Trubadur 1-2(26-27)/2003  

Moniuszko i jego czasy

W maju zarówno warszawscy melomani, jak i (dzięki transmisjom) wszyscy słuchacze programu 2 Polskiego Radia mieli okazję wysłuchać cyklu koncertów, które złożyły się na VI Festiwal Muzyczny Polskiego Radia. Tym razem festiwal zatytułowano Romantyczne ojczyzny Stanisława Moniuszki i poświęcono twórczości ojca polskiej opery narodowej oraz jej europejskim kontekstom kulturowym. Czasem były to konteksty bardzo szerokie i odległe (również geograficznie), jak np. koncert hiszpańskiej zarzueli.

Pomysł stworzenia Festiwalu Muzycznego Polskiego Radia powstał w roku 1996 z potrzeby szczególnego uczczenia sześćdziesiątej rocznicy śmierci Karola Szymanowskiego. Jego inicjatorką była Elżbieta Markowska, która nad formułą festiwalu i jej realizacją współpracowała z Michałem Bristigerem i Grzegorzem Michalskim. Intencji powołania imprezy do życia towarzyszyła świadomość, że Polskie Radio nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału artystycznego i organizacyjnego. Dlatego też w tym roku rola zespołów radiowych została szczególnie wyeksponowana: w ramach festiwalu zagrały trzy orkiestry PR oraz zaśpiewał chór radiowy. Wszystkie koncerty festiwalowe (poza prologiem) odbywały się w Studiu im. Witolda Lutosławskiego, wszystkie też transmitował Program 2 PR.

Swoistym preludium do festiwalu było przedstawienie Strasznego dworu w wykonaniu zespołów Teatru Wielkiego – Opery Narodowej pod dyrekcją Jacka Kaspszyka. Z chęcią po raz kolejny obejrzałyśmy ten spektakl zwieńczony piękną sceną rozgrywającą się na tle ośnieżonego krajobrazu. Dopiero po raz drugi miałyśmy też okazję wysłuchać partii Hanny w wykonaniu laureatki III Konkursu Moniuszkowskiego, Aleksandry Kurzak, która dobrze poradziła sobie z rolą Hanny, tak od strony aktorskiej, jak i wokalnej.

Na rozpoczęcie Festiwalu przygotowano nie lada kąsek dla miłośników twórczości Gioachino Rossiniego – wykonanie Małej mszy uroczystej. Postanowiono zaprezentować to dzieło w pierwotnej wersji, a więc nie z orkiestrą, lecz z towarzyszeniem dwóch fortepianów i fisharmonii. Ponieważ od pewnego czasu mamy w Polsce zabytkowy XIX-wieczny instrument Erarda (Paryż 1849), powstał pomysł, by sprowadzić drugi historyczny instrument i w ten sposób jeszcze bardziej zbliżyć się do wykonania „z epoki”. Z kolekcji Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego sprowadzono więc XIX-wiecznego Steinway’a (Nowy Jork 1869), na którym zagrał Janusz Olejniczak. Do Erarda zasiadł Bartłomiej Kominek, na fisharmonii grał Roman Szlaużys. Całość poprowadził Wojciech Michniewski, który w pierwszej części koncertu dyrygował chórem kameralnym PR. W jego wykonaniu usłyszałyśmy bardzo piękne utwory religijne Moniuszki: Psalm 137 Do Boga, Chór nocny Aniołów Stróżów i Psalm 112 Chwalcie Pana.

W Mszy Rossiniego podziwiałyśmy przede wszystkim solistów: Olgę Pasiecznik (sopran), Annę Radziejewską (mezzosopran) i Rafała Siwka (bas) – ich śpiew to prawdziwie koronkowa robota! Nieco gorzej wypadł ostatni z czwórki solistów – Tomasz Krzysica (tenor). Pięknie za to śpiewał chór, natomiast do całości koncepcji muzycznej dzieła zaproponowanej przez Wojciecha Michniewskiego można by mieć niejakie zastrzeżenia. Któryś z kolegów nazwał ją nudną, my raczej określiłybyśmy ją jako zbyt dostojną, może nazbyt przeintelektualizowaną. Nie pomogła jej nienajlepsza (nieczysta!) gra Janusza Olejniczaka, która chyba nie tylko nas zaskoczyła. Mimo to przeżycia, jakich dostarczył nam śpiew wymienionej już trójki solistów wprowadziły nas w zachwyt, więc z niecierpliwością oczekiwałyśmy dalszego ciągu festiwalu. Następnego dnia, a właściwie wieczora, organizatorzy festiwalu zaprosili nas na przeciwległy kraniec kontynentu, do Hiszpanii, krainy zarzueli. W wykonaniu czwórki solistów Opera de Camara de Madrid: Virgini Prieto, Sorayi Chaves, Gerardo Lopeza i Juana Artilesa z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego wysłuchałyśmy fragmentów zarzuel. Nie mamy wielu okazji, by poznawać tę muzykę na żywo w oryginalnym wykonaniu, to jednak nieco nas zawiodło. Brakowało w nim ognia, a soliści nie porywali swym wykonaniem. Przedstawiani przez nich bohaterowie, jak dowiedzieliśmy się z dołączonej do programu książeczki z tekstami, kochali się, kłócili, godzili, spiskowali, ale wszystkie te emocje i działania pozostawały na papierze, natomiast samo wykonanie było dosyć letnie. Może gdyby były to pełne spektakle, z towarzyszeniem orkiestry, w kostiumach, szybciej odnalazłybyśmy klimat prezentowanych utworów. A tak, wydaje nam się, że dopiero w czasie bisu na estradzie studia im. Lutosławskiego coś zaczęło iskrzyć.

Nie zawiodłyśmy się kolejnego dnia Festiwalu, gdy na estradzie Studia Koncertowego PR stanęła ponownie Olga Pasiecznik, tym razem w towarzystwie siostry Natalii, pianistki. Na Wieczór pieśni romantycznych złożyły się utwory Stanisława Moniuszki, Michaiła Glinki, Aleksandra Dargomyżskiego, Cezara Cui, Piotra Czajkowskiego, Mikołaja Rimskiego-Korsakowa i Sergiusza Rachmaninowa. Co można napisać o tak doskonałym, pełnym wyrazu, bezbłędnym wykonaniu, jakiego miałyśmy szczęście wysłuchać? Niepowtarzalne? Wyjątkowe? Porywające? Wszystkie te przymiotniki pasują do recitalu sióstr Pasiecznik. Możemy mnożyć przykłady ciekawych interpretacji pieśni polskich i rosyjskich: Prządka Moniuszki wykonana z oryginalnym rosyjskim tekstem, Ja pomniu czudnoe mgnowienije do tekstu Puszkina, czy Ja zdies', Inieziljia Glinki, w którym Pasiecznik udowodniła, że w kreowaniu postaci środkami wokalnymi nie jest istotny nie tylko wygląd, ale nawet płeć. Olga Pasiecznik w długiej kremowo-złocistej sukni była w tym momencie najbardziej uwodzicielskim Don Juanem, jaki kiedykolwiek stał pod oknem z gitarą. Wykonana na zakończenie pieśń Rachmaninowa Nie poj, krasawica. pozostawiła publiczność w zasłuchaniu i zachwyceniu. Potem zerwała się długa owacja, dzięki której artystki obdarowały nas jeszcze dwoma bisami.

Po raz kolejny wybrałyśmy się do Studia im. Lutosławskiego na koncertowe wykonanie zapomnianego dzieła Stanisława Moniuszki – operetki Beata. Chyba właśnie ten koncert wzbudzał największe emocje publiczności, która prawie wypełniła studio radiowe. Beata to ostatnie ukończone sceniczne dzieło Stanisława Moniuszki, napisane do libretta Jana Chęcińskiego. Jego premiera miała miejsce w warszawskim Teatrze Wielkim 2 lutego 1872 roku, zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią kompozytora. Przypuszcza się nawet, że nie do końca przychylne przyjęcie dzieła przez krytykę przyspieszyło śmierć Moniuszki. Właściwie nie wiadomo, dlaczego twórca aż tak wziął sobie do serca generalnie pozytywne opinie krytyków, którzy mieli jedynie zastrzeżenia do błahości libretta. Zapewne po sukcesach wielkich oper narodowych Moniuszki, jak Halka i Straszny dwór spodziewali się kolejnego utworu „ku pokrzepieniu serc”. Tymczasem Beata jest krótkim wodewilem z rozbudowanymi partiami mówionymi, traktującym o miłosno-zdrowotnych perypetiach mieszkańców szwajcarskiej wioski. Przyznać należy, że dziś, zapewne jeszcze bardziej niż podczas premiery, razi libretto Beaty. Z drugiej strony, niektóre niezamierzenie śmieszne sformułowania pozwalają widzowi naprawdę dobrze się bawić. Słuchacze koncertu w Studiu im. Lutosławskiego na pewno zapamiętali, że jednemu z bohaterów kula armatnia urwała na wojnie oba oczy, albo „wstrząsający” chór śpiewający – Niewidomy, niewidomy!

Partytura Beaty spłonęła prawdopodobnie podczas II wojny światowej wraz z innymi zbiorami muzycznymi Teatru Wielkiego, zachował się tylko wyciąg fortepianowy. Rekonstrukcji operetki podjął się kompozytor i muzykolog Krzysztof Baculewski. Studiując sposób instrumentacji w innych utworach operowych Moniuszki starał się zbliżyć do niego swoją instrumentację Beaty. Muzycznie Beata czyli Niewidomy prezentuje się naprawdę sympatycznie. Zgoda, nie jest to dzieło na miarę Strasznego dworu, ale też do takiej roli nie pretenduje. Bliższe jest lekkiej Hrabinie, a piękna, nastrojowa uwertura swobodnie mogłaby rozpoczynać dzieło większego kalibru. Kilka ładnych melodii i, jak to u Moniuszki bywa, kunsztownych scen zespołowych daje w sumie interesujący efekt. Oczywiście, jak naprawdę brzmiała Beata możemy tylko domniemywać.

W wykonaniu tego krótkiego, jednoaktowego utworu z dużą ilością tekstów mówionych wzięli udział soliści, Chór Filharmonii Narodowej i Polska Orkiestra Radiowa pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego. Spośród solistów warto szczególnie wyróżnić barytona Mariusza Godlewskiego w roli głupiego Hansa, Annę Mikołajczyk jako ciotkę Dorotę i Leszka Świdzińskiego, ukochanego Beaty, Maxa. W pozostałych partiach wystąpili: Dorota Radomska (piękna wieśniaczka Beata – wyraźnie w niedobrej kondycji wokalnej), Marzanna Rudnicka i Urszula Kryger (kumoszki), Czesław Gałka (ojciec Beaty) i tworzący zabawny duet Zbigniew Macias (doktor Henryk Volsey) i Piotr Nowacki (sir Pepperton zażarcie broniący swej niewidomej córki przed doktorem).

Na jeszcze jeden koncert festiwalowy zwabiło nas nazwisko solisty, światowej sławy skrzypka Shlomo Mintza. Z cała pewnością warto było jeszcze raz zasiąść na widowni dawnego S-1, aby wysłuchać ogniście wykonanej uwertury do Halki, a w wykonaniu Shlomo Mintza – II Koncertu skrzypcowego d-moll Henryka Wieniawskiego i symfonii Hectora Berlioza Harold w Italii z ciekawą solową partią altówki. Oba występy sławnego skrzypka nagrodziła owacja nie tylko publiczności, ale i towarzyszącej mu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia pod batutą Kazimierza Korda.

W trakcie tego festiwalu miałyśmy okazję usłyszeć zarówno utwory rzadko wykonywane, jak i te często pojawiające się na naszych estradach, za to w ciekawych interpretacjach. Może trochę mało było utworów samego głównego bohatera festiwalu, ale jak wynika z bogatej książki programowej, założeniem twórców festiwalu było przedstawienie muzycznej „otoczki”, w której powstawały dzieła Moniuszki, z mniejszym naciskiem na twórczość samego kompozytora.

Katarzyna K. Gardzina, Katarzyna Walkowska