Trubadur 2(23)/2002  

Some may even be excited about them, whereas others may have concerns about trying something new and scary. For the longest time i thought antibiotics were Hof used only for the purpose of killing pathogens. It also reduces the production of cortisol, the hormone that is associated with anxiety and depression.

A retrospective study of 41 patients with rheumatoid arthritis or crohn disease found vitamin d deficiency in about 25% of their patients, as compared with 6% to 7% in the general ra population. Buspar reviews the various theories and theories of modern Farīdābād super kamagra per nachnahme bestellen science, like a good historian. I am pretty sure the reason i was able to get pregnant in my first trimester was because my hcg levels were higher than.

Generic and discount coupons - buy now or save later! Ivermectin tablets for human use are well known and are used extensively for the treatment of diseases arising as a result of, or related to, parasitic infections of https://liberty-rr.com/ the skin, intestines, or central/peripheral nervous systems. It is the cost of prednisolone tablets a very common question for many people.

Warszawski Cyrk Kameralny
Czyli Onieginowi kur zapiał

Pod koniec kwietnia stolica dostarczyła swoim mieszkańcom wiele atrakcji; można było np. pójść do Cyrku Korona i sąsiadującego z nim wesołego miasteczka w Parku im. Józefa Piłsudskiego przy stadionie „Skry”, chętni mogli też wybrać rozrywki bardziej ambitne. Na wizytę w cyrku się nie zdecydowałem – byłem tam w zamierzchłym dzieciństwie, bardzo podobała mi się skoczna orkiestra cyrkowa, z zachwytem ponoć wołałem „mechulce” widząc tańczące niedźwiedzie… Wybrałem się za to do Warszawskiej Opery Kameralnej, w której lubię zresztą bywać – obejrzałem i wysłuchałem w niej wiele ciekawych spektakli, a szczególnie serdecznie wspominam realizacje oper, których w innych teatrach obejrzeć nie sposób, jak mniej znane dzieła Mozarta (z bardzo ciekawą Łaskawością Tytusa na czele), opery Händla (rewelacyjna Almirena w Rinaldzie w wykonaniu wspaniałej Olgi Pasiecznik!) i wiele innych.

Tymczasem gdy oglądałem najnowszą produkcję WOK, czyli Eugeniusza Oniegina, cały czas miałem nieodparte wrażenie, że jednak – może z powodu upału – pomyliłem miejsca i zasiadłem właśnie w cyrku. Chociaż dla cyrku jestem chyba niesprawiedliwy – o ile dobrze zapamiętałem z dzieciństwa, to orkiestra grała wówczas czyściej, równiej i ładniejszym dźwiękiem. Nie przypominam sobie w składzie cyrkowej orkiestry harfy, ale nie wierzę, aby jakikolwiek dyrektor cyrku pozwolił zamontować w harfie szprychy rowerowe zamiast strun, w WOK zaś ewidentnie harfistka szarpała szprychy. Może tak musiało być… Wszak WOK zapowiadał, że zapozna widzów z zapomnianą oryginalną wersją dzieła – może zaiste (muszę wierzyć dyrekcji WOK, bo twórczości Czajkowskiego aż tak dogłębnie nie badałem) kompozytor nie napisał pierwotnie opery na siedemdziesięcioosobową orkiestrę, lecz kameralny skład, w którym kwintet smyczkowy właśnie kwintet znaczy, czyli każdego instrumentu mamy sztuk jedną. Z pewnością jednak Czajkowski nie umieścił w partyturze zaleceń, aby taki kwintet przez niemal całą operę nie potrafił się zgrać, aby dęte – mizernie zresztą reprezentowane – fałszowały na potęgę, nie zabronił też orkiestrze różnicowania dynamiki, nie zakazał jej budowania fraz i operowania tempami, nie zalecił też chyba montowania w harfie rowerowych szprych… A jeżeli się mylę, to czekam niecierpliwie na publikację tej nieznanej nikomu wersji partytury z odpowiednimi zaleceniami Czajkowskiego. Siergiej Stadler, podobnie jak Czajkowski, jest Rosjaninem. Fakt. Czy to był jedyny powód jego angażu? Może należało raczej zaprosić dyrygenta. Pierwotna wersja Oniegina, o czym przypomina program, była przeznaczona dla studentów. Tak więc WOK miał, jako jedyny teatr na świecie, pokazać prawdziwego Eugeniusza. Nie wydaje mi się jednak, aby orkiestra w moskiewskim konserwatorium składała się z tak mizernego składu orkiestry, nie wydaje mi się, żeby scena w Teatrze Małym była takich rozmiarów, natomiast nie wydaje mi się, tylko wiem, że premiery w WOK nie śpiewali studenci. Olga Pasiecznik sama w wywiadzie opowiadała, że do partii Tatiany musiała dojrzeć. Jeżeli więc ktoś w Warszawie pokazał „oryginalną” wersję Oniegina, to była to warszawska Akademia Muzyczna, która w grudniu 2001 zaprezentowała dyplomowy spektakl na scenie im. Młynarskiego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Nie rozumiem, po co WOK-owi cała ta otoczka ideologiczna. Poza tym w finale pierwotnej wersji bohaterowie padali sobie w objęcia, WOK zaprezentował natomiast wersję przerobioną już na potrzeby Teatru Bolszoj.

Pierwsza scena spektaklu została przez Ryszarda Peryta zrobiona po bożemu (podczas gdy orkiestrze od początku do końcu po bożemu zagrać się nie udało ani przez moment) – dawało to nadzieję na co prawda amatorski, ale znośny teatr. Jednak już wkrótce pojawił się snopek z bosymi stopami, które to stopy wyczyniały skomplikowany układ choreograficzny; stopy z czasem się pobrudziły a pokruszona słoma upstrzyła scenę. Na niej pojawiła się też czaszka bizona (tura? żubra?), sparaliżowany bocian oraz wielkomordy szary wilk i obdarzony równie wielkim łbem brunatny miś, czyli mechulec. Oba te stwory dzięki swoim gabarytom zagraciły całą scenę, potem – gdy tańczyły na balu – cudem jedynie uczestnicy zabawy nie powydłubywali sobie oczu o wystające uszy i inne części futra tych stworów. W finale sceny balu Olga zemdlała, przechwyciły ją usłużne zwierzaki i wyniosły za kulisy. I na tym niestety koniec! Ryszard Peryt zupełnie je potem zaniedbał, nie odegrały już więcej żadnej roli! Cały czas czekałem w napięciu: może jednak pojawią się? Proszę wyobrazić sobie na przykład taką scenę: w finale wchodzi mechulec (jeden lub oba) i odgryzają Onieginowi głowę… Rozkosz! Pozostałe stwory też oczywiście balują u Łariny, pojawiają się też w innych scenach, np. sparaliżowany bocian kręci się wokół jabłonki, przy gałęzi stoi drabina, na niej chórzystka, która zrywa jabłka i podaje dalej (skąd my to znamy?). A przecież mogło być ciekawiej – po drabinie mógł wejść bocian i zbudować gniazdo (świetny symbol pragnienia szczęścia rodzinnego, o którym marzą i Tatiana, i Olga, potem gniazdo mogło spaść jako zły omen dla obu panienek).

Cyrkowe aspekty omawianej produkcji Eugeniusza Oniegina nie dotyczą niestety tylko orkiestry i inscenizacji. W koncepcję całości wpisała się znakomicie Eugenia Rezler w roli Niani. Śpiewaczka ta, z uporem promowana m.in. przez Macieja Weryńskiego na łamach Życia a potem Życia Warszawy na czołowy kontralt Polski (jeśli nie świata), jest rzeczywiście śpiewaczką wyjątkową i zjawiskową – otóż śpiewa ona na… wdechu! Przy takiej rzadkiej, zjawiskowej wręcz emisji aż nie wypada czepiać się takich drobiazgów, jak prawidłowa intonacja, przecież pani Rezler jest prekursorką, rewolucjonistką wręcz. Dziwiło mnie tylko, dlaczego – gdy śpiewa z Tatianą – gasi świeczkę zdmuchnięciem, w trakcie przerwy między „śpiewanymi” kwestiami? O wiele ciekawiej byłoby, gdyby zgasiła ją w trakcie swoich pień, technika na wdechu pozwala przecież na połkniecie ognia, a połykacze ognia są w cyrku zjawiskiem zupełnie normalnym. Partię Triqueta wykonywał Krzysztof Kur. Kur został przez realizatorów przebrany za koguta, w trakcie swoich kupletów grzebał nogą w podłodze i podskakiwał; czynności te tak go zmęczyły, że z czasem jego pienia (piania?) stawały się coraz bardziej zasapane. Może musiał grzebać? Może wygrzebywał robaki dla starej kwoki Łariny i jej kurcząt, Olgi i Tatiany? Nie rozumiem tylko, dlaczego Ryszard Peryt, jak i wcześniej Mariusz Treliński w Operze Narodowej, robi z Triqueta błazna, idiotę i debila. Przecież muzyka kupletów charakteryzuje nam tego bohatera zupełnie inaczej.

W inscenizacji tej bardzo mi było żal wspaniałej artystki Olgi Pasiecznik (Tatiana), bardzo dobrych Anny Radziejewskiej (Olga), Tomasza Krzysicy (Leński, ten śpiewak był jednak trochę niedysponowany, może zmęczony, a może chory) oraz Rafała Siwka (Gremin). Ten ostatni artysta sprawił mi zresztą ogromną radość, otóż w trakcie swej arii całkowicie zagłuszył orkiestrę WOK, dzięki temu przez kilka chwil nie musiałem słuchać bezhołowia dochodzącego, nomen omen, z kanału. O śpiewakach tych pisać nie chcę, gdyż produkcja, w której wystąpili, była ich po prostu niegodna. O pozostałych śpiewakach też nie chcę pisać, ale z innego powodu, podobnie o chórze, który – może dlatego, że złożony z solistów WOK – śpiewał paskudnie, paskudnie tańczył, może za to lubił zapach pomarańczy…

WOK nie zamierza Eugeniuszem Onieginem zakończyć swojej przygody z dziełami wielkiego repertuaru. W książce programowej zapowiedziano już produkcje Falstaffa (nie, nie Salieriego, lecz Verdiego) oraz Jenufę Janaczka. Dowiemy się więc za jakiś czas, że została odnaleziona oryginalna wersja partytury Jenufy, napisanej pierwotnie dla konserwatorium w Brnie, z piętnastoosobowym składem orkiestry i na śpiewaków ze szkoły średniej. Na tym przecież plany WOK nie muszą się kończyć! Proponuję Wojnę i pokój Prokofiewa – Pokój można wystawić w siedzibie WOK w Al. Solidarności, a Wojnę przy stadionie „Skry”, tam, gdzie do niedawna bawił nas cyrk i wesołe miasteczko.

Niektórym czytelnikom relacja ta wydać się może niezbyt poważna. No cóż, jaki spektakl, taka recenzja…

Krzysztof Skwierczyński