Trubadur 2(23)/2002  

The side effects listed above are the most common side effects experienced by priligy patients. The most common side effect of amoxicillin online pharmacy intolerably amoxicillin is nausea, but if you are using amoxicillin for the treatment of tooth infection and tooth pain, then nausea can be avoided by taking amoxicillin with food, which is the easiest way to get rid of toothache with amoxic. This enables healthy oxygen to reach the area which is necessary for you to stay alive.

The bactrim 800 mg dosage used to be in a wide range of antibiotic formulations, including those for use in veterinary medicine. When symptoms are present, or when a patient has had flonase prescription only previous symptoms, fibromyalgia. Amoxicillin is an antibiotic and is used to treat bacterial infections such as infections of the respiratory system, skin and urinary tract.

The treatment in question was recommended for the woman on the basis of her existing medical history, the symptoms she had been experiencing, and her lab reports. It also includes all of the information that you terbinafine plus cream price Matoury might have been looking for. We advise you to contact the recipient of such mail or visit the person's website to determine that consent.

Drugie krakowskie spotkanie „Trubadura”

Po dwóch latach ponownie odbyło się w Krakowie ogólnopolskie spotkanie członków „Trubadura”. Krakowski oddział, skupiający obecnie blisko 30 osób, jest bardzo aktywny, w ciągu kilku lat udało mu się wywalczyć dwie siedziby na miejsca spotkań (Dom Kultury w Nowej Hucie i Dom Kultury na Podgórzu). Krakowscy „Trubadurzy” spotykają się przynajmniej raz w miesiącu, a o tym, czego mogą razem dokonać, przekonaliśmy się 11 i 12 maja.

Chcielibyśmy BARDZO serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy pomogli zrealizować to spotkanie. Dziękujemy Radiu Małopolska, w którym odbyło się sobotnie spotkanie „Trubadura”, Panu Romanowi Hennelowi, w którego galerii Labirynt spotkaliśmy się w niedzielne południe, Pani Katarzynie Woźniak z Działu Marketingu Opery i Operetki w Krakowie za pomoc w zorganizowaniu spotkania w Sali Lustrzanej. Specjalne podziękowania należą się naszym gościom: Pani Monice Swarowskiej-Walawskiej, Pani Ewie Warcie-Śmietanie, Pani Bernadetcie Grembowicz, Panu Jackowi Ozimkowskiemu, Paniom Małgorzacie Śmietanie i Renacie Żełobowskiej. Bardzo wdzięczni jesteśmy też naszym krakowskim przyjaciołom – Pani Małgorzacie Rakowskiej-Kucał (która wszystko wspaniale opracowała, była motorem całego przedsięwzięcia i jego dobrym duchem, zarażała nas wszystkich swoją siłą i optymizmem, a także zorganizowała też nam świetny, bardzo nastrojowy hotel), Panu Jackowi Chodorowskiemu i wszystkim, którzy włączyli się w przygotowanie spotkania.

Spotkanie w Radiu Małopolska

A program, podobnie jak poprzednio, był bardzo intensywny. Krakowiacy postanowili zapewnić nam maksimum atrakcji – od początku do końca zjazdu. Spotkanie zaczęło się o godz. 16.00 w restauracji Radia Małopolska, o 17.00 uczestniczyliśmy w niecodziennym, dwuczęściowym spotkaniu. W części pierwszej krakowscy artyści – Ewa Warta-Śmietana (sopran), Bernedetta Grembowicz (sopran), Jacek Ozimkowski (baryton) z towarzyszeniem pianistki Małgorzaty Śmietany zaprezentowali inscenizowane wykonanie fragmentów dwóch oper Mozarta: Wesela Figara i Don Giovanniego. Prowadzący koncert Jacek Chodorowski opowiadał o śpiewakach, wprowadzał w akcję oper, w których ciąg zabawnych i niezabawnych zdarzeń tworzy intrygę zawiłą i pogmatwaną. Moim zdaniem to właśnie Wesele Figara, a nie, jak się powszechnie uważa, Trubadur jest operą, w której trudno połapać się, o co chodzi. Ewa Warta-Śmietana wcieliła się w postać Zuzanny, Cherubina i Barbariny, Bernadetta Grembowicz była pełną godności Hrabiną i Marceliną, natomiast Jacek Ozimkowski (któremu, jak się potem dowiedzieliśmy, właśnie rodziło się dziecko), był Figarem i Hrabią. Po fragmentach Figara artyści przedstawili fragmenty Don Giovanniego. Śpiewacy wcielali się w postacie, przebierali się, była też piękna dekoracja – wnętrze Studia Małopolska zostało przerobione na salon z czasów Beaumarchais’a.

Gdy dwa lata temu spotykaliśmy się w Krakowie po raz pierwszy, pan Jacek Chodorowski debiutował w roli prowadzącego spotkanie. Okazało się, że drugie krakowskie spotkanie „Trubadura” jest już 50. wystąpieniem pana Jacka! Gratulujemy!

Spotkanie z Ewą Wartą-Śmietaną

W drugiej części spotkania Ewa Warta-Śmietana opowiadała Klubowiczom o swoim życiu artystycznym. Jacek Chodorowski pytał, czy wszyscy utalentowani wokaliści po ukończeniu studiów muzycznych muszą wiązać się z teatrem? Czy winno być to regułą w rozwoju artystycznym i jedyną drogą do kariery? Czy bez tego można osiągnąć pozycję na rynku muzycznym, zdobyć popularność i uznanie? Spotkanie z Ewą Wartą-Śmietaną udowadnia, że tak.

Artystka urodziła się w Barlinku na Pomorzu Szczecińskim, wychowała i uczyła w Makowie Podhalańskim. Po ukończeniu szkoły średniej (liceum ekonomiczne) postanowiła podjąć dalsze studia na Akademii Muzycznej w Krakowie. Od razu trafiła w ręce prof. Wojciecha Jana Śmietany, ongiś cenionego artysty Opery Krakowskiej (bas) i śpiewaka estradowego, później znanego pedagoga. To jemu głównie zawdzięcza ustawienie głosu, jego techniczną sprawność i umiejętność doboru repertuaru. Choć oczywiście nie poprzestawała tylko na studiach w macierzystej uczelni, uczestniczyła w wielu kursach doskonalących wokalistów. W latach studiów i jeszcze przez jakiś czas po nich związana była również z Zespołem Pieśni i Tańca Uniwersytetu Jagiellońskiego Słowianki.

W czasie studiów Ewa Warta-Śmietana zetknęła się też ze sceną operową, wykonując partię Zerliny w operze Don Giovanni Mozarta. Od tego czasu zainteresowanie muzyką Mozarta pozostało, artystka opracowała jeszcze dwie inne jego partie (Zuzanna i Bastienne), fragmenty jego oper wykonuje nadal z wielkim powodzeniem. Studia wokalne śpiewaczka ukończyła w 1992 roku. Próby angażu do Opery i Operetki w Krakowie podjęte przez artystkę, nie powiodły się z przyczyn, jak mówi śpiewaczka, nieartystycznych. Propozycji z innych polskich teatrów (a takie były) nie mogła wówczas przyjąć ze względów rodzinnych i osobistych. Postanowiła więc rozpocząć indywidualną karierę śpiewaczą, w której dominującą rolę odgrywają koncerty estradowe, choć dość często zdarzają się i występy sceniczne (montaże operowe, operetkowe, semisceniczne fragmenty oper). I taką działalność prowadzi z wielkim powodzeniem już przez 10 lat. Jest znana, ceniona, chętnie zapraszana, ma swą wierną publiczność. Koncertuje w kraju i za granicą, występuje w radiu i telewizji, śpiewa na międzynarodowych festiwalach (Muzyki Współczesnej i Muzyki Żydowskiej w Krakowie, Wisconsin Dells Parkway w USA). Nagrała już kilka płyt, w tym jedną z pełnym recitalem (o dwóch jej CD pisaliśmy szerzej w nr 1(22)/2002 Trubadura).

Repertuar Ewy Warty-Śmietany jest szeroki, ma opracowanych kilka partii operowych (Zerlina, Zuzanna, Bastienne Mozarta, Rachela w Żydówce, Frasquita w Carmen), operetkowych i musicalowych (Riquette w Wiktorii i jej huzarze, Stasi w Księżniczce czardasza, Hudel w Skrzypku na dachu), śpiewa kilkadziesiąt arii operowych, operetkowych, a także pieśni różnych stylów i epok, kompozytorów polskich i zagranicznych. Śpiewa również piosenki, zwłaszcza międzywojenne.

Nie lubię się ograniczać – mówi artystka – jestem ciekawa różnych kultur, muzycznych nurtów. I ten jej repertuar przyjmowany jest z wielkim entuzjazmem przez publiczność i cieszy się też uznaniem krytyki. O jej wykonawstwie arii operetkowych jeden z recenzentów napisał: nie śpiewa manierycznie […] ta bezpretensjonalność jedna śpiewaczce coraz liczniejsze grono miłośników jej głosu […] mniej lub bardziej znane arie i pieśni z popularnych klasycznych operetek w jej interpretacji nabierają swoistego wyrazu, blasku i młodzieńczego uroku (Gość Niedzielny, 12.05.2002). Z myślą o Ewie Warcie-Śmietanie krakowski kompozytor Adam Walaciński napisał Trzy pieśni na sopran, wiolonczelę i fortepian. Była ich pierwszą wykonawczynią (czerwiec, 2001).

Wysoko oceniana jest również jej interpretacja piosenek międzywojennych. Nie ma miesiąca, bym nie występowała z „Sexapealem” (tak nazywa się jej program złożony z piosenek 20-lecia międzywojennego) – mówi artystka. A recenzenci piszą: Precyzyjna dykcja, wyjątkowa muzykalność pozwoliły na interpretację dostosowaną do treści, muzyki i nastroju piosenek (Gazeta Krakowska, 19.03.2002 r.).

Ewa Warta-Śmietana najchętniej i najczęściej podejmuje te propozycje występów estradowych, które pozwalają jej na bezpośredni kontakt z publicznością. Możliwości wokalne i temperament sceniczny umożliwiają jej wyraziste kształtowanie każdego śpiewanego utworu. To dobrze brzmiący sopran o interesującej barwie, którym artystka posługuje się z dużą swobodą.

Jest jeszcze i jedna strona działalności artystycznej tej śpiewaczki. Związana współpracą z Domem Kultury na krakowskim Podgórzu (na którego estradzie i w którego filiach sama występuje), tkwiąca profesjonalnie i rodzinnie w środowisku muzycznym, dysponująca umiejętnością nawiązywania kontaktów, animuje i organizuje wiele przedsięwzięć dla miłośników muzyki, a zwłaszcza śpiewu i opery. Wielką popularnością cieszą się jej cykle koncertów: Polacy na największych scenach świata, Słynne Polki XX wieku czy Wiecznie żywi. Są to programy, w których prezentowani bywają słynni polscy śpiewacy, przypomina się ich nagrania, a do wykonania ich repertuaru zaprasza się wybitnych wokalistów.

Wizyta u Romana Hennela

W niedzielę, w samo południe, spotkaliśmy się na krakowskim rynku (czy, jak mówią Krakowiacy, w rynku). Po spacerze połączonym ze zwiedzaniem miasta z zaprzyjaźnionym przewodnikiem, udaliśmy się na ul. Floriańską do Galerii Labirynt. Pan Roman Hennel przygotował specjalnie dla „Trubadura” jednodniową wystawę. Były to portrety charakterystyczne, o których pisaliśmy już poprzednio w Trubadurze, uzupełnione o nowe prace. Rozpoznaliśmy Iwonę Hossę, Dariusza Stachurę, Bogusława Morkę, Jolantę Bibel i wielu, wielu innych artystów „uchwyconych charakterystycznie”. Pan Hennel poczęstował nas też zimnymi napojami (było w te dni potwornie gorąco). Bardzo serdecznie dziękujemy.

Spotkanie z Moniką Swarowską-Walawską

Drugiego dnia krakowskiego spotkania „Trubadura” w pięknej Sali Lustrzanej Teatru im. Słowackiego odbyło się spotkanie ze znaną krakowską śpiewaczką Moniką Swarowską-Walawską. Artystka obdarzona pięknym, dużym sopranem dramatycznym, określana mianem prawdziwego sopranu verdiowskiego, od wielu lat związana jest ze sceną krakowską, wykłada też na Akademii Muzycznej w Krakowie.

Monika Swarowska w swej karierze śpiewała wiele bardzo różnorodnych gatunkowo ról: Micaelę w Carmen, Łucję, Hannę w Strasznym dworze, Despinę w Cosi fan tutte, Norinę, Tatianę, Mimi (Puccini to ukochany kompozytor artystki), Abigaille, Amelię w Balu maskowym, Sentę w Holendrze tułaczu. Ostatnio wykonała w Krakowie Santuzzę i Lady Makbet. W sferze jej marzeń pozostaje partia Butterfly. Artystka brała udział w wielu konkursach wokalnych, jest laureatką konkursów: Voci Verdiane w Busseto, im. Adama Didura w Bytomiu (I nagroda), Francisco Vinasa w Barcelonie, im. Jana Kiepury w Krynicy.

Spotkanie prowadził pan Jacek Chodorowski, który pytał artystkę o przebieg kariery zawodowej, różnorodność repertuarową, ulubione role, styl pracy pedagoga. Artystka pięknie opowiadała o swoim życiu artystycznym, była niezwykle serdeczna. Pani Monika planowała, że wykona dla nas arię lub pieśń z towarzyszeniem fortepianu, zaprosiła nawet pianistkę, panią Renatę Żełobowską-Orzechowską, nie czuła się jednak najlepiej i nie zaśpiewała. Byliśmy szczęśliwi, że pomimo choroby śpiewaczka przyszła na spotkanie, że poświęciła nam czas i tak długo odpowiadała na nasze pytania. Pani Monika jest niezwykłą osobą, bardzo serdeczną, życzliwą i niesłychanie poważnie traktującą sprawy sztuki, ale potrafiącą także wytworzyć jedyną w swoim rodzaju ciepłą atmosferę.

– Nie wiedziałam, że zostanę śpiewaczką operową. Jako dziecko uczyłam się gry na fortepianie – opowiadała Pani Monika Swarowska. – Byłam łakomczuchem, nie znałam nut i na początku uczono mnie w ten sposób, że mówiono mi: c to ciasteczko, d to domeczek, itp. Takie rozwiązanie doskonale trafiało do dziecka. Pamiętam w szkole muzycznej przedmiot słuchanie muzyki. Pewnego razu na lekcji usłyszałam w radio, jak Bogna Sokorska śpiewa Odgłosy wiosny, zachwyciła mnie muzyka i kunszt mistrzowski tego wykonania. Ale nie myślałam o śpiewaniu. W szkole muzycznej musiałam mieć przedmiot dodatkowy, chodziłam na śpiew solowy, uczyła mnie, nieżyjąca już, pani Helena Styczeń, wspaniały pedagog, osoba z tzw. rodziny. kaczmarowców. Zdobyłam III nagrodę na Konkursie Wokalnym im. Jana Kiepury w Krynicy za pieśń artystyczną w kategorii dla amatorów, jedną z nagród była możliwość dostania się na Akademię Muzyczną bez egzaminów. Ale w Krakowie nie chciano tego honorować i okazało się, że muszę zdawać normalne egzaminy. Udało się, pozostając w rodzinie kaczmarowców dostałam się do klasy Adama Szybowskiego, artysty krakowskiego, wspaniałego barytona. U niego zrobiłam dyplom.

– Jestem osobą nieśmiałą i raczej skromną. W trakcie studiów przez rok śpiewałam w chórze. Chciałam zobaczyć, co czują artyści chóru, co to znaczy być w tym ostatnim rzędzie na scenie, zupełnie inaczej, nie tak jak soliści. Przygotowywałam dwie opery – Dydonę i Eneasza oraz Poławiaczy pereł. Ale mówiono mi, że mój głos za bardzo się wybija, za bardzo odstaje. W chórze głosy powinny współgrać ze sobą, mieć podobną barwę, podobną siłę.

– Po ukończeniu studiów zaśpiewałam przesłuchanie w Operze Krakowskiej i dostałam się. Śpiewałam arię Lizy z Damy pikowej i arię Toski. Pani Ewa Michnik przygotowywała wtedy Toscę. Rozchorowałam się i nie śpiewałam premiery, czasem w życiu, jak na czymś zależy, pojawiają się nieprzewidziane trudności. Moim debiutem operowym była Halka, a drugą rolą, jaką zaśpiewałam, była właśnie Tosca. Czasami wykonuję arię Vissi d’arte na koncertach, ale muszę przyznać, że nie lubię śpiewać tylko tej arii. Kocham całą partię Toski i uwielbiam śpiewać ją w przedstawieniu na scenie.

– Na początku swojej drogi artystycznej śpiewałam partie raczej dramatyczne: Halka, Tosca… Ale trochę chorowałam na serce i nie mogłam się wzruszać. Przeżywałam je bardzo emocjonalnie i nie mogłam się od tego odciąć. Artysta powinien mieć dystans do wykonywanej roli, a mi o taki dystans było trudno. Poza tym tak wielkie partie nie zawsze są zdrowe dla głosu. Podczas choroby straciłam 20 kg, chciałam bardzo zmienić coś w swoim życiu. I postanowiłam zaśpiewać coś lżejszego: Norinę w Napoju miłosnym, Despinę, Hannę. Uważam, że raz na jakiś czas trzeba zaśpiewać coś lżejszego.

Artystka opowiadała też o swojej pracy pedagogicznej.

– Wydaje mi się, że na początku niewiele umiałam, ale śpiewałam z pasją. Trzeba w ludziach odnaleźć tę pasję. I trzeba się otworzyć. Najważniejsze jest wytworzenie właściwej atmosfery podczas lekcji. Kładę nacisk na rozładowanie emocji. Jestem osobą otwartą. Z reguły ludzie się bardzo kontrolują, ważne jest, żeby tej kontroli się pozbyć, otworzyć się. Tego się też trzeba nauczyć. Dopiero wtedy możemy się zrozumieć, zaufać sobie podczas lekcji.

– Jestem już na tym etapie, kiedy człowiek dokonuje pewnego rodzaju podsumowań, analizuje się wartości. Mam 5 dzieci, trójkę urodziłam będąc jeszcze na studiach. Rodzina jest największą wartością życia, gdybym mogła jeszcze raz wybierać między karierą i rodziną, nie wahałabym się ani chwili. Wybrałabym rodzinę.

Prowadzący spotkanie Jacek Chodorowski przeczytał także wypowiedź artystki, w której umieściła ona swoje artystyczne credo: Dążę do szczerości i prawdy postaci. W każdej roli staram się odnaleźć siebie. To, co robię na scenie, nie może być upozowane, sztucznie nadęte, upiększone, lecz powinno być po prostu normalne. W osiągnięciu tej normalności bardzo pomaga rzetelna obserwacja ludzkich zachowań, tych autentycznych, a nie wyidealizowanych. Trzeba odnaleźć motywację tych reakcji. Np. obłęd Łucji nie może być prezentowany jako odruchy osoby chorej umysłowo. Jej stan jest spowodowany niemożliwością udźwignięcia brzemienia wydarzeń, psychicznym załamaniem, wynikającym z rozpaczy. A zatem na scenie powinniśmy ujrzeć osobę cierpiącą i zrozpaczoną, a nie kogoś, kto z bliżej nieokreślonych powodów nie odpowiada za swoje czyny. Walory głosowe są dla śpiewaka rzeczą podstawową, niekiedy samym tylko pięknym głosem można się na scenie operowej obronić. (…) Aktorstwo jest bardzo istotnym elementem spektaklu operowego. Odnoszę jednak wrażenie, że w kształceniu wokalistów jest ono nadal niedoceniane, a przecież niezmiennie jest przydatne również we wzbogacaniu ekspresji wokalnej. Własne doświadczenia sceniczne uświadomiły mi możliwość wykorzystania głosu w znacznie szerszym repertuarze (z wywiadu Między sztuką a życiem, Zbigniew Bator, Ruch Muzyczny nr 9/1989).

Podczas spotkania wysłuchaliśmy kilku nagrań, dowodzących wszechstronności, urody głosu i talentu Moniki Swarowskiej. To bez wątpienia piękny, dramatyczny głos, o gęstej, monumentalnej barwie, idealny do śpiewania dramatycznych oper Verdiego, wspaniały do Pucciniego, świetnie wykonujący również repertuar werystyczny i rozrywkowy. Swarowska doskonale odnajduje się wokalnie w tych stylistykach, głos jest plastyczny, interpretacja piękna. Wysłuchaliśmy arii Amelii z Balu maskowego, arii Wally z opery La Wally, arii Toski, a także czardasza z Księżniczki czardasza oraz Summertime Gershwina, pozycji z lżejszego repertuaru, o którym tak wspaniale opowiadała Monika Swarowska-Walawska.

Krakowski Jaś i Małgosia

Przyznam szczerze, że jest to jedna z moich ulubionych oper. Niesamowita muzyka z oszałamiającą, bardzo rozbudowaną, właściwie wagnerowską instrumentacją, wspaniałe melodie (Humperdinck początkowo pisał je jako piosenki dla dzieci, za namową swojej siostry postanowił połączyć je i napisać wielką operę), świetne głosy i bardzo dobry spektakl wprawiły mnie w cudowny nastrój. W muzyce Humperdincka jest coś niezwykłego, jest niby prosta, ale wyjątkowo piękna. Można dyskutować na temat wyższości Toski nad Madame Butterfly, ktoś może nie lubić Nabucca lub późnego Verdiego, ale nie lubić Humperdincka? A wielu wielbicieli opery, zwłaszcza wielu fanów Wagnera, na hasło Jaś i Małgosia kręci nosem. Nie znają dzieła.

Jaś i Małgosia tradycyjnie wystawiany jest w teatrach niemieckich w okresie świąt Bożego Narodzenia, tak jak u nas Dziadek do orzechów. O ile jednak Dziadek rzeczywiście rozgrywa się w noc wigilijną, świąteczność Jasia i Małgosi przejawia się przede wszystkim w nastroju, jaki ta opera wywołuje. Cieszę się więc, że w Krakowie można było zobaczyć to dzieło w tak gorącym i upalnym okresie, jak pierwszy weekend maja.

W Krakowie, z myślą o najmłodszych widzach, zaprezentowano polski przekład dzieła. Bardzo efektowna scenografia Anny Sekuły (może najmniej w I akcie), pozwoliła prostymi środkami wyczarować piękne obrazy, w czym pomagała spokojna, przemyślana i dosyć tradycyjna reżyseria Włodzimierza Nurkowskiego. Niektóre rozwiązania sceniczne były wspaniałe, np. w trakcie uwertury oglądaliśmy to, co dzieje się przed przygodami Jasia i Małgosi – małżeństwo rodziców, narodziny dzieci, figle małych Jasia i Małgosi… Przedstawienie było też nieprzerysowane, protagoniści nie musieli zachowywać się jak dzieci, a po prostu naturalnie je udawać. Czarownica, pojawiająca się w preludium II aktu, Hexenritte, wbiegała na scenę i naprawdę można było się przestraszyć. Piaskosiej i Jutrzenka wjeżdżały na huśtawce – ubrane w długie suknie i kręcące się po scenie. Aha! To jest Pani Dzień, a tamta to była Pani Noc – zawołało jedno dziecko siedzące obok, dzieci w ogóle bardzo przeżywały spektakl, a w momencie występów czarownicy przytulały się do swoich mam. Najwięcej zadań aktorskich mieli do wykonania Jaś i Małgosia, czasem bardzo naturalistycznych (przebudzenie Jasia z… siusianiem). Piękna chatka w mgnieniu oka zmieniła się w groźny i przerażający piec, a Czarownica, po odczarowaniu dzieci zaklętych w pierniki, sama została zamieniona w piernik!

Piotr Sułkowski, prowadził operę z ogromnym wyczuciem, dbając o kolorystykę orkiestry i nasycenie poszczególnych sekcji, chociaż nie wszystkie instrumenty brzmiały perfekcyjnie. Bożena Zawiślak-Dolny była przerażającą Czarownicą, niesłychaną aktorsko – jeździła na rolkach, ciągle kręciła się po scenie i demonicznie się śmiała. Ale artystka nie wpadła przy tym w tak łatwe w tej postaci przerysowanie, jej mezzosopran i bardzo aktorskie prowadzenie frazy robiły wrażenie. Bardzo pięknie zaśpiewała rolę Matki młoda artystka Magdalena Barylak. Partia Matki jest w sumie bardzo straussowska, artystka bardzo dobrze odmalowała wokalnie zarówno miłość do dzieci, jak też i złość na nie (bo jak można nie złościć się na swoich ukochanych, kiedy ci ciągle psocą i psocą). Barylak to piękny i duży sopran spintowy, mam nadzieję, że kiedyś zaśpiewa Butterfly czy Leonorę w Trubadurze. Katarzyna Oleś bardzo dojrzale wykonała partię Małgosi, śpiewała z uczuciem, była wzruszająca i szczera. Jaś w wykonaniu Katarzyny Słoty-Marciniec był urwisem (artystka była doskonała aktorsko), może w kilku miejscach przydałoby się więcej podparcia i nośności, ale widzowie mogli przekonać się, że to bardzo piękny, ciekawy w brzmieniu mezzosopran. Piaskosiej i Jutrzenka, wykonane przez Dorotę Mendel zaśpiewane były z ciepłem i spokojem. Ojciec Konrada Szoty był ciekawy zarówno aktorsko, jak i wokalnie – to interesujący, dobrze osadzony baryton.

Obejrzeliśmy więc na dobranoc piękną bajkę dla dzieci i dla dorosłych, pięknie wykonaną, pięknie zaśpiewaną, pięknie zainscenizowaną. Ale nie był to jeszcze koniec spotkania.

„Trubadur” pod Chochołami

Po spektaklu Jasia i Małgosi udaliśmy się do restauracji teatralnej Pod Chochołami, gdzie krakowscy Klubowicze zaprosili wszystkich artystów występujących w spektaklu. Przyszła więc bardzo piękna Czarownica, Bożena Zawiślak-Dolny, Jaś (K. Słota-Marciniec) i Małgosia (K. Oleś) wraz z rodzicami (K. Szota i M. Barylak), nie zabrakło też Piaskosieja (D. Mendel) oraz dyrygenta Piotra Sułkowskiego. Wielką niespodziankę sprawił nam swoim pojawieniem się pan Ryszard Karczykowski, który niezwykle życzliwie i ciepło przywitał „Trubadura”, wypowiadając pod naszym adresem wiele miłych słów. Było bardzo sympatycznie, przy herbacie, kawie, zimnych napojach (oraz co niektórzy przy piwie) mogliśmy kontynuować rozmowy o spektaklu. Bardzo dziękujemy wszystkim artystom, że poświecili nam swój czas i nas odwiedzili.

Dwa krakowskie dni z „Trubadurem” minęły bardzo szybko. Były intensywne, ale nie męczące, każdy punkt programu był wielkim odprężeniem. Ale właśnie tę intensywność najbardziej się pamięta. Jeszcze raz dziękujemy! Zawsze chętnie przyjedziemy do Krakowa wiedząc, że mamy tu tak wspaniałych przyjaciół!

Tomasz Pasternak