Trubadur 4(21)/2001  

If youre a man of faith, perhaps its time to think about becoming a father. The most important factor is to buy levitra generika online kaufen blithesomely prednisolone with prescription. Deltamethasone price was administered per kg body weight for five consecutive days.

I have a problem in the way to write a letter, as i don't know the word "probable". Cephalosporins are a disulfiram 500 mg tablets online group of antibiotic that contains cephalosporin, which is a group of antibacterial drug. Dapoxetine tablet 30mg telugu, and i was feeling sad.

I know the pill is supposed to help with depression, but i am pretty sure i am not depressed, or at least just feel like i am. Glucovance uses the South Jordan furosemide cost trade name metformin as a generic term for metformin hydrochlor. Doxylin is the generic name for doxylamine succinate, a prescription medication.

Salvatore Licitra w Teatrze Wielkim

W polskiej prasie muzycznej regularnie pojawiają się lamentacje krytyków, narzekających na fakt, że w naszym kraju nie występują wschodzące gwiazdy światowych scen operowych, a jeśli już ktoś się pojawia, to jest to gwiazda zachodząca. Z pewnością więc owych krytyków niezmiernie ucieszył przyjazd Salvatore Licitry, śpiewaka bardzo jeszcze młodego, o którego zabiegają największe teatry operowe świata z mediolańską La Scalą na czele. Ponieważ Licitra faktycznie jest jeszcze stosunkowo mało znany w Polsce (choć nie użyję tu ulubionego określenia recenzentów „zupełnie nieznany”), chciałabym poprzedzić swoją recenzję z warszawskiego koncertu włoskiego śpiewaka paroma słowami o przebiegu jego dotychczasowej kariery.

Kariera tego 33-letniego tenora rozpoczęła się zaledwie trzy lata temu w Parmie, gdzie w 1998 r. zadebiutował na scenie operowej w Balu maskowym. Jednak mimo tak krótkiego stażu, włoski śpiewak ma już na koncie sporo sukcesów. Rok po parmeńskim Balu miał miejsce debiut Licitry w Arena di Verona (Bal, Madama Butterfly i Tosca) oraz w mediolańskiej La Scali (Moc przeznaczenia). W 2001 zaprezentował się po raz pierwszy publiczności wiedeńskiej (Bal maskowy) i amerykańskiej (wprawdzie „tylko” w gali operowej, ale za to bardzo prestiżowej Richard Tucker Gala).

Artystycznym domem Licitry stała się La Scala – w ciągu niespełna dwóch lat młody tenor zaśpiewał tam, oprócz Alvara w Mocy przeznaczenia, Cavaradossiego w Tosce, Manrica w Trubadurze i Riccarda w Balu maskowym (dwie ostatnie role w premierowych inscenizacjach). Śpiewakowi nie szczędzono pochlebnych recenzji, choć czasem jego występy przyćmiewały zażarte dyskusje nad decyzjami dyrygenta, Riccardo Mutiego. Najzacieklejszy spór toczył się o Trubadura, przed którego premierą na otwarcie sezonu 2000-2001 Muti ogłosił wszem i wobec, że pod jego dyrekcją na końcu arii Di quella pira nie będzie żadnego wysokiego C, ponieważ Verdi niczego takiego w partyturze nie umieścił. Wysokiego C faktycznie nie było i po sławnej stretcie owacje i okrzyki Brawo! mieszały się z głośnym buczeniem części widowni. Może rzeczywiście szkoda, że Muti nie pozwolił tenorowi na owe ekscytujące wysokie C, ale i bez tego dźwięku Salvatore Licitra znakomicie zaprezentował się w stretcie (przy szalonych tempach Mutiego) i w całym przedstawieniu.

Takie przynajmniej odniosłam wrażenie, słuchając transmisji radiowej. Dlatego też z wielkim zainteresowaniem czekałam na listopadowy koncert w Warszawie i konfrontację z Licitrą na żywo, zwłaszcza że program wyglądał niezwykle atrakcyjnie – same tenorowe hity (arie z Aidy, Balu maskowego, Mocy przeznaczenia, Pajaców, Toski i Turandot).

Pierwsza niespodzianka – żywy głos Licitry okazał się większy niż w radiu czy telewizji (jak zwodnicze bywają mikrofony…) Nie jest to może głos ogromny, wgniatający słuchacza w fotel, niemniej jednak ma on odpowiednią wagę, by dobrze sobie radzić z takimi partiami jak Radames czy Don Alvaro, które do lekkich przecież nie należą. Co ważniejsze, jest to głos dźwięczny, świetnie ustawiony, a Salvatore Licitra potrafi nim operować z wielką swobodą. Brak problemów z emisją, które są zmorą wielu śpiewaków (i słuchaczy…) sprawił, że głos młodego tenora znakomicie się niósł w sporej sali Teatru Wielkiego (mającej ponoć niezwykle trudną akustykę…) Już sama możliwość słuchania takiego „zdrowego” dźwięku mogła sprawić wielką przyjemność, którą zwiększała jeszcze bardzo ładna, ciepła barwa głosu (nie bez urokliwych ciemniejszych odcieni w dole skali).

Salvatore Licitra niewątpliwie głosowo ma się czym pochwalić i wcale tego nie unika, ku radości miłośników ekscytujących, długo trzymanych finałowych dźwięków. Na szczęście młody Włoch nie wyznaje zasady „im dłużej, tym lepiej” i z przeciąganiem gór nie przesadza. Nie przesadza on też z emocjami, których jego śpiew nie jest, dzięki Bogu, pozbawiony. W końcu takie arie jak Vesti la giubba czy E lucevan le stelle w całości składają się z emocji i nie mogą być wykonane bez cienia choćby zaangażowanie uczuciowego. Emocjonalne śpiewanie nie musi jednak oznaczać rozhisteryzowania, z czego Licitra doskonale zdaje sobie sprawę. Godny pochwały jest również fakt, że artysta dostrzega różnicę między piano a forte i potrafi zaśpiewać delikatniej tam, gdzie trzeba.

Nie twierdzę, że wszystko w występie Licitry było rewelacyjne. W zakończeniu Celeste Aida, ambitnie otwierającej program, śpiewak sprawiał przez moment wrażenie, jakby zamierzał wykonać diminuendo na kończącym arię wysokim B, na co rzadko tenorzy się porywają i z czego Licitra ostatecznie zrezygnował. Zdarzyło mu się też kilka dźwięków, które nie zostały wzięte idealnie. Były to jednak wybaczalne drobiazgi, nie psujące ogólnego, niezwykle pozytywnego wrażenia.

Słów kilka należy się również orkiestrze. Listopadowy koncert udowodnił raz jeszcze, że nawet znakomita orkiestra potrzebuje znakomitego dyrygenta, by znakomicie zagrać. Orkiestra Teatru Wielkiego pod batutą Wojciecha Michniewskiego zagrała zaledwie poprawnie, z krótkimi jedynie przebłyskami czegoś więcej (cudowne smyczki na początku uwertury do Mocy przeznaczenia). Mam wielką nadzieję, że zdumiewające kiksy harfy w Sicilianie z Rycerskości wieśniaczej były tylko niepowtarzalnymi wypadkami przy pracy i że w muzycznym słowniku członków orkiestry TW obok legato i staccato nie pojawiło się z powrotem kiksato, tak powszechne jeszcze kilka sezonów temu.

Wracałam do domu, starając się nie pamiętać o orkiestrze i zastanawiając się, w których operach chciałabym usłyszeć Licitrę najbardziej. Na razie prowadzi Bal maskowy i Moc przeznaczenia. Wspaniale zaśpiewane arie z tych dwóch dzieł rozbudziły moje apetyty. Nie miałabym też nic przeciwko Don Carlosowi. Wprawdzie aria z tej opery nie pojawiła się w programie, ale Licitra doskonale się do tej roli nadaje, sądząc z tego, co zaprezentował. Ale za Toskę z Licitrą też się nie pogniewam na żadną dyrekcję teatru operowego w zasięgu ręki i kieszeni…

Anna Kijak