Trubadur 4(21)/2001  

Eugeniusz Oniegin w Opernhaus w Grazu

Mariusz Kwiecień jako FigaroWielkie gwiazdy opery posiadają magiczną moc. Polega ona na przyciąganiu do siebie tych, którzy pragną bezpośredniego kontaktu ze sztuką. Tak było zawsze, tak jest i teraz. Polski baryton młodego pokolenia Mariusz Kwiecień na światowym nieboskłonie gwiazd opery świeci pełnym blaskiem. W krótkiej karierze śpiewał już przed publicznością obu Ameryk, Azji i oczywiście Europy. Jest gwarancją wysokiego poziomu artystycznego. Swoimi wokalno-aktorskimi kreacjami potrafi w takim samym stopniu elektryzować publiczność, co i wybredną krytykę muzyczną. Z tego powodu 6 października 2001 roku zjawiłem się w austriackim mieście Graz na premierze Eugeniusza Oniegina Czajkowskiego.

Stolica Styrii ze względu na piękną architekturę zachwyca oko turysty. Podobnie jak stojący na skraju parku Opernhaus, dodatkowo zniewalający urokiem barokowych wnętrz, urządzonych ze smakiem. W tym miejscu miała miejsce najnowsza produkcja Scen lirycznych Piotra Iljicza. Realizatorzy przedstawienia w równym stopniu położyli nacisk na muzyczną i aktorską stronę spektaklu, ponadto świetnie ukazali dynamikę procesów uczuciowych w sercach głównych bohaterów. Pomocna dla realizacji takich zamierzeń okazała się ascetyczna oprawa scenograficzna ograniczająca się do minimalnych, choć niezbędnych rekwizytów, takich jak krzesło, ławka, biurko, łóżko… W tej sytuacji ważną rolę odegrała wyborna gra świateł, ilustracyjnie zespolona z rozlewnymi frazami muzyki płynącej z orkiestronu. Inscenizator, Stein Winge, łącząc do przerwy pierwsze cztery sceny spotęgował logiczny tok zdarzeń kolejno po sobie następujących.

Umiejętność połączenia obrazów widać np. w scenie pojedynku. Przybywają tam dworzanie poprzednio uczestniczący w przyjęciu u Łariny. Przecież tam byli świadkami konfliktu, lecz są już w kostiumach (komplementy dla Sabine Böing) przygotowanych do balu u księcia Gremina w Petersburgu. Ten element sygnalizuje to, co nastąpi. Z podobną konsekwencją została przedstawiona scena pisania listu. Podczas gdy Tatiana na proscenium przeżywa miłosne uniesienia, adresat korespondencji jest na końcu sceny, w tle. Siedzący w fotelu, nerwowo chodzący lub bijący głową o ścianę tytułowy bohater zdradza wewnętrzny niepokój, wydaje się człowiekiem myślącym, żywym i odczuwającym, jak wszyscy ludzie. Może dlatego tam Filipiewna wręcza mu list, po czym Oniegin zamiast w ogrodzie, natychmiast zjawia się w buduarze Łarinówny. I jest to godna podziwu konstrukcja – tam, gdzie było to możliwe, akcji rozgrywającej się na pierwszym planie towarzyszył plan drugi, ilustrujący sens poszczególnych działań, myśli i dążeń. Reżyser, budując akcję sceniczną, nakazał widzom wnikać w złożoność psychiki przedstawianych postaci, ich dramatów, z którymi publiczność potrafiła się utożsamiać.

Reżyserskie podejście do duchowych przeżyć bohaterów pozostało w zgodzie z muzyką Czajkowskiego. Nad nią czuwał młody i wielce utalentowany dyrygent Philippe Jordan. Daleki od zniekształconego tradycją wykonawczą sentymentalizmu znakomicie operował dynamiką utworu. Tym samym przybliżył słuchaczom własną wizję rosyjskiego folkloru. Plastycznie i z wyczuciem dźwiękami orkiestry malował atmosferę poszczególnych obrazów. Z niezwykłą delikatnością formował każdą frazę muzyczną, jednocześnie współpracując ze śpiewakami. Idealnie w miejscach licznych fermat przewidywał, jak Tatiana i Oniegin chcą je zaśpiewać. W żadnym przypadku interpretacji Jordana nie można posądzić o powierzchowną wirtuozerię. Była autentyczna, poparta głęboko przemyślaną fantazją i młodzieńczym polotem. Miała związek z młodością Tatiany, Olgi, Leńskiego i Oniegina!

Dobrze śpiewał chór, który przygotował Matthias Kohler. Lecz jak to zwykle bywa, główną uwagę skupiali na sobie soliści, niemal wszyscy debiutujący w swych rolach. Gruzinka Tamar Iveri jako Tatiana swobodnie i z wielkim wdziękiem prowadziła głos, słodkim brzmieniem od początku ujmująco rysowała melancholijne uczucia. Stopniowo, nie tracąc przy tym młodzieńczej świeżości, wzmacniała je pierwiastkiem koniecznego dramatyznu. Wyjątkowe natężenie ekspresji osiągnęła od słów: Woobrazi: ja zdies adna, nikto mienia nie panimajet, rassudok moj izniemogajet i mołcza gibnut' ja dołżna. Także w finałowym duecie z Onieginem wstrząsała wiarygodnością i wyrazistością, zdobywając spory aplauz. Poza tym Iveri jest śliczną kobietą, co wzbogacało jej grę nacechowaną osobistym zaangażowaniem do spraw poruszanych w libretcie. Anna Kiknadze, sceniczna Olga, również pochodzi z Gruzji. Jest znana w Warszawie, gdzie na IV Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. St. Moniuszki została uhonorowana III nagrodą. Ze zwiewnością wcieliła się w młodą ziemiankę radośnie śpiewając arioso Wzdychat, wzdychat… Występujące w epizodycznych rolach Clarie Powel (Łarina) i Diane Pilcher (Filipiewna) udowodniły, że są artystkami wysokiej klasy. Will Hartmann, niemiecki tenor (dawniej baryton), z powodzeniem zagrał i zaśpiewał partię Leńskiego. Ale podobnie jak Karl-Heniz Lehner (Gremin) i Herwig Pecoraro (Triquet) nie spełnił pokładanych oczekiwań. Kompozytor stworzył nieograniczone możliwości wyrazowe przynajmniej w ariach każdego z nich, lecz śpiewacy nie wykorzystali swoich szans.

W odróżnieniu od często spotykanego eksponowania Tatiany jako głównej postaci opery, reżyser Winge na plan pierwszy wysunął Oniegina, nie tylko tytułową, ale i czołową osobę spektaklu. Było to nie tyle odkrywcze, co trafne posunięcie. W niemieckich leksykonach tego rodzaju partie określane są „gatunkowo” jako Kavalier Bariton i właśnie dla takiego głosu partia Oniegina została napisana. Partię tytułową – w imponującym stylu – kreował polski baryton, Mariusz Kwiecień, finalista II edycji moniuszkowskiego konkursu. Młody Polak posiada średniej wielkości głos, ale gęsty i dobrze skupiony we wszystkich rejestrach. Kwiecień był ozdobą premierowego przedstawienia. Podczas budowania psychicznie skomplikowanej postaci tytułowego bohatera zachwycał barwą pięknego głosu, nośnym dźwiękiem oraz dojrzałością emocjonalną. Oddalony od standardów interpretacyjnych wprost urzekał zadziwiającą elegancją wokalną, której najistotniejszą cechą była przejrzystość barw i odcieni głosu, którym rysował bogactwo nastrojów zmieniających się kolejno scen i obrazów. Na przykład już w słowach: Wy mnie pisali pozwolił przewidzieć, co później nastąpi. Delikatnie podany tekst Ja was ljublju ljuboju brata stał się nagle momentem kulminacyjnym, rozdzierającym serce Tatiany. Każdy takt, każda fraza została tak precyzyjnie przez Kwietnia dopracowana, że na widowni nie było wątpliwości, że mamy do czynienia z wielką sztuką. Perfekcyjnie rozłożone akcenty w recytatywach zbliżały głos do deklamacji. Dzięki zrównoważonemu, soczystemu i plastycznemu brzmieniu kunsztownie zaśpiewał arię, podobnie w misternie wykonanych duetach dał popis wysokiej klasy. Każda nuta odznaczała się czystością intonacyjną i pełnym blaskiem. Człowieczeństwo Oniegina rzeźbił nie tylko głosem, lecz i prostymi środkami aktorskimi. Mimo to wyrafinowanymi, choćby z uwagi na obraz śmierci Leńskiego. Wywarł wstrząsające wrażenie tuląc w ramionach przyjaciela i wynosząc go konającego w konwulsjach ze sceny. Mariusz Kwiecień przy mistrzowsko opanowanym warsztacie aktorskim, realizowanym z idealną spójnością wokalną posiadł rzadko spotykaną umiejętność pokazywania bardziej tego, co grana postać czuje, niż co robi. I jest to niezawodny sposób na zdobycie aplauzu widowni. Nawet jeśli przez librecistę sama postać została nakreślona jako negatywna.

Mariusz Kwiecień swoją kreacją Oniegina wywołał niekłamany zachwyt publiczności i gromkie brawa. Po przedstawieniu były uśmiechy, komplementy, autografy. Artysta do północy przyjmował gratulacje i rozmawiał z entuzjastycznie usposobionymi widzami. Wśród wielu gratulujących zauważyłem takie znakomitości, jak Ileana Cotrubas, dyrektorzy Wiener Staatsoper, Covent Garden, Festiwalu w Salzburgu i… melomani z Warszawy. Wszyscy przyjechali do stolicy Styrii, aby być świadkami artystycznego wydarzenia. I nie zawiedli się.

Wilfried Górny