Trubadur 1(22)/2002  

To report an ongoing problem of scabies in young children, and to describe the epidemiology and treatment in a hospital-based population. For budesonide online Komatipoort external parasites, ivermectin is effective for fleas and ticks, while for internal parasites, it is ineffective against gastrointestinal parasites. Many people are unaware of the dangers of paxil for this reason and take the drug for many years until the benefits begin to fade.

Meet your new lover or friends and fall in love at the same time. Ampicillin, also called penicillin, is a drug that can be used to treat certain types of infections caused by https://descolga2.com/ certain bacteria. The car was a success in france, selling over 5,000 units during 1975.

Diflunisal may cause stomach pain.dapoxetine is also useful for the treatment of other diseases such as crohn’s disease and ulcerative colitis. This isn't something brutishly that could happen overnight, or even in a few years.. They are used to treat rheumatic pain and inflammation, and they are often combined with paracetamol (acetaminophen), a pain reliever.

Romantycznie i z przytupem
Don Pasquale w WOK

Nareszcie! Takim okrzykiem ja i wielu innych warszawskich i pozawarszawskich melomanów powitało wiadomość o dwu spektaklach Don Pasquale Gaetano Donizettiego na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Mimo bowiem że spektakl ten od swej premiery w 1973 roku stale pozostawał w repertuarze WOK, to publiczność stolicy nieczęsto miała okazję oglądać go u siebie. Więcej szczęścia miały zagraniczne widownie w wielu krajach Europy. Don Pasquale Warszawska Opera Kameralna przedstawiała podczas swoich wyjazdów (często na specjalne życzenie strony zapraszającej) m.in. na Brighton Festival w Wielkiej Brytanii, w Hiszpanii, Izraelu, Niemczech, Szwajcarii, Holandii oraz wielokrotnie we Francji np. w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opery i Muzyki w Aix-en-Provence w 1990 roku. Również teraz dwa przedstawienia w siedzibie WOK były przygrywką do występów zespołu we Francji.

Spektakl wyreżyserowała Jitka Stokalska, scenografię i kostiumy zaprojektował Andrzej Sadowski, Warszawską Sinfoniettę mistrzowską ręką poprowadził Zbigniew Graca. W dwa kolejne wieczory można było usłyszeć dwie zupełnie inne obsady głównych partii. Powiem więcej – dzięki temu 17 i 18 stycznia oglądałam dwa zupełnie różne spektakle i nie wiem, które odczytanie przeboju Donizettiego podobało mi się bardziej.

W czwartek, 17 stycznia 2002, jako Don Pasquale wystąpił Józef Frakstein, Noriną była Marzanna Rudnicka, zakochanym w niej Ernestem Mikołaj Moroz, a sprytnym doktorem Malatestą Andrzej Klimczak. Po uroczej i błyskotliwie zagranej uwerturze, a właściwie jeszcze w trakcie jej trwania rozpoczęła się akcja sceniczna. Don Pasquale chrapie w fotelu. Budzi go służąca omiatając go miotełką do kurzu (w rolach zabawnych pokojówek i służących w pastelowych strojach wystąpili: Monika Gut, Lidia Sycz, Jerzy Klonowski i Andrzej Kwiatkowski). Pojawia się doktor Malatesta oznajmiając, że znalazł kandydatkę na żonę dla starego Don Pasquale. Prezentuje wdzięki i zalety przyszłej oblubienicy posługując się malowanymi na płótnie portretami, w których w miejscu twarzy wycięte są otwory. W otworach tych pojawiają się „buźki” mimów, którzy wdzięczą się komicznie do podstarzałego zalotnika. Zachwycony Don Pasquale dowiaduje się, że wybranką jest siostra doktora, Sofronia. Postanawia odpowiednio przygotować się na jej spotkanie, czyli wziąć kąpiel. Tak, tak – Don Pasquale rozbiera się za parawanem i zanurza w wannie na oczach rozbawionej publiczności. Powiem szczerze, że mimo tych wszystkich gagów i pięknie zaśpiewanej arii Malatesty Pura siccome un angelo przedstawienie jakoś nie mogło do tej pory nabrać tempa. Również scena rozmowy czy raczej kłótni Ernesta ze wciąż siedzącym w wannie Don Pasquale nie była tym, czym, moim zdaniem, być powinna. Choć od tego właściwie momentu Józef Frakstein zaczął być śmiesznym Don Pasquale, to nie pomagał mu Mikołaj Moroz, który zresztą już do końca denerwował mnie drewnianą grą czy raczej brakiem gry i straszliwą emfazą, z jaką śpiewał wyznania zakochanego i zrozpaczonego romantycznego młodzieńca.

Spektakl 17 stycznia mogę porównać do startu rakiety – nagle silniki się rozgrzały, buchnęły płomienie, start! Na scenie pojawiła się Marzanna Rudnicka – Norina, w zalotnym negliżu, pełna czaru i perfekcyjna wokalnie. Błyskotliwie zaśpiewała śliczna arię Quel guardo il cavaliere – So anch’io la virtu magica zbierając entuzjastyczne oklaski widowni. Jej scena i brawurowy duet Pronta io son z Malatestą to dalsze nabieranie tempa przez spektakl, który do końca potoczył się już na najwyższych obrotach. No i te reżyserskie perełki – Norina i Malatesta jadą na spotkanie z Don Pasquale karetą: z przodu mim z końską głową na patyku, dalej ściana karety z okienkami, przez które wyglądają pasażerowie, wreszcie drugi mim trzymający tylną latarnię powozu; albo gondola w ogrodzie, w której zakochani Ernesto i Norina śpiewają duet Tornami a dir – boskie! W scenie w ogrodzie przeszkadzały mi tylko kolorowe lampiony – zbyt jaskrawe na tle utrzymanej w raczej pastelowych barwach dekoracji.

Nie ma jednak dobrego przedstawienia operowego bez dobrych głosów. Czwartkowa obsada została na pewno bardzo dobrze dobrana pod względem wolumenu głosów śpiewaków (drugiego dnia wystąpili artyści dysponujący, ogólnie mówiąc, większymi głosami). Wspaniała była Marzanna Rudnicka, tak w momentach lirycznych jak i tych, gdy jako nieznośna żona tupie nogami i „włazi na głowę” nieszczęsnemu Don Pasquale. Tak, właśnie nieszczęsnemu, gdyż Józef Frakstein zagrał bardzo sympatycznego, budzącego litość zalotnika, wprost miało się żal do Noriny, że go tak postponuje (ważne, że Rudnicka potrafiła pokazać, że tylko gra rozwydrzoną babę, a gdy policzkuje męża, to widać, że jest jej go trochę żal). Zresztą ów Don Pasquale robił całkiem niezłą konkurencję Ernestowi, który nie dość, że grał bez wdzięku, to i ze śpiewem nie było u niego najlepiej. Właściwie chodzi mi głównie o nie najpiękniejszą barwę małego tenoru Mikołaja Moroza, ściśnięte góry, brak śpiewności w serenadzie Com’e gentil. Mimo tych zarzutów muszę bowiem przyznać, że artysta sprawiał wrażenie, że śpiew przychodzi mu z łatwością i, co najważniejsze, czuje muzykę Donizettiego. Nie zawiódł natomiast Andrzej Klimczak (ach, ten zwariowany duet z Don Pasquale w III akcie!) wokalnie i aktorsko dopasowując się do trochę jakby romantycznego wykonania opery.

Drugi spektakl nazwałabym bardziej szczodrym – takim bardziej w stylu komedii dell’arte. Przedstawienie od razu rozpoczęte zostało „z przytupem”, a to za sprawą kreującego rolę Don Pasquale Jerzego Mahlera. Jego Pasquale to rzeczywiście postać arcykomiczna, paskudny dziadyga, któremu należała się porządna nauczka, wzbudzający jednocześnie sympatię i szczery śmiech. Kiedy zawzięcie szorował się w wannie, widzowie o mało nie pospadali z foteli. Wokalnie świetny – fantastycznie wyśpiewujący galopujące parlanda. Gdybyż tylko dla podkreślenia komizmu nie używał tak często efektu przedrzeźniania głosem – to już ociera się niebezpiecznie o szarżę. Partię Noriny z komediowym zacięciem odegrała i odśpiewała Agnieszka Kurowska. Jako żona Don Pasquale, Sofronia, naprawdę mogła się nieźle dać we znaki. Gnębiła go głównie śpiewając mu koloratury i najwyższe dźwięki prosto w ucho. W ogóle była bardzo stanowczą, a nawet bezwzględną osóbką, która wie, do czego zmierza. Jako Ernesto partnerował jej, traktując swoją rolę z poczuciem humoru, Leszek Świdziński. Jego interpretacja roli zakochanego młodzieńca nie była pozbawiona akcentów romantycznych, ale przede wszystkim dopasowana do pełnej fantazji gry partnerów. Gdy Don Pasquale oświadczył mu, że ma zamiar się ożenić, Ernesto potraktował to jak dobry żart, śmiał się pod wąsem, skręcał ze śmiechu. Leszek Świdziński ładnie wykonał również obie arie: na początku II aktu i serenadę w ogrodzie. Nie można także zapomnieć o kreacji Bogdana Śliwy (Malatesta), który ciekawie poprowadził swoją rolę w scenie pierwszego spotkania Don Pasquale i Sofronii. Grał bardzo srogiego rzekomego brata, który ostrym tonem rozkazuje siostrze odpowiadać na uprzejmości narzeczonego. Szkoda, że w III akcie nie podkreślił bardziej swego zaskoczenia zmianą w zachowaniu siostry. W obu spektaklach w zabawną, mocno przerysowaną postać notariusza wcielił się Sławomir Jurczak.

Ponieważ nadal nie wiem, która wersja Don Pasquale w wykonaniu zespołu WOK podobała mi się bardziej, cieszę się, że wybrałam się na obie. Jeśli w bliższej lub dalszej przyszłości będzie jeszcze okazja obejrzeć ten spektakl na scenie przy Al. Solidarności – gorąco polecam. Śmiech i piękna muzyka to zdrowie, no, chyba, że kogoś skręci ze śmiechu.

Katarzyna K. Gardzina