie wielką primadonną, jedną z największych osobowości teatru XX wieku i nikt nie jest w stanie zakwestionować jej nieprzeciętnych osiągnięć.

Niemniej jednak uprzedzenia i nieprzychylne uwagi kierowane pod adresem śpiewaczki i jej scenicznej kreacji wywarły widocznie jakiś wpływ na odbiorców dzieła sztuki, jakim jest niewątpliwie omawiane nagranie. Nasuwa mi się nawet śmiałe przypuszczenie, że może nasze uprzedzenia nie odbiegają zbyt daleko od tych, które kazały premierowej publiczności „zlinczować” dzieło wielkiego Verdiego. Rozmawiałem kiedyś z zaprzyjaźnioną właścicielką sklepu muzycznego na ten temat, zauważyła ona, że klienci raczej nie sięgają po tę wersję Traviaty; jeśli kupują nagranie Caballé, to jest to przeważnie któraś z jej głośnych kreacji płytowych, jak np. Lucrezia Borgia (RCA), która przyniosła jej sławę, Norma Vincenzo Belliniego (RCA), pozostająca koronną rolą sceniczną wielkiej divy lub Aida Verdiego (EMI), kreacja rzeczywiście wyjątkowa w jej dyskografii. Jeżeli z kolei kupują Traviatę, zwykle są to nagrania z Joan Sutherland (DECCA), Marią Callas (EMI) lub Anną Moffo (RCA). Te spostrzeżenia generalnie pokrywają się z moimi obserwacjami.

To, co można powiedzieć o kreacji stworzonej przez Caballé, nie będzie z pewnością niczym odkrywczym, przynajmniej w zestawieniu z entuzjastycznymi recenzjami innych jej nagrań. Słuchając tego nagrania od początku wiadomo, że mamy do czynienia z primadonną i ona też od początku do końca pozostaje gwiazdą nagrania. Śpiewaczka swobodnie porusza się po krętych schodach, łączących trzy kondygnacje architektoniczne dramatu Verdiego. Bywa delikatna i wrażliwa, ale jednocześnie skupiona, kontrolująca swoje uczucia, subtelna, skoncentrowana, przy tym bardzo muzykalna, precyzyjna i uważna, wokalnie po prostu doskonała. Sięga swobodnie nie tylko po kunsztowne formy muzycznej ekspresji, lecz niemal każdemu dźwiękowi nadaje indywidualne zabarwienie emocjonalne. Dramatyczna prezencja natomiast sprawia, że Traviata jej jest niezwykle teatralna, emocjonalna, stanowi studium ludzkiej rozpaczy. Dodając do tych superlatyw bezwzględne posłuszeństwo woli włoskiego kompozytora, otrzymujemy interpretację jednocześnie subtelnie liryczną i wstrząsającą siłą dramatyzmu, może właśnie taką, jakiej życzyłby sobie on sam.

W akcie I Violetta Caballé pozostaje pogodna, mimo że przecież dotkliwie posiniaczona psychicznie. Życie, które wiodła do tej pory, zaczyna okazywać się destrukcyjne. Rozpacz ledwo dostrzegalna w głosie heroiny kreowanej przez Caballé jest mimo to czytelna, nie ma w tej interpretacji nerwowego miotania się w próbach pokazania bólu, jest natomiast pogodzenie się z odchodzącym czasem młodości. Swoboda w koloraturach i legendarne niebiańskie pianissima sprawiają wrażenie, że śpiewaczka urodziła się po to, by nosić kostium nieszczęsnej bohaterki, która w jej interpretacji pochodzi nie tylko z opery Verdiego, ale także ze smutnej opowieści Aleksandra Dumasa (syna) i teatru legendarnej Sary Bernhardt. Swobodne przechodzenie na kolejne wysokie dźwięki cabaletty to znamię najwyższego kunsztu i wykładnia nieskazitelnej techniki wokalnej, wspomaganej jednak nie brawurą, lecz uczuciem. Jeśli idzie o aktorstwo wokalne, to dla mnie największym sprawdzianem umiejętności śpiewaczki jest fragment z listem (Dammi tu forza, o cielo… akt II, sc. I). Dla mnie Traviata bez tej sceny po prostu nie istnieje. Nie ma chyba na płytach drugiej tak pięknej i jednocześnie równie smutnej, tchnącej rozpaczą i rezygnacją sceny, każdy dźwięk brzmi w niej jak poemat. A przecież ta scena jest zaledwie chwilą, klejnotem śpiewu w kosztownej oprawie muzyki Verdiego, która wybucha w miłosnym żarze gorączkowego uniesienia, gdy w chwilę potem Violetta krzyczy niemal:... amami Alfredo. Scena ta jest momentem kluczowym dramatu, przynajmniej tego stworzonego przez hiszpańską primadonnę. Subtelnie a zarazem precyzyjnie zaśpiewana aria Addio del passato… jest perłą sztuki bel canta i tak też została odczytana przez Caballé. Dramat i śmierć z aktu III są wyraziste i jaskrawe, jednoznaczne i nieodwołalne, a jednak budzące nadzieję na inne, lepsze życie (przepięknie zaśpiewana scena z medalionem!).

Śpiew Bergonziego i Milnesa wydaje się być w tym momencie (zwłaszcza w finale aktu III) zbyt energiczny. Zapewne zależało odtwórcom na ukazaniu kontrastu pomiędzy głosem gasnącej Violetty, a pełnią sił Alfreda i dojrzałością Germonta, niemniej jednak nie da się zbudować takiego kontrastu wyłącznie poprzez śpiewanie głośniej lub ciszej. Zwłaszcza Bergonziemu zdarza się kilka takich miejsc, lecz jest to niewątpliwie atrakcyjny śpiewak, chociaż reprezentuje jeszcze zupełnie inną szkołę śpiewu, i mimo że nie tworzy kreacji na miarę historyczną, to jednak słucha się go z przyjemnością. Oba duety miłosne (z I i III aktu) z jego udziałem wypadają bezbłędnie. Trudno jednak jednoznacznie ocenić jego wysiłki, można mieć wątpliwości, czy nie chodzi w interpretacji Włocha jedynie o wszystkie nuty na swoim miejscu. Milnes z kolei, mimo że zawsze był dobrym śpiewakiem, miewał lepsze momenty w swej karierze (także te zarejestrowane w studio). Moim zdaniem interpretacyjnie (bo głosowo jest jak zawsze w formie) zdecydowanie ciekawiej wypada w swoim późniejszym nagraniu z Ileaną Cotrubas i Plácidem Domingiem (DG). W nagraniu RCA chwilami po prostu sprawia wrażenie, jakby czuł się „jak Amerykanin w Paryżu”. Niemniej jednak pod dyrekcją Pretre’a ich głosy lśnią, podobnie jak głosy reszty solistów. Dyrygent przełamuje chwilami konwencję zamykającą Traviatę w wąskich ramach opery kameralnej, sprawiając, że na płytach słyszymy dramat upadku człowieka, zupełnie wyjątkowy nie tylko z uwagi na swą specyficzną budowę, której architekturę dyrygent wyzyskał do końca. Podkreślając gatunkowe wręcz różnice pomiędzy kolejnymi aktami opery nadał jej wymiar dzieła o szczególnym, odbiegającym nieco od wyobrażeń, wymiarze. Warto zwrócić uwagę na emocjonalne, bardzo osobiste, wzruszające wykonanie uwertury i pełne energii i wdzięku prowadzenie orkiestry w scenie balu u Flory (scena II, akt II).

Na koniec warto wspomnieć także o kilku nagraniach pirackich Traviaty z udziałem wielkiej Caballé (bo wszyscy zgodzą się chyba co do tego, że w tej operze o primadonnę idzie przede wszystkim). W swym Przewodniku płytowym Janusz Łętowski anonsuje, że istnieje kilka wersji [Traviaty przyp. aut.] Tebaldi, kilka Moffo, kilka Caballé (z lat 60)… W tym miejscu wypada zamieścić krótkie sprostowanie. Znane są co najmniej trzy pirackie wersje Traviaty z hiszpańską divą w roli Violetty. Przytaczam je za biografami śpiewaczki (Robertem Pullenem i Stephenem Taylorem), którzy zamieścili je w publikacji pt.: Montserrat Caballé, Casta Diva (Londyn 1996). Są to zatem nagrania: z Dallas z roku 1965, zarejestrowane już po nowojorskim debiucie w Lukrecji Borgii, wydane jak dotąd tylko na LP (MELODRAM), z Londynu (FOYER), nagrane w roku 1972, ukazało się także na CD, oraz z Filadelfii z roku 1973 (również MELODRAM), także CD, które może być ciekawe również dla wielbicieli młodzieńczego wdzięku José Carrerasa. Są to niewątpliwie pozycje interesujące i to nie tylko dla wielbicieli sztuki wielkiej Hiszpanki, ale także dla miłośników Verdiego, ponieważ Montserrat Caballé jest jedną z najświetniejszych interpretatorek partii z jego oper.

Polecając Państwu tę wartościową pozycję, chciałbym zaznaczyć również i to, że nagranie to dla mnie na zawsze pozostanie interpretacją nadzwyczajną. Pozostawia ono w duszy słuchacza obok uczucia katharsis, przypisanego teatrowi już w starożytności przez Arystotelesa, ów charakterystyczny dla muzyki Verdiego, a zarazem trudny do uchwycenia, rys niepowtarzalności przeżywanej chwili. Moim zdaniem, jest to chyba jedno z najpiękniejszych przeżyć, jakich dostarczył nam teatr operowy XX wieku. Zastanawiające, jak brzmi ono na progu nowego tysiąclecia, w którym czasami trudno czuć się inaczej, niż jak gdyby wszystkie triumfy sztuki operowej pozostały w świetnej przeszłości królowej sztuk.

  • Giuseppe Verdi – La Traviata – Montserrat Caballé, Carlo Bergonzi, Sherrill Milnes, RCA Italiana Opera Orchestra and Chorus, Georges Pretre – conductor, June 1967, Rome RCA 2 CD. RD86180 (2)

  • Damian Sowa